Cytat
januszbn napisał/a:
Mam pytanie do Pana Jerzego: czy na rewitalizację KUNY udało się uzyskać jakieś pieniądze z funduszy unijnych. Wiem, że na tego typu przedsięwzięcia jest to możliwe, choć często bywa to mozliwość czysto teoretyczna. A dlaczego teoretyczna? Bo wystarczy zła wola czy opieszałość jednego biurokraty albo, jak pisze Pan Jerzy, posądzenie, że ktoś chce się dorobić majątku, aby nic z tego nie wyszło. Ot taka nasza cecha narodowa - "bezinteresowna .... zawiść". Na szczęście "ci pozytywnie zakręceni" nie dają się tak szybko spławić. Jak było w Waszym przypadku?
Pozdrawiam.
Co do funduszy UE. Nie korzystaliśmy z żadnych takich dotacji. Przed wstąpieniem Polski do UE mozliwości były ograniczone praktycznie do Funduszu PHARE, a tam trudno byłoby uzyskać coś na infrastrukturę. Poza tym nie było środków na wkład własny, jako że początkowo bazowaliśmy przede wszystkim na własnej pracy fizycznej przy oczyszczaniu i konserwacji kadłuba. Potem otrzymaliśmy dotację z miasta i narazie starczyło. W latach następnych było podobnie: dotacja, wykonanie pewnego etapu, majsterkowanie bez pieniędzy ... i do nastepnego roku. Tak trwa praktycznie do dzisiaj, chociaż w roku 2006 uzyskaliśmy pierwsze niewielkie dochody z wynajmu statku. Także z udziału w niektórych zlotacjh oldtimerów można uzyskać pewne kwoty tytułem zwrotu kosztów. Możliwości więc są, pod warunkiem wszakże, że ma się statek z dokumentami i można legelnie uprawiać żeglugę.
Dlatego wcześniej napisałem, że najtrudniejszy jest początek. Także przy staraniach o fundusze obce trzeba mieć pieniądze, a tych przeważnie nie ma.
Co do poparcia społecznego. Tego się nie da zadekretować. Trzeba mozolnie przekonywać ludzi, pokazywać celowośc działania oraz cząstkowe efekty. Dlatego od początku postanowiliśmy pokazywać statek na każdym etapie prac. Oczywiście na początku były wątpliwości i wypowiedzi, że nie damy rady, że zadanie jest zbyt ciężkie, że nie ma takiej siły itp. Ale w miarę upływu czasu nastroje się zmieniały. Najgorsze jednak, dla mnie osobiście, jako że na mnie spadł cały ciężar codziennej pracy, były wątpliwości niektórych członków naszego Stowarzyszenia, typu... nie damy rady, idzie za wolno, ile tu jeszcze do zrobienia, to się nigdy nie skończy itp. I ciągłe tłumaczenie: że rewitalizujemy obiekt zabytkowy, a do tego trzeba czasu. Pośpiech jest tu niewskazany. Trzeba dbać o detale. Osobnym problemem było określenie, jak sklasyfikować statek. Czyli te działania, które określiłem logistyką. Obiektów muzealnych nie przewidziano w ustawie o żegludze ani w przepisach PRS. Nie byloby problemów, gdyby statek miał stać przy nabrzeżu, jak np. Sołdek. Ale ja chciałem, aby statek pływał. By zmienić zasadę, że ludzie chodzą do muzeum, na - żeby muzeum mogło przypłynąc do ludzi. No i się zaczęło.
Bardzo przydały się moje umiejętności negocjacji nabyte w Sejmie Kontraktowym, gdzie stanowiłem jednoosobowe lobby żeglugi śródlądowej i gospodarki wodnej. Tam musiałem używać wszystkich dostępnych metod negocjacji, bufetu nie wyłaczając. Ważny był skutek, chociaż niekiedy ciężar negocjacji następnego dnia był trudny do wytrzymania. Tutaj już bufetu nie trzeba było stosować.
Były próby upolitycznienia sprawy KUNY. Temu tez udało się zapobiec wybierając np. na matkę chrzestną przeciętną, nikomu nie znaną mieszkankę Gorzowa. I po problemie. Choć nie ukrywam, że wybór np. ktorejś prominentki lub żony prominenta pewnie by pomógł. Uznałem jednak, że KUNA przeżyła już tyle różnych systemów politycznych, gospodarczych i społecznych, że nie godzi się Jej pakować w kolejne zawirowania. Z biegiem czasu, gdy pierwsze fekty naszych działań były widoczne, stosunek ludzi zaczął się zmieniać na pozytywny, a wiara w to, że się powiedzie zaczęła przeważać. Dlatego pokazywalismy statek mieszkańcom przy każdej okazji, by mogli się przekonać.
Również media, początkowo bardzo zainteresowane, zaczęły to zainteresowanie tracić, no bo co to za news po trzech, czterech lub pięciu latach. Dla nas oznaczało to spokój i możliwość koncentracji na tym, co robimy.
W pokonywaniu trudności natury formalnej, w dyskusjach o roli statku i wymaganiach, jakim powinien sprostać, okazało się bardzo przydatne moje wykształcenie prawnicze, ponieważ na UMK w Toruniu uczono nas pozytywnej interpretacji prawa, co u dzisiejszych adeptów prawa wydaje mi się sztuką zupełnie zapomnianą. Zapomina się mianowicie, że obok literalnej istnieje wiele innych metod wykładni prawa, jak choćby wykładnia logiczna, porównawcza, czy wreszcie - ten bardzo ważny - duch ustawy i innych aktów prawnych.
Te ćwiczenia pozwoliły nam wspólnie wydedukować nowe pojęcie statku, którego lteralnie nie przewiduje ustawa o żegludze, a także przepisy o klasyfikacji statków, mianowicie statku muzealno - edukacyjnego. Muszę tu podkreślić bardzo pozytywną i otwartą postawę wszystkich instytucji, które po zakończeniu rewitalizacji, wydają swoje orzeczenia i decyzje. Z niektórych naszych chęci i planów trzeba było zrezygnować: i tak, Kuna nie jest statkiem pasażerskim, bo nie byliśmy w stanie, ani też nie chcieliśmy jej tak przebudować, aby spełniła aktualne wymagania stawiane takim statkom - szerokości w przejściach, zbyt strome schody, ilość ubikacji, osobne dla kobiet, osobne dla mężczyzn. Zrezygnowaliśmy też z własnej gastronomii, co jednak przy dzisiejszych możliwościach w zakresie cateringu obcego nie stanowiło wielkiego problemu. Byłem też osobiście przeciwny temu, by z KUNY zrobić knajpę. Po prostu nie wypada. W wielu przypadkach bazowalismy na tym, że odbudowujemy statek z XIX wieku i nie możemy odchodzić od ducha epoki, bo wyszłaby hybryda. I tak dokonano juz wielu zasadniczych zmian, jak choćby rodzaj napędu z parowego na spalinowy. Jednym słowem, logistyka i cała sfera formalno - prawna okazała się tutaj nie mniej ważna niż czysta materia. Myślę jednak, że nasze starania w tym zakresie nie poszły na marne. KUNA jest precedensem, na który bedą mogli się powoływać, w dobrej wierze, nasi następcy i naśladowcy. A i urzędy i instytucje będą do następnych przypadków podchodzić z mniejszą dozą ostrożności. Taka jest dola prekursora, że musi być świętszy od wszystkich świętych tego świata. Dlatego nie było żadnych ulg, jeżeli chodzi o spełnienie wymagań, co do których nie było wątpliwości. A więc określony przez PRS zakres dokumentacji technicznej, zatwierdzona przez tenże PRS dokumentacja wykonana przez uprawnione biuro projektów / słono kosztowało /, stały nadzór PRS nad odbudową statku, badania statecznościowe, ktorych efektem jest, także zatwierdzony przez PRS, dokument o nazwie Informacja dla kapitana o stateczności statku, z której wynika, że statek może mieć w ruchu, w najbardziej niekorzystnych warunkach, na pokładzie 40 osób, wraz z załogą, a rejsy nie powinny trwac dłużej niż 3 godziny - chodzi tu o miejsca pod pokładem. W takim przypadku tylko 50 % ludzi na statku musi mieć miejsce pod pokładem. Nie było odstępstw od sprawności urządzeń nawigacyjnych, kotwicznych, wyposażenia ratunkowego, ochrony p.poż itp. Było się więc koło czego kręcić, ale efekt końcowy w postaci klasy PRS i Świadectwa zdolności żeglugowej te starania w pełni wynagradza. Zdarzyło mi się trzy razy ronić łzy szczęścia, co ja mówię, spłakać się jak przysłowiowy bóbr ze szczęścia: gdy ruszył silnik, gdy sam ruszyłem statkiem z miejsca i wykonałem parę manewrów w basenie stoczniowym / po 40 latach od unieruchomienia statku i przeznaczenia na złom / i wreszcie trzeci raz, gdy odebrałem świadectwo klasy PRS. Podobno nie można było się ze mną dogadać, choć od lat już nic nie piję. Tak wielkie były emocje.
Kończę tę opowieść i obiecuję Apisowi już więcej na ten temat nie pisać, bo uciekną wszyscy ze strony. Chciałoby sie po prostu przekazać innym choć część tej wiedzy, aby nie błądzili i nie wyważali otwartych już drzwi, gdy podejmą podobne dzieło. Co do starych statków. Nie ma już pewnie zbyt wielu statków XIX wiecznych. Ale pomyślcie, że całkiem niedługo będzie trzeba rewitalizować i muzealizować pierwsze barki motorowe, bądź pchacze, aby zostało choć po jednym egzemplarzu. Pracy starczy dla wszystkich chętnych.
Pozdrawiam.