O nie! Gdzie jest JavaScript?
Twoja przeglądarka internetowa nie ma włączonej obsługi JavaScript lub nie obsługuje JavaScript. Proszę włączyć JavaScript w przeglądarce internetowej, aby poprawnie wyświetlić tę witrynę, lub zaktualizować do przeglądarki internetowej, która obsługuje JavaScript.
Artykuły

Seler

Znacie bajkę o ,,Selerze i pieprzu"? Nie? ,,Se leże i pieprze".

Znacie bajkę o ,,Selerze i pieprzu"? Nie?
,,Se leże i pieprze".
Taki właśnie był ,,Seler". Se leżał a forsa się sama do niego pchała. Poznałem go w szkole,w trzeciej klasie,tzn.ja byłem w trzeciej,on w czwartej. Od razu podjęliśmy ścisłą współpracę. Obaj mieszkaliśmy w internacie. On był z Warszawy i miał koleżankę,która pracowała w Ośrodku Węgierskim w Warszawie,ja byłem ze Świnoujścia i interesowałem się rock and rollem, w wykonaniu zespołów węgierskich. On dostawał nawet nierozpakowane przesyłki płytowe,prosto z Budapesztu via koleżanka a Ośrodku Węgierskim, ja je sprzedawałem od ręki we Wrocławiu. Przychodziło do Warszawy 20 płyt,Seler dostawał 10. Ja opylałem dziewięć,dziesiąta byłą moja. Po roku takiej współpracy byłem (jak się namacalnie okazało)posiadaczem największej,węgierskiej płytoteki we Wrocławiu. Prowadzący dyskotekę ,,Herbapol" na ul.Oławskiej tzw.,Oławkę", przyjeżdżali po mnie do internatu, zabierali mnie razem z najnowszymi płytami Omegi, grup Lokomotiv GT, Lajos Iles, Bergendi, Kati Kovacs itd. W oczach kolegów - nobilitacja absolutna.
Ponieważ bardzo dobrze naśladowałem głos kierownika internatu,dość często z nudów, robiłem zbiórki na korytarzu poszczególnym klasom. Pod nami na parterze, mieszkali koledzy z III B. Plutonowym był Bącal. Kierownik był wychowawcą tej klasy, więc chcąc im coś zakomunikować krzyczał:
- Trzecia be, zbiórka na korytarzu, plutonowy Bącal - wszyscy wypadali z sal a on mówił im, co miał powiedzieć. Zawsze krzyczał to samo, więc jak wracałem z kolacji obok ich korytarza, zdarzało mi się krzyknąć:
- Trzecia be,zbiórka na korytarzu, plutonowy Bącal.
Najpierw wybiegali posłusznie na zbiórkę ale przekonawszy się, że to ja, wracali do sal klnąc pod nosem. Mój ,,podwójny Nelson" polegał na tym, że jak przez okno zobaczyłem idącego po południu, do internatu kierownika, zbiegałem w te pędy pietro niżej i wrzeszczałem:
- Trzecia be, zbiórka na korytarzu, plutonowy Bącal.
Wybiegali, złorzeczyli mi, wracali do sal. Ja wchodziłem tylko na półpiętro, gdzie czekali moi koledzy z klasy i podziwialiśmy zawsze ten sam spektakl, pod tytułem ,,Zdziwko". Kierownik krzyczał swoje sakramentalne:
- Trzecia be, zbiórka na korytarzu, plutonowy Bącal - i słyszał:
- Szczepan, odpieprz się do jasnej cholery. Szczepan daj spokój! - Krzyczał więc:
- Jaki Szczepan, jaki Szczepan? Trzecia be, plutonowy Bącal, zbiórka na korytarzu.
I działo się co dziać się miało.

Chłopaki z równoległej IV C,wykorzystując to, że świetnie naśladuję głos kierownika internatu, przyszli do mnie pewnego razu z prośbą, żebym zadzwonił z naszej portierni do portierni głównej, poprosił do telefonu ich wychowawcę i zasugerował mu, żeby przesunął godzinę ich porotu z potańcówki, z godz. 21.00 na 23.00. Bałem się okropnie. Po pierwsze ich wychowawca nie nadawał się do takich żartów (prawnik z zawodu), po drugie kierownik kilka dni temu słyszał na korytarzu jak go naśladuję. Co prawda skwitował to krótko:
- Dobszsze mnie Szczepan naśladujesz,dobsze naśladujesz.
Ale w razie wsypy - nieszczęście gotowe.
Zrobiłem to. Udało się ale osobiście sprawdzałem czy wszyscy wrócili.
Kierownik uwielbiał każdą perorę, każde ,,przesłuchanie" rozpoczynać słowami:
- Proszsz, nie bój si, podejdź bliżej, ty jesteś sala? - Czyli w którym pokoju mieszkasz?
To musiało się zdarzyć. Rok młodszy od nas Wojtek Sala ze Szczecina, wreszcie wszedł kierownikowi w drogę. Było to w stołówce. Kierownik zaczął swój ulubiony tekst:
- Proszsz, podejdź bliżej, nie bój si, ty jesteś sala?
- Ja jestem Sala. - Odpowiedział Wojtek.
- Dobszszsz, nie będy z tobą rozmawiał, będy rozmawiał w twoimi rodzicami, nie bój si, podejdź bliżej, proszsz, ty jesteś sala? Wyrzucił z siebie jednym tchem kierownik. Mówił to rzeczywiście w imponującym tempie.
- Tak, ja jestem Sala. - Powtórzył Wojtek.
- Dobszsz, nie bardzo wiem o co chodzi ale nie bój si - Wojtek w tym momencie przyznał się, że nazywa się Sala. Szkoda. W/g nas zrobił to za szybko.

Następny numer ze straszeniem chłopaków kierownikiem, robiłem wieczorem, w niedzielę, kiedy to wracali koledzy do internatu z ,,lewych" przepustek czy też po cywilnemu i oczywiście nie głównym wejściem przez portiernię ale przez okno w umywalni z tyłu internatu. Wjeżdżał na przystanek pod internatem tramwaj, wysiadała z niego spora grupa chłopaków, niewielka jej część maszerowała w kierunku portierni, reszta szła wzdłuż płotu za internat. Widząc to z okna, przystępowałem do akcji. Za mną pędzili wszyscy chętni do obejrzenia tego numeru. Wpadałem do umywalni,gasiłem światło, jakby zapraszając kolegów zza okna. Już po chwili wisiał na parapecie pierwszy. Rozpoznawszy delikwenta,krzyczałem do niego po nazwisku, naśladując oczywiście kierownika:
- Uczeń Karwacki, podejdź bliżej, wołaj kolegów, wołaj kolegów.
Na to hasło słychać było jeden wielki galop pod oknem. Towarzycho wiało, biorąc pod siebie dwumetrowy płot z dwudziestocentymetrowym zapasem. Szybko przebiegałem nasze skrzydło internatu, stołówkę, dopadałem do skrzydła internatu, w którym mieszkali uczniowie szkoły zasadniczej i tam przy otwartych drzwiach/oknie korytarza powtarzałem historyjkę z naśladowaniem kierownika. Odzew był taki sam. Wiali. Czasem biegałem tam i z powrotem kilka razy. Znudziło nam się już to ganianie i ryczenie ze śmiechu, więc rozeszliśmy się. Gdy już zasypiałem w swoim pokoju, nagle otworzyły się drzwi na ościesz, ktoś zapalił światło. W drzwiach stał ,,Seler" w piżamie, w kapciach, z wielką, skórzaną torbą podróżną w ręce. Powiedział tylko:
- Szczepan, ja cię kiedyś po prostu zabiję - i trzasnął drzwiami.
Nazajutrz okazało się, że wrócił z Warszawy i był w tej grupie, która tak ochoczo próbowała się dostać przez okno do internatu. Przekradł się przez salę w ,,części zasadniczej", pożyczył i założył na siebie piżamę (w razie wpadki, że przecież cały czas jest w internacie) i tak przywędrował do części technikum. Po drodze dowiedział się, że to ja się wygłupiałem, i że kierownika w ogóle nie było w internacie. Nie boczył się jednak na mnie zbyt długo. A było o co?

Minęło ładnych kilka latek. ,,Seler" ukończył Wyższą Szkołę Morską jako prymus i zaczął pływać jako III mechanik na promie do Szwecji (spróbujcie powiedzieć:,,to co,że ze Szwecji"). To była zima, stan wojenny. Zmiany załóg na promach były co 2 tygodnie. Ponieważ dalej się przyjaźniliśmy, ,,Seler" podrzucał czasem mi do domu jakieś rzeczy, które później schodząc ze statku na wolne, zabierał ze sobą do Warszawy. Wtedy uzbierało się tego dwie pękate torby. O 20.50 odchodził sypialny do Warszawy, więc dzień wcześniej poprosił mnie o przyniesienie mu tych toreb, na dworzec PKP. Nie ma sprawy - powiedziałem. Wyszedłem z domu o 19.00. Prom miejski do dworca PKP odchodził 19.20. Taszcząc te torby zorientowałem się, że nie tylko robi się ciemno ale, że jestem sam na ulicy. Ni z tąd ni z owąd zacząłem mieć cykora. A jeśli ,,Seler" ma w tych torbach coś trefnego? Wchodzę na prom. Nikogo. Obie torby postawiłem przy klapie na prawej burcie, sam przeszedłem na lewą. Jeszcze pięć minut do odjazdu promu. Wjeżdża samochód milicji. Robi mi się gorąco. Tylko ja z tymi wielkimi torbami i milicja. Udaję, że nie należą do mnie. Nawet nie patrzę w ich kierunku. Dzwoni dzwonek do odjazdu promu i w tym samym momencie wjeżdża samochód WSW. Podnosi się klapa. Odpływamy. Udając kozaka przechadzam się z burty na burtę. Ktoś macha do mnie zza szyby wozu WSW. Kolega. Jest zawodowym podoficerem, siedzi obok kierowcy. Z tyłu jeszcze dwóch marynarzy z karabinami maszynowymi. Podchodzę do otwartego okna i mówię:
- Później ci wszystko wyjaśnię. Zawieź mnie do dworca PKP, z tymi torbami - pokazuję na nie. Ten w hełmie na głowie, zdziwiony, pyta czy mi nie odbiło? Od przystani promu na Warszowie do dworca PKP jest 50 może 70 metrów.
- Proszę cię, zrób to, powiem ci wszystko później. Marynarze robią mi miejsce, wsiadam, jeden z nich przynosi te nieszczęsne torby. Dobijamy do przystani, podjeżdżamy pod dworzec. Idziemy do siedzącego w kożuszku na kartonach/pakunkach ,,Selera". Ja, obok podoficer WSW w długim, czarnym, zimowym płaszczu Marynarki Wojennej, w hełmie, z bronią krótką przy pasie, w okropnie stukających po pustym peronie, butach. Z tyłu dwóch marynarzy w hełmach, z bronią. Jeden niesie torby ,,Selera". Mimo dużej odległości widzę jak ,,Seler" blednie. Powoli wstaje i czeka na....no,na to co musi się stać. Widząc go tak biednego, dokonuję prezentacji:
- Cześć, poznajcie się to kolega.....to kolega... - podają sobie ręce. Wspólnie bierzemy wszystkie pakunki i ładujemy je do sypialnego. ,,Seler" nie ma biletu, ale konduktor widząc co się dzieje, wpuszcza go bez słowa. Żołnierze przez okno podają kartony i torby. Jeden z nich na rozkaz kolegi podoficera, idzie do kasy kupić bilet. I kupuje rzecz jasna. ,,Seler" prosi, żeby powiadomić żonę w Warszawie, żeby po niego wyszła na dworzec. Obiecuję mu to, chociaż niby jak mam to zrobić? Jest stan wojenny i telefony nie działają. Pociąg rusza i ,,Seler" odjeżdża w siną, mroczną dal. Kolega z WSW wiezie mnie na posterunek milicji. Tam w ciągu 10 sekund uzyskuję połączenie z warszawskim numerem domowym ,,Selera". Mówię co mam powiedzieć i już. Koniec. ,,Seler" mi nigdy nie powiedział co było w tych torbach. Gdy go o to pytałem śmiał się tylko i to okropnie zaraźliwie.


Udostępnij:

Apis 02.11.2006 4375 wyświetleń 4 komentarzy 3 ocena Drukuj



4 komentarzy


  • Ewka
    Ewka
    Wspaniałe Szczepanie, po prostu WSPANIAŁE!!
    Opoiwem Wam coś o miom koledze z XIV LO.
    Było to podczas stanu wojennego, kiedy to zakończyły się dwutygodniowe bodaj wakacje zorganizowane z okazji jego wprowadzenia. Dyrektor D. wprowadził wówczas ostre zasady: jeśli jaiś uczeń zostanie zatrzymany na 24 albo 48 i spóźni si ę do szkoły albo nie będzie go cały dzień nie ma mozliwości żadnych usprawiedliwień! Szkołę nadzorował w tym też czasie jakiś wojskowy. Chodził po korytarzach z krótką bronią w odpiętej kaburze i toczył pianę ,kiedy zbieraliśmy się na "cichych przerwach" - ale to inna historia.

    Właśnie zaczęła się trzecia z kolei godzina lekcyjna. Trzecia mamtematyka z panią prof. I. Nagle drzwi otwierają się i do klasy wchodzi nasz kolega (obecnie absolwent WSM w Gdyni - sic!). Widok przedstawia sobą opłakany: spodnie jakieś wygniecione, na twarzy wczorajszy zarost, oczy podpuchnięte z niewyspania.
    - Jacku, co się z tobą działo? -w głosie pani prof. I więcej było troski niż wyrzutu.
    Jacek zrobił jakiś nieokreślony ruch ręką.
    - Siadaj Jacku, siadaj, nic nie musicz mówić - podeszła do biurka i wpisała w dzienniki fajeczki usprawiedliwienia. Spojrzała jeszcze raz na delikwenta wzrokiem pełnym podziwu i szacunku jaki należeć się powinien bojownikowi o wolność i demokrację.
    Po latach spytałam Jacka dlaczego się wtedy spóźnił.
    -A bo ja pamiętam? - zdziwił się - Pewnie byłem u dziewczyny.
    - 02.11.2006 22:07
    • Szczepan
      Szczepan
      Droga Zuzko (tak po cichu sądzę,że ma pani na imię Ania ale może i nie), dzieki pani komentarzom chce mi sie pisać. Sprawia mi przyjemność, że pani się śmieje z moich tekstów (,,Nadzieja....to ryzyko, które trzeba przyjąć"Wink. Opowiadanie ,,Seler" jest najdłuższym, obiecuję, że następne będą króciutkie. Z autopsji wiem, że długie się czyta trudniej. Pozdrawiam gorąco, Staszek.

      Ewka, Tobie też dziękuję za okrzyki radości i....wszystkim Wam dziekuję.S.
      - 03.11.2006 06:19
      • T
        Tereska
        Wszystkie Twoje opowiadanka, Szczepanie, powinny znależć miejsce w trwałej publikacji. Szkoda, że dostęp do nich mają tylko internauci. Mam to szczęście, że znałam je wcześniej, ale nie wszystkim jest to dane. Życzę Ci więc, by znalazł się taki wydawca , który zechce je opublikować. Mało, wierzę, że Ci się to uda... Ter.
        - 07.04.2007 14:15
        • Z
          zuzanna
          I znowu znalazłam miejsce, w którym Szczepan w swoim komentarzu zwraca się do mnie, ( wtedy jeszcze byliśmy na "pani" cha, cha, cha!!!), a komentarza nie ma, bo go usunęłam. ( Oj, babo, babo! ). Winna więc jestem Szczepanowi ten tekst, ale czy pamiętam?
          Napisałam chyba coś takiego: "Gdyby Pan mógł widzieć, co ja teraz robię? Leżę na podłodze i turlam się ze śmiechu. Pańskie dowcipy zwalają z nóg!"
          Chyba tak było, Szczepan, wybacz :p
          - 28.08.2007 15:49

          Dodaj lub popraw komentarz

          Zaloguj się, aby napisać komentarz.

          Ocena zawartości jest dostępna tylko dla zarejestrowanych użytkowników.
          Proszę Zaloguj lub Zarejestruj się by zagłosować.
          Niesamowite! (3)100 %
          Bardzo dobre (0)0 %
          Dobre (0)0 %
          Średnie (0)0 %
          Słabe (0)0 %
          Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na nasze ustawienia prywatności i rozumiesz, że używamy plików cookies. Niektóre pliki cookie mogły już zostać ustawione.
          Kliknij przycisk `Akceptuję`, aby ukryć ten pasek. Jeśli będziesz nadal korzystać z witryny bez podjęcia żadnych działań, założymy, że i tak zgadzasz się z naszą polityką prywatności. Przeczytaj informacje o używanych przez nas Cookies