O nie! Gdzie jest JavaScript?
Twoja przeglądarka internetowa nie ma włączonej obsługi JavaScript lub nie obsługuje JavaScript. Proszę włączyć JavaScript w przeglądarce internetowej, aby poprawnie wyświetlić tę witrynę, lub zaktualizować do przeglądarki internetowej, która obsługuje JavaScript.
Artykuły

Na węglowym szlaku.

Pomimo, że mam codzienny kontakt z załogami statków i z ich opowiadań wiem jak wygląda dziś odrzański szlak, to postanowiłem mimo wszystko odświeżyć swoja wiedzę o starym odrzańskim szlaku - czyli o Górnej Odrze.

Pomimo, że mam codzienny kontakt z załogami statków i z ich opowiadań wiem jak wygląda dziś odrzański szlak, to postanowiłem mimo wszystko odświeżyć swoja wiedzę o starym odrzańskim szlaku - czyli o Górnej Odrze.

W trakcie pisania tekstu historii żeglugi odrzańskiej dotarło do mnie że to już 20 lat minęło kiedy ostatni raz płynąłem swoim statkiem BM - 5136 na remont klasowy do stoczni w Koźlu. Jak się później okazało był to również ostatni rejs mojej barki motorowej. Zamiast remontu klasowego została zezłomowana pomimo, że pół roku wstecz zostało wymienione co najmniej połowa poszycia dennego po desperackiej jeździe 16 grudnia 1981 roku z Eisenhüttenstadt do Cigacic.

Te 20 lat jakie przeminęły jak "z bicza strzelił" nie zatarły jednak obrazów Odry, śluz i portów. Pomimo, że mam codzienny kontakt z załogami statków i z ich opowiadań wiem jak wygląda dziś odrzański szlak, to postanowiłem mimo wszystko odświeżyć swoja wiedzę o starym odrzańskim szlaku - czyli o Górnej Odrze.

Nie wyszło wszystko jak chciałbym, gdyż połączyć dobra pogodę i duży ruch statków na trasie jest sztuką niełatwą. Jak na złość nastąpiły kłopoty z wydobyciem węgla na kopalniach, tak że w trakcie rejsu napotkałem tylko dwa zestawy płynące w dół Odry z ładunkiem węgla, w tym jeden, który stał we mgle zupełnie niewidoczny. Nie uwieczniłem również trzech ostatnich śluz odrzańskich, czyli Krapkowic, Krępy i Januszkowic z powodu rozładowania akumulatora. Obiecałem sobie, że przy najbliższej okazji uzupełnię fotografie tych stopni wodnych.

Tak naprawdę to chciałem pokazać szlak Górnej Odry taki, jaki jest naprawdę, bez upiększeń i mydlenia oczu, szlak trudny i zaniedbany. Jesienna, piękna aura dokonała takiego retuszu, że obraz Odry stał się – nie da się ukryć - zupełnie inny, piękny, kolorowy, wprost bajkowy. Prawda jest jednak brutalna. Stan techniczny śluz ( nie jazów ) w stosunku do lat kiedy pływałem to w większości obraz porażający. Zabiegi obsługi śluz polegające na malowaniu krawędzi, pielęgnacji kwiatów i roślinności nie zasłonią katastrofalnego stanu technicznego ścian komór śluzowych, głowic, urządzeń hydraulicznych i elektrycznych. Nie oni są winni tego stanu, to polityka naszych kolejnych rządów w sprawie żeglugi śródlądowej pozostawia trwałe ślady swojej arogancji i niekompetencji w sprawie transportu śródlądowego.

Modny ostatnio jest temat elektrowni Czarnowąsy i Kanału Odra-Dunaj. Niechaj ci, którzy już dziś liczą zyski z eksploatacji kanału i przewozów do elektrowni Czarnowąsy zobaczą na własne oczy szlak którym ma się przewozić początkowo 1 mln ton węgla, a docelowo 4 mln.

Podsumowując temat to chciałem zrobić coś na kształt foto-monografii Górnej Odry poświęconej ludziom, którzy jak tylko mogą starają się wydrzeć Odrze jej siłę i zmuszać ją pokornego służenia tym, co ją ujarzmili. Dedykuję ten temat również tym co odeszli na wieczną wachtę aby pływać po szlakach pozbawionych przeszkód, po szlakach gdzie woda jest zawsze taka jak trzeba, gdzie pływają bez strachu co przyniesie następny sezon żeglugowy. Jak mi się to udało – oceńcie sami.

tekst i zdjęcia: Janusz Fąfara


Odcinek Wrocław - Ujście Nysy






Odcinek Ujście Nysy - Krapkowice






Kanał Gliwicki





Udostępnij:

Apis 02.11.2008 7184 wyświetleń 15 komentarzy 0 ocena Drukuj



15 komentarzy


  • Apis
    Apis
    Janusz - rewelacja! Troszke się "naskładałem" tych flash'owych prezentacji ale warto było. Przypomniały mi się lata 78-81, kiedy to jako kapitan Bizonów pływałem wyłącznie po Górnej Odrze w relacji Wrocław - Koźle - Wrocław i znałem każdy metr tego szlaku na pamięć. Jeśli dodać, że tuz po ukończeniu TŻŚ w 71 dostałem się na TURA-O-24 pod Heinzem Malikiem i także pływałem przez dwa lata wyłącznie tutaj - można zrozumieć jakie wspomnienia obudziłeś. Ale zniszczenia są przeogromne i raczej wynikają z zaniedbań inwestycyjnych, bo ruch jest przecież znikomy. Olbrzymim zgrzytem sa te nowoczesne jazy przy walących sie komorach śluz.
    - 02.11.2008 21:45
    • x5
      x5
      Fantastyczny foto-reportaż naszego artysty Janusza Fąfary.
      Nie byłem tam ponad 20 lat, ale coś pozostało jeszcze w pamięci oczywiście dzięki zdjęcią Janusza.
      Pozdrawiam z Hamburga
      Józek
      - 03.11.2008 22:36
      • Adam Reszka
        Adam Reszka
        Ale "daliście szkołę" - Chłopcy! Należą się Wam gratulacje. Panu Januszowi za fotoreportaż a Kapitanowi za tę "składankę"! Niegdyś marzyłem sobie o popływaniu w tym rejonie z autochtonami-Dolnoślązakami, tak jak ty Andrzeju z kpt. Malikiem na TURZE-0-24, ażeby poznać ich profesjonalny język. Marzenia nie ziściły się jednak. Żałuję! A tej jesieni szlak żeglowny w kamerze Pan Fąfary bajecznie kolorowy. Pozdrawiam - Adam Reszka ("nocny marek"Wink Wink
        - 04.11.2008 01:30
        • x5
          x5
          Chciałem jeszcze coś dodać do swojego poprzedniego komentarza.
          W 1976 r. będąc studentem UW pracowałem w czasie wakacji na tym "węglowym szlaku" wożąc.... samochody osobowe.
          Byłem bosmanem na TUR-56 /?/ pod kapitanem Janem Podsadą i mechanikiem Erykiem Jaguszem.
          Byli to dwaj przesympatyczni Ślązacy z Krapkowic od których wiele się nauczyłem w łodziarskim fachu.
          Woziliśmy na wojskowyh pontonach / W2 ? / 100 Fiatów-126p z fabryki w Tychach ładowanych w porcie w Gliwicach.
          Trafiały one najczęściej do Polmozbytu we Wrocławiu.
          Wyładowywaliśmy je na "szerokim" powyżej śluzy Różanka.
          Czasami wieźliśmy również "Syrenki" do Głogowa.Tam wyładunek odbywał się na ... łące.
          Jednak "szlak węglowy" był naszym głównym rejonem pływania.
          Bardzo mile wspominam tamte czasy i obu doskonałych łodziarzy z Krapkowic. :p
          - 04.11.2008 18:23
          • tricity
            tricity
            Panie Januszu ! bardzo Panu dziękuję za ten jesienny fotoreportaż.
            Pozdrawiam serdecznie
            Robert Wołowicz.
            - 05.11.2008 00:22
            • Adam Reszka
              Adam Reszka
              Skipperowi: Józku! Nie wiedziałem, że pływałeś z "łodziorzami" z Krapkowic. Byli to bez wątpienia rzadkiej klasy profesjonaliści i szlachetni ludzie. To bardzo chwalebne, że Wy Odrzacy przejęliście od nich tę terminologię i sami mówicie o sobie "łodziarze", a o samej profesji "łodziarka". Bezcenne i piękne!
              Pozdrawiam - Adam Wink
              - 05.11.2008 00:43
              • Apis
                Apis
                Łodziorze znad Odry byli wyjątkowi: na dodatek jeden przed drugim chciał się "pokazać" i stanowiło to taką domieszkę "soli rywalizacji". Chodziło oczywiście nie tylko o rekordowe przewozy, ale także o wygląd statku, który musiał być wymalowany i codziennie "z rosą" umyty. Miałem zaszczyt pływać z Heinzem Malikiem (Żelazna k. Dobrzenia), który rywalizował z Peterem Szydło z Dobrzenia (TUR-O-21) i wspomnianym Janem Podsadą z Krapkowic. W mojej załodze byli ponadto mechanik Reinhold Fuchs ze "Czarnego Śląska" i sternik Josef Cwienk z Krapkowic. Ciekawostką jest fakt, że zarówno TUR-O-24 (Odratrans) http://zegluga.sz...amp;pos=90
                jak i TUR-O-21 (w Krakowie - reportaż Janusza
                http://www.zeglug...cle_id=230
                18 fotka trzeciej prezentacji) oraz TUR-O-56 (Odratrans)
                http://zegluga.sz...amp;pos=61
                żyją i mają się dobrze. Szkoda, że właśnie mojego przeznaczono w tym roku na pocięcie, ale taki jest żywot "roboczych wołów"
                http://zegluga.sz...amp;pos=94
                http://zegluga.sz...amp;pos=97
                - 05.11.2008 09:15
                • Janusz Tyburcy
                  Janusz Tyburcy
                  Chciałbym podziękować koledze Januszowi Fąfara, za wspaniały foto-reportaż. Wspomnienia odżyły i poczułem się, jakbym dopiero niedawno tędy płynął, tylko śluzy jakieś już zniszczone i w tym momencie zdałem sobie sprawę, że ja tu byłem, tylko 34 lata temu. Jak ten czas ucieka hi,hi.

                  W nawiązaniu do Twojego Andrzeju komentarza, w którym to, poruszasz swoją pracę na Turze - 24, pozwolę sobie i ja, wtrącić parę groszy. Wiemy oboje, że również pływałem na tym Turze razem z Heniem Malikiem.
                  Po informacji, którą tutaj przeczytałem, że Tur -24 jest przeznaczony w tym roku na pocięcie, łezka zakręciła mi się w oku.
                  Proszę się nie dziwić, ale wiąże się z nim, wiele moich wspomnień z lat młodości, jak i zawodowych, tak i czysto rozrywkowych w czasie postoju przeznaczonego na chwilę relaksu. Wspólnie z Malikiem, odbierałem tego Tura po klasie, w Nowej Soli w 1968 r. jako świeżo upieczony mechanik.
                  Łodziorze z nad Odry, byli faktycznie wyjątkowi. Dodam tylko, że Malik, również rywalizował, bo takie miał ambicje z kapitanem Hinze - Tur- 19. Rywalizacja dotyczyła i wyglądu Tura i ilości przewiezionego towaru. Dzięki tej rywalizacji, wypływaliśmy masę godzin w miesiącu, a to przekładało się na nasze rewelacyjne w tym czasie, zarobki. Nie było i nie jest to tajemnicą, że Ślązakom właśnie chodziło o tą super kasę. Często dochodziło między nami młodymi w załodze, a starszym kolegą kapitanem ze śląska, do drobnych spięć, dotyczących chęci postoju w jakiejś miejscowości, celem zakosztowania trochę rozrywki hi,hi. Ślązacy, gdyby tylko mogli, to pływaliby, przez 24 godz. na dobę przez cały miesiąc.
                  Po mimo wszystko, dogadywałem się z Malikiem odnośnie naszych postoi, gdyż w tym czasie, byliśmy od siebie i tak uzależnieni i graliśmy pierwsze skrzypce na łodzi - czyli kapitan z mechanikiem. Malik, pomagał mi w maszynowni przy większej robocie, a ja Jemu, przy sterze, płynąc nocami na zmianę, a On mógł się trochę kimnąć, orając naszą kochaną Odrę. Jednym słowem - postój w Szczecinie, Nowej Soli, Wrocławiu / tutaj przynajmniej dwa dni /, Żelaznej, Koźlu, musiał zawsze być, ku nieukrywanemu nie raz niezadowoleniu Henia. Młodość też ma swoje prawa i ciężko było Heniowi z tym się pogodzić, a na dodatek kasa uciekała.
                  Moja przygoda z kapitanem Malikiem, zakończyła się w 1969 roku w Koźlu, kiedy to Heniu , czekając na mnie, aż powrócę z miasta, przekazał mi wiadomość od dyspozytora, że mam zdać Jemu maszynownię i natychmiast jechać do Wrocławia, gdzie czeka na mnie załadowana na zachód, BM-5090.
                  O ironio - a był to dzień, w którym zabalowaliśmy z chłopakami i panienkami w kozielskich restauracjach, zamiast iść na Tura, gdzie czekał na nas Heniu i rozpocząć kurs do Szczecina. Heniu był tak wściekły na nas, że poszedł do biura i złożył doniesienie na mnie, mówiące o tym, że mechanika nie ma i nie może rozpocząć kursu do Szczecina. Po latach / może 10 lat temu / o tym fakcie, dowiedziałem się w chwili, kiedy poszedłem do kadr żeglugi wrocławskiej, po duplikat zaświadczenia o mojej pracy. Dostałem do wglądu, całą swoją teczkę i tam była notatka, jaką złożył na mnie Heniu. Czytałem ją kilka razy, bo aż nie chciało mi się wierzyć, że On coś takiego mógł napisać, tym bardziej, że byliśmy w super, jakby się wydawało, stosunkach koleżeńskich.
                  Nie dziwię się jemu, bo Ślązacy, to bardzo dobrzy łodziarze, tylko mieli jedną wadę - płynąć, płynąć i jeżeli to możliwe, to bez niepotrzebnych postoi i rozrywek, jakie nas młodych czekały na lądzie hi,hi.
                  Tak, więc Andrzeju, po moim odejściu, w krótkim czasie, załoga na Turze- 24 się zmieniła, a pozostał tylko Heniu. Dołączyli do Niego tym razem inni Ślązacy i już bez problemów, zaczęło się tym Turem, non stop, oranie Odry, bez zatrzymywanki.
                  Po jakimś czasie, TY Andrzeju, dołączyłeś, jako młody, świeży adept sztuki łodziarskiej, właśnie do tej załogi. Przyznać muszę, że miałeś dobrych nauczycieli w tym momencie, co przełożyło się między innymi w późniejszym czasie, na Twoją samodzielną przygodę z łodziarką, jako KAPITAN ŻEGLUGI ŚRÓDLĄDOWEJ.
                  Pamiętam Twoją bujną czarną czuprynę na Turze- 24, jak mijaliśmy się na kanale, między Zaciszem i Bartoszewicami w 1971roku / od czasu zejścia z Tura-24, tylko raz widziałem go na trasie /. Ja płynąłem w ten czas - BM-5046. Powiem Ci, trochę żal mi się Ciebie zrobiło, że Ty jeden młody chłopak w towarzystwie starszych kolegów, Ślązaków, na pewno nie masz możliwości balowania w wielu miastach i miasteczkach, tylko wciąż słyszysz od starszyzny - " .....jedziemy chłopaki a durch..... "/ tak to się pisze- A. ??? /
                  " Nie ma jednak tego, co by na dobre nie wyszło "
                  Wnet nastąpi złomowanie naszego Tura - czyli likwidacji naszego dawnego stanowiska pracy, ale nie kończą się wspomnienia związane z tym Turem, które pozostaną na zawsze w naszej pamięci.

                  Janusz T.
                  - 05.11.2008 16:37
                  • Adam Reszka
                    Adam Reszka
                    (...) "Jedziemy chłopaki a durch"! - Nasz Kapitan i Pan Janusz wspominają z nostalgią dawnych marynarzy-kapitanów, charakterystyczne powiedzonka i statki "woły robocze", jakimi były j nadal są "Żubry" i "Tury". Ich wspomnienia profesji w której prawdziwi mężczyźni nie czują lęku, cechuje rzadki talent narracyjny, który nie powinien się zmarnować. Zachęcam Pana Tyburcego do dalszego, szerszego snucia żeglarskich wspomnień. A Kapian z właściwą mu drobiazgowością powstawiał nawet do swojego tekstu "linki wspomnień". Robi się bardzo ciekawie i gdyby Pan Bóg się nudził, to powinien wpadać na "naszą" stronę internetową.
                    - 06.11.2008 12:18
                    • Apis
                      Apis
                      Dodam jeszcze jeden link wspomnieniowy, bo ten TUR-O-24 pojawił się też w moim nieco autobiograficznym felietoniku "Dwa brzegi".
                      http://www.zeglug...icle_id=12
                      - 06.11.2008 13:06
                      • Adam Reszka
                        Adam Reszka
                        Na "naszą" stronę - bo wydaje mi się, że mam prawo tak ją nazywać - dostałem się ponad rok temu i autobiograficzne wyznanie Kapitana pt. "Dwa brzegi" dostrzegłem. Takich wspominków potrzeba nam więcej. Dzięki nim poznajemy się nawzajem i wiele osób "lądowych" dowiaduje się ciekawych rzeczy o żegludze "śródziemnej".
                        - 06.11.2008 17:37
                        • Janusz Tyburcy
                          Janusz Tyburcy
                          Zachęcony słowami Pana Adama, jeszcze jedno wspomnienie z Tura - 24 - kapitan Henryk Malik - mechanik Janusz Tyburcy.

                          Wspomnienie to, jest trochę smutne, ale i takie pozostały w mojej pamięci. Jest to dalszy ciąg tego samego rejsu, o którym pisałem w swoim komentarzu, do artykułu Andrzeja. Link do niego, dodał dzisiaj Andrzej -http://www.zegluga-rzeczna.pl/readarticle.php?article_id=12
                          Płyniemy w górę Odry. Ja jak zwykle w swojej młodości, chłopak rozrywkowy, dogadałem się z Heniem, że wysiadam w Głogowie i jadę do Wrocławia. Chciałem i bardzo miałem ochotę, na spędzenie paru dni ze swoją dziewczyną / we Wrocławiu zawsze była Ta pierwsza i poważna hi, hi. /. Jako, że miałem pomocnika, Heniu mówi do mnie " jedź Janek, damy sobie radę "
                          Jak przystało i było w naszym łodziarskim zwyczaju, przed Głogowem, zrobiłem sobie porządną kąpiel, ubrałem czyste ciuchy -
                          - spodnie marki Ryfle, koszula nonajron, kurteczka zamszowa i już byłem gotowy do drogi. W czasie, kiedy byłem jeszcze w kajucie, Heniu zakotwiczył pudła, odpięli pchacza i podpływa do brzegu, poniżej mostu w Głogowie, aby mnie wysadzić. W tym momencie słyszę, że staje jeden silnik, a po chwili, drugi. Wyskakuję na pokład i słyszę sławetne powiedzonka Henia,
                          /.pi,pi,...........jerunie, krucafiksa .....pi,pi,pi, /. Pada polecenie, " rzuć kotwicę ". Po piruetach i tańcach na Odrze naszego Tura, stoimy w miejscu. Jak wszyscy się domyślają, mój kochany pomocnik, nie wykonał na Nim ciążących obowiązków w maszynowni i nie uzupełnił paliwa, w czasie, kiedy ja, szykowałem się na romantyczne spotkanie. Widziałem zły grymas na twarzy Henia i tak, jakby chciał powiedzieć do mnie " Janek, zostań, bo będę miał kłopoty z tym chłopakiem " / zawsze do mnie się zwracał Janek, jak i inni Ślązacy, a nie Janusz /. Rad, nie rad, zmuszony byłem, zejść do kajuty, przebrać się w brudne ciuchy i zabrać się do roboty, aby ponownie uruchomić silniki. Chęć mojego wyjazdu do Wrocławia, była tak wielka, że nie zniechęciła mnie ta przygoda i ponownie, po uruchomieniu silników, przystąpiłem do kąpieli i zmywania tej cholernie, śmierdzącej ropy, ze swojego ciała. Heniu podpłynął pod brzeg, aby mnie wysadzić, a ja na odchodne, przekazałem dość ostre polecenie swojemu pomocnikowi, odnośnie obowiązków, jakie na Nim teraz spoczywają / przyszedł chłopak po służbie w marynarce /. Szczęśliwy, pobiegłem szybko na autobus, który zawiózł mnie do Wrocławia i wylądowałem w ramionach ukochanej.
                          Z góry wiedząc, kiedy pojawi się we Wrocławiu mój Tur - 24, pojechałem do portu. W zadymionym, jak zawsze, korytarzu, prowadzącym do biura kadr, dyspozytora i lekarzy, spotkałem Henia Malika, przemykającego wśród tłumu kolegów, rozmawiających, nie tylko o pracy zawodowej. Przywitałem się z Heniem, ale widzę, że ma niewyraźną minę. Nie myliłem się - mówi do mnie, " jerunie - Janek - idź do Matuszewskiego / kierownik obsad / i powiedz, że ten twój pomocnik, nie nadaje się do tej załogi " Opowiedział mi o problemach, jakie z Nim mieli w trakcie rejsu do Wrocławia. Oczywiście - życzenie Henia zostało spełnione. Nieszczęśliwego pomocnika, Matuszewski zabrał od nas i dał innego, ale już po naszej wspaniałej szkole - T.Ż.Ś. Miał na imię Zbyszek / nazwisku mi uleciało /
                          Powracając do poprzedniego pomocnika, powiem Wam, że do dzisiaj mam mieszane uczucia - co by było, gdyby ??. Ów pomocnik zaokrętował na innego pchacza / chyba 51 ? / i biedak dopłynął nim tylko do Malczyc. Tam niestety, utopił się w naszej Odrze. Szkoda człowieka - trudno.
                          Płyniemy dalej do Koźla już z nowym pomocnikiem - Zbyszkiem. Wspaniały, przystojny, wesoły chłopak. Miał jedną wadę - cholernie lubił mocne trunki. Po przypłynięciu do Koźla, następuje wymiana pudeł. Tego wieczora, wybraliśmy się na wieczorną balangę, ze znajomymi dziewczynami do kozielskiej kawiarni w Rynku, a następnie do restauracji. Zbyszek tryskał humorem, dziewczyny za Nim strzelały oczyma, a trunki lały się i lały hi,hi. Przyszliśmy na Tura, nad ranem. Heniu, jak to porządny Ślązak, wstaje rano skoro świt i robi nam pobudkę, bo czas wypływać już w dół Odry. Przychodzi do mnie Zbyszek i błagalnym głosem mówi - " Januszek - tylko jedno piwko w Portowej - pozwól - pogadaj z kapitanem ". Ulitowałem się nad spragnionym człowiekiem, bo i mnie również, zdrowo suszyło. Po rozmowie z Heniem i zapewnieniu,, że zaraz przyjdziemy, tylko wypijemy jedno piwko. Oczywiście poszła cała załoga, tylko kapitan został na wachcie. Miałem świadomość, że bardzo zależy Heniowi na szybkim wypłynięciu, bo chciał też trochę pobyć w swoim domu, będącemu na naszej trasie w miejscowości Żelazna. Im szybciej w tym dniu wypłyniemy z Koźla, tym szybciej tego dnia, będzie Heniu w domu. Wypiliśmy w Portowej po piwku i tu się zaczął problem z moim pomocnikiem - Zbyszkiem. Chłopak zaskoczył i nie przemawiały do Niego żadne argumenty, że już musimy wypływać, bo Heniek chce być szybko w domu. Zbyszek wciąż powtarzał - " majsterku, jeszcze jedno piwko i jedziemy ". Aby była jasność, to ja wypiłem tego poranka, naprawdę jedno piwko i było to łodziarskie tak zwane " gruzińskie śniadanie ". Czas uciekał, a ja nie daję rady oderwać Zbyszka od kufla piwa. Reszta załogi już poszła na Tura, a ja walczę i przemawiam do Zbyszka, jak " dziad do obrazu ". W pewnym momencie w drzwiach Portowej, ukazał się Heniu. Ze znaną mi swoją miną na twarzy, podchodzi do nas i już dokładnie wiem, że jest wkur.....ny. Wie już od załogi, która powróciła na Tura, że ja walczę ze Zbyszkiem. Heniu mówi do mnie - " Janek - jerunie, co to za szczęście mamy do tych twoich pomocników ? " z Nim też chyba trzeba się pożegnać ? Na siłę zabraliśmy wspólnie z Heniem Zbyszka i dostarczyliśmy na Tura do Jego kajuty. Tam już cały dzień sobie odpoczywał. Wiedziałem, że nie wolno było Jego zostawić w Portowej w takim stanie i płynąć bez Niego, jak to zdarzało się w innych załogach. Odpaliłem silniki i Heniu już szczęśliwy, że pozbierał to " tałatajstwo " i płynie do swojej rodziny.
                          Nie pozbyłem się Zbyszka - naprawdę, dobry był chłopak, a co najważniejsze, to kolega ze wspólnej szkoły.
                          Niestety - w 1972 roku - Zbyszek się utopił w Szczecinie. Ja akurat przypłynąłem z Berlina i cumowaliśmy do Jego barki, przy Wałach Chrobrego. Zbyszek pływał już za mechanika i również dzień wcześniej, przypłynął z Berlina. Pytam kolegów z Jego barki, gdzie Zbyszek, a Oni mówią -
                          -" chyba się utopił, bo Go od wczoraj nie ma ". Prawie się popłakałem. Poszliśmy spać, bo był to już wieczór. Nawet nie wyskoczyliśmy do Kaskady. Rano słyszę jakieś donośne głosy na pokładzie. Miałem okna od wody, ale nic nie widziałem. Idę więc na górę do sterówki i widzę poruszenie na pokładzie, stojących obok nas barek. Ktoś mówi - " tam chyba pływa topielec ? ". Okazało się, że jest już człowiek z milicji. Ponieważ stoimy od wody, spuszczamy szalupę i razem z milicjantem po cywilu, płyniemy w stronę zauważonego topielca. Wciąż miałem nadzieję, że to nie Zbyszek. Niestety - wyciągamy denata i widzę, że to mój serdeczny kolega Zbyszek - dawny pomocnik, stawiający swoje pierwsze kroki u mnie, na Turze - 24.
                          Długo nie mogłem się pogodzić, że już nigdy nie zobaczę swojego tak sympatycznego, niekonfliktowego kolegi Zbyszka.
                          Takim nieszczęśliwym trafem, odeszli na wieczną wachtę, moi pomocnicy. Nigdy już więcej, nie miałem pomocnika, bo i po co kusić los ?

                          Janusz T.
                          - 06.11.2008 19:38
                          • miroslaw rajski
                            miroslaw rajski
                            Wtrącę i ja swoje trzy grosze związane z Odrą i pływaniem ze Ślązakami. Muszę stwierdzić, że bardzo dobrze mi sie z nimi pracowalo, a zrozumieć było mi ich nie trudno, jestem przecież pół krwi Ślązakiem. Gonitwa za pracą leżała w ich naturze, to lud strasznie robotny. O pieniądze może im mniej chodziło, chociaż napewno nie były bez znaczenia.
                            Z iloma mieszkańcami Malni, Choruli, Otmętu, Odrowąża czy innych podkrapkowickich wsi pływałem w tych pięknych latach sześćdziesiątych / siedemdziesiątych! Do dziś wspominam Norberta Sapoka, Stacha Mnicha czy Alojza Gruchota. Ten ostatni wiecznie mnie rugował tym swoim gardlowym "r": "Mirek, pierounie, pozamiatoł byś lepiej te stringle, zamiast durch z ta książka pod pachą lotać"!
                            Trzeba przyznać, że fachowość śląskich kapitanów była o niebo lepsza, niż tych co przybyli nad Odrę z innych dzielnic Polski. Naturalnie, nie chciałbym tych ostatnich wrzucać do jednego wora, ale takie wrażenie pozostało mi do dziś. Ślązacy mieli łodziarkę we krwi, żyli tym zawodem. I myślę że nie pogoń za pienądzem, ale duma nie pozwalała na wyprzedzenie przez inną jednostkę, a już napewno nie pod załadunek czy wyłladunek. Pamiętam pełen rozpaczy wrzask Stacha Mnicha: "Mirek, co z tym prawym silnikiem, Puck nas wyprzedza!", a prawemu prawie się wał zacierał.
                            Stachu Mnich wbrew mniemaniu, lubił balować. Wystarczylo rzucić propozycję gdzie dzisiaj idziemy na tańce, a już kotwica była w wodzie. Imię Stanisław nadano mu już po wojnie, bowiem urodzeniowe Reinhardt brzmialo zbyt radykalnie dla delikatnych uszu ówczesnych urzędników (skąd ja to znam?).
                            Kilka tygodni temu odebrałem ciekawy telefon: "Mirek stary koniu, dowiedziałem się od Norberta Sapoka że mieszkasz we Friedrichshafen! Ja od dwudziestu lat mieszkam w Pforzheim, w tym samym Landzie co ty". Gadaliśmy z godzinę. Stachu ma mnie odwiedzić. Może jak częściej będziemy się widywać powstanie jakaś książka o Odrze? Byleby czasu nam starczylo.
                            Janusz, fotoreportaż bajka! Ile musiałeś zrobić zdjęć żeby te 150 wysortować, 1000?
                            Mirek Rajski
                            - 09.11.2008 14:12
                            • Janusz Tyburcy
                              Janusz Tyburcy
                              Hej - Mireczku, mój przyjacielu z jednej klasy.
                              W związku z tym, że mamy tylko w jednym temacie inne zdanie i to jest normalne, mam odmienny pogląd w stosunku do Twojego, odnośnie pogoni Ślązaków za pieniędzmi i szanowaniem przez Nich, każdego ciężko zarobionego grosza. Nasza wiedza w tym temacie musi się Mirku różnić, gdyż Ty jesteś Ślązakiem, a ja Dolnoślązakiem hi,hi.
                              W żegludze wrocławskiej jak wiesz, pływało wielu Ślązaków i z stąd moja wiedza i przekonanie, że wbrew temu, co piszesz, gonili za tym przysłowiowym groszem. Obcowałem z Nimi i wiem, jaki prowadzili tryb życia, a co ciekawe, nie pamiętam, aby Ślązak postawił, chociaż nam nie Ślązakom, jedno piwo, pomimo, że my Mu dziesiątki razy stawiali i nie tylko piwo, ale i coś mocniejszego. Jednym słowem, nie byli tak rozrzutni, jak my z poza Śląska. Widać to gołym okiem było na wspólnych biesiadach w knajpach, jak i poza nimi.
                              Oczywiście, że duma Ich rozpierała, byli fachowcami, chociaż również zdarzały Im się wpadki zawodowe. My również w żegludze wrocławskiej mieliśmy fachowców w osobach młodych kapitanów, mechaników. Były jednostki, na których pływali sami młodzi ludzie w wieku od 20- tu, do 24-lat i rewelacyjnie sobie radzili, zarabiali super i orali Odrę bez problemów. Ja nigdy nie widziałem w żegludze kozielskiej na jednej jednostce, tak młodej załogi. Nasi chłopcy, wcale nie ustępowali Waszym załogom, złożonym z łodziarzy Ślązaków.
                              Teraz, to dopiero naraziłem się Mireczku Ślązakom hi,hi. Myślę, że mi wybaczą, bo dobrze wiedzą, że mieliśmy o Nich w tamtych czasach takie zdanie i nie mieli nam tego za złe.
                              Mierczku - tylko nie mów Alince, że się z Tobą sprzeczam, bo będę miał przechlapane, hi,hi.GrinGrinGrin
                              Pozdrawiam WSZYSTKICH

                              Janusz T.
                              - 09.11.2008 15:57
                              • Adam Reszka
                                Adam Reszka
                                Bardzo ciekawie opowiadacie. A ten Reinhardt Panie Mirku zamieniony na Stanisława, wcale by mi nie przeszkadzał. Podobne barbarzyństwo miało miejsce w Karpatch, gdzie łemkowską onomastykę zmieniano na siłę na polskie brzmienie, np. Prehyba stała się teraz Przechybą. Każdy wysiedlony Łemko czy Łemkini czytając nową mapę tych okolic przeciera oczy ze zdumienia. Boli nas akcja rządu litewskiego zmieniania nazwisk litewskich Polaków - np. Mickiewicz na Mickiewiczius, a sami w gruncie rzeczy okazujemy się być niepotrzebnie i bezsensownie takimi samymi zapiekłymi nacjonalistami. Pomijając sprawę zmiany po wojnie nazw miejscowych na Dolnym Śląsku, szczytem barbarzyństwa toponomastycznego była zmiana nazwy miejsowej Królewiec na Kaliningrad, jak również wszystkich innych nazw miejscowości w tym obecnie "kaliningradzkim" obwodzie. Piszcie dalej, dobrze się Was czyta. Sama niezbyt odległa - ale już za mgłą - HISTORIA.
                                - 09.11.2008 19:33

                                Dodaj lub popraw komentarz

                                Zaloguj się, aby napisać komentarz.

                                Ocena zawartości jest dostępna tylko dla zarejestrowanych użytkowników.
                                Proszę Zaloguj lub Zarejestruj się by zagłosować.
                                Niesamowite! (0)0 %
                                Bardzo dobre (0)0 %
                                Dobre (0)0 %
                                Średnie (0)0 %
                                Słabe (0)0 %
                                Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na nasze ustawienia prywatności i rozumiesz, że używamy plików cookies. Niektóre pliki cookie mogły już zostać ustawione.
                                Kliknij przycisk `Akceptuję`, aby ukryć ten pasek. Jeśli będziesz nadal korzystać z witryny bez podjęcia żadnych działań, założymy, że i tak zgadzasz się z naszą polityką prywatności. Przeczytaj informacje o używanych przez nas Cookies