Z dziejów żeglugi śródlądowej w Polsce
Dzieje wykorzystania śródlądowych dróg wodnych w naszym kraju doczekały się szeregu opracowań naukowych. Mają one jednak charakter głównie przyczynkarski. Brak jest kompleksowego opracowania tematu. Niebogata jest również literatura popularna w tym przedmiocie. Może więc niniejsza książeczka choć w części zaspokoi istniejące zapotrzebowanie na literaturę w zakresie polskiej żeglugi śródlądowej.
VIII. Brać flisacka
Rozwój żeglugi śródlądowej pociągnął za sobą powstanie wyspecjalizowanej grupy przewoźników. Nie była to grupa jednolita. Spławnicy, zwani najczęściej flisami lub orylami, a pod Krakowem włóczkami, różnili się między sobą pochodzeniem społecznym, stopniem wtajemniczenia zawodowego, uzyskanymi prawami i przywilejami oraz pozycją ekonomiczną. Dość wcześnie wyodrębniła się wśród nich grupa przewoźników zawodowych, utrzymujących się wyłącznie z wykonywania usług transportowych na drogach wodnych. Pozostali, stanowiący do połowy XIX wieku większość, trudnili się tym zajęciem dorywczo.
O najwcześniej ukształtowanej grupie spławników - włóczkach zwierzynieckich zajmujących się transportem i handlem drzewnym - mówiliśmy częściowo już w poprzednich rozdziałach. Zbierając na rzecz króla dziesięcinę od spławianego Wisłą drewna, włóczkowie korzystali ze specjalnych przywilejów i opieki panujących. Zdołali sobie nawet wyrobić monopol na spław drewna na odcinku Wisły między Tyńcem a Krakowem. Na straży ich praw i przywilejów stała organizacja cechowa posiadająca od 1624 roku własny statut, który zatwierdził król Władysław IV; to samo czynili później następni władcy polscy. Zmniejszenie się w drugiej połowie XVIII wieku spławu drewna i roli Wisły w ogóle w zwiąku z upadkiem państwa polskiego, a nieco wcześniej jeszcze przeżycie się dawnych przywilejów, spowodowały upadek cechu włóczków. Na przełomie XVIII i XIX wieku ma on już tylko symboliczne znaczenie.
Pośrednictwo kupców zakonnych w polskim handlu zagranicznym skoncentrowanym na wiślanym szlaku przyspieszyło wyodrębnienie się cechów żeglarzy wiślanych. W XIV i XV wieku funkcjonowały już żeglarskie organizacje cechowe w Toruniu, Elblągu, Chełmnie i Gdańsku. Podobnie jak włóczkowie, pomorscy flisacy korzystali z licznych przywilejów nadanych im przez Krzyżaków, a potwierdzonych później przez królów polskich. W odróżnieniu od włóczków, dawnych chłopów poddanych klasztoru norbertanek, toruńscy czy gdańscy żeglarze cechowi wywodzili się wyłącznie spośród obywateli miejskich. Byli też zamożniejsi od tamtych. Starający się o przyjęcie do cechu posiadać musieli własny statek rzeczny, a w wyjątkowych wypadkach, gdy zawód przechodził z ojca na syna, przynajmniej tzw. udział w postaci wspólnictwa w połowie lub ćwierci statku. Wnosili również dość wysokie opłaty jednorazowe. W XV stuleciu w gdańsikim cechu wynosiły one 5 grzywien.

Nieco inny charakter miał cech retmański, działający w XVIII wieku w miasteczku Ulanów nad Sanem. Wyzwalał on wyćwiczonych we flisackim rzemiośle młodych ludzi na retmanów i sterników statków i tratew na Sanie, Wiśle, Bugu i Wieprzu. Cechem kierowali starsi cechowi, wybierani każdego roku przez ogół braci stołowych. Zazwyczaj wybory były burzliwe. W wyjątkowych tylko wypadkach decyzją wszystkich członków kadencję starszych cechu przedłużano na następny rok bez przeprowadzania formalnych wyborów. Pierwszą osobą wśród braci był cechmistrz, następnie jego zastępca, zwany drugim cechmistrzem, podskarbi, pisarz i kluczowy. Członkami cechu byli mieszczanie ulanowscy, choć częste były też wypadki wyzwalania żeglarzy spoza tego kręgu, np. chłopów. Próżność mieszczańska sprawiała, że w dokumentach cechowych retmanów wywodzących się z mieszczan ulanowskich nazywano "sławetnymi panami", a pozostałych znacznie skromniej: "uczciwymi". Historyk Michał Janik w pracy o cechu ulanowskim zwraca uwagę, że "sławetni panowie" lubowali się również w posługiwaniu podwójnymi nazwiskami, np. Kułacz-Kułaczkowski, Witek-Witkiewicz, Wrona-Wroński itp., co miało dodać im splendoru.
O wyzwoleniu kandydata na retmana czy sternika decydowali starsi. Ceremonię taką nazywano "misterium". Wyzwalany wnosił opłatę wysokości 4 złotych polskich gotówką. Ponadto na poczęstunek dla braci stołowych, zwany "opłukiwaniem miejsca" - trzy beczki piwa i tyleż samo garnców wódki oraz 1 tynfa* na świece przy ołtarzu cechowym i na pogrzebach braci. Synowie członków cechu korzystali z 50% ulgi w opłatach obowiązujących nowo przyjmowanych braci.
W drugiej połowie XIX wieku organizacja żeglarzy ulanowskich zatraciła charakter cechu. Stała się bractwem odbywającym wspólne praktyki religijne i zebrania towarzyskie. Kierowali nim: starszy brat, jego zastępca, prokurator ołtarza, pisarz i radni. "Misteria" odbywały się nadal, ale miały sens wyłącznie symboliczny. Po roku 1852 zdarzało się również wyzwalanie żeglarzy kobiet. W tej formie bractwo funkcjonowało jeszcze kilka lat po I wojnie światowej.

Wśród braci flisackiej wyodrębniała się wyraźnie grupa zawodowych wykwalifikowanych żeglarzy. Zajmowali oni na statkach dobrze opłacane stanowiska: szyprów, sterników i retmanów.
Od drugiej połowy XV wieku w żegludze po rzekach polskich praktykowane było odbywanie rejsów pociągami lub inaczej karawanami, składającymi się z kilku, a nawet kilkunastu statków. Robiono to ze względów oszczędnościowych, a w okresie wojny, np. trzynastoletniej z Krzyżakami, z uwagi na bezpieczeństwo ludzi i ładunków. Przy spławie karawanowym retman i szyper mogli wykonywać swoje obowiązki na rzecz całej karawany, co miało poważne znaczenie jeszcze i z tego powodu, że o dobrego fachowca trzeba było bardzo zabiegać. Szyper był kierownikiem karawany statków. Jego praca trwała okrągły rok. Zaczynała się od sprawdzania w magazynach zapasów przygotowanych do spławu i zakupu wszystkich potrzebnych na statkach sprzętów i przedmiotów. Posiadał on wszystkie dane dotyczące ładowności i stanu technicznego powierzonych sobie jednostek. On mierzył załadowywane towary, dysponował ich rejestrem i dokonywał sprzedaży w miejscu przeznaczenia. Słowem: zastępował właściciela. Na statkach magnackich szyprami byli ubożsi szlachcice, na szlacheckich i mieszczańskich zazwyczaj sami właściciele. W XVII wieku szyper otrzymywał rocznie 600 zł wynagrodzenia, a w czasie rejsu dodatkowo 8 zł tygodniowo na wyżywienie.
Drugą osobą po szyprze był starszy sternik, zwany też gospodarzem. Obowiązki jego nie ograniczały się tylko do "trzymania steru". Jako najbardziej doświadczony w sztuce żeglarskiej odpowiadał za wszystko, co się działo na statku w czasie rejsu. Tylko on mógł dysponować zapasowym sprzętem, jak żagle, liny, kotwice i wiosła, a także obarczano go troską o flisaków, których zimą werbował i zadatkował. Sternik był jego zmiennikiem w prowadzeniu statku i pomocnikiem w pozostałych czynnościach. W zależności od rodzaju statku, którym kierował, zarabiał sternik gospodarz 60-100 zł rocznie, a ponadto otrzymywał 12 groszy tygodniowo na chleb i dwie kwarty** grochu i kaszy dziennie. Sternicy rekrutowali się spośród mieszczan i chłopów.
Bezpieczeństwo i szybkość spławu zależały w dużej mierze od retmana i jego pomocnika retmańczyka. Retman w małej łódce płynął w znacznej odległości przed statkami tworzącymi kolej i długim kijem szukał bezpiecznego, głębokiego nurtu. Trasę statkom oznaczał tyczkami wbitymi w dno rzeki. Miejsca niebezpieczne sygnalizował kijami, u wierzchołka złamanymi. Około 250 metrów za retmanem płynął łódką retmańczyk, a dopiero w odległości 150 metrów za nim pierwszy statek. Po każdych dwóch statkach płynął kolejny retmańczyk. Praca retmana i retmańczyka wymagała dobrze rozwiniętego zmysłu obserwacji i bardzo wyczerpywała fizycznie. Retmańczyk, odebrawszy ostrzeżenie od retmana, przekazywał je sternikowi pierwszego statku głosem i znakami umownymi. Następnie podpływał do retmana, a gdy ten popłynął dalej, retmańczyk w tym czasie "warował", to znaczy pilnował przepłynięcia swoich statków przez niebezpieczne miejsce, po czym ponownie zajmował przeznaczone sobie miejsce w szyku karawany. Operacja taka powtarzała się przez cały rejs. Retman otrzymywał rocznie 120 zł, retmańczyk 60, a żywność i chleb w takim wymiarze jak sternik.

Najsilniejszą grupę pracowników żeglugi stanowili prości flisacy. Ich kwalifikacje zawodowe były niewielkie. Na statkach magnackich i szlacheckich byli nimi chłopi pańszczyźniani. Mieszczanie zaś rekrutowali swoje załogi spośród plebsu miejskiego. Rozwój rynku zbożowego dla chłopów miał ten zasadniczy skutek, że zwiększał ich obciążenie pańszczyźniane. Nic więc dziwnego, że rzemiosło flisackie pociągało ich bardzo. Dawało szansę zarobku i znacznie większą swobodę. Prawda, iż praca flisacka pożerała szybko siły i zdrowie, ale - tak jak pisze Klonowic we Flisie:
Bo kiedy już flis zasmakuje komu,
Już się na wiosnę nie zastoi w domu;
Już ciecze ze krą do Gdańska w komiędze -
Boi się nędze.
Choćby mu stawiał najlepszą zwierzynę,
Przecie on woli flisowską jarzynę.
Kiedy już tam raz tego, abo ze trzy,
Grochu zawietrzy.
Choćby mu złote Mercurius słowa
Lał krasomowny, wszystkie myśl flisowa
Na Wiśle pływa za swoim rotmanem,
Jak za hetmanem.
Kto raz zaraził się bakcylem flisackim, temu czas zimowy płynął bardzo wolno i skoro tylko słońce wiosenne zaczęło mocniej przygrzewać, zawijał najpotrzebniejsze rzeczy osobiste w tłumoczek i zarzuciwszy go na plecy ruszał nad rzekę. Tam było inne życie. Ciężkie i mozolne, ale nie pozbawione nadziei na lepsze. Do flisactwa zachęcały też krążące dość powszechnie fałszywe opinie o łatwym życiu ludzi rzeki, jak choćby ta zawarta w powiedzeniu ludowym:
Nie ma jak na flisie,
Naje się, wyśpi się,
A nie robi się.
Zdarzało się i tak, ale tylko wtedy, gdy mgła lub wyjątkowo niski stan wody przerywały spław. Ludzie wylegiwali się wtedy na pokładach lub na razgrzanym promieniami słońca brzegu, grając w kości i nucąc tęskne, czasem zawierające nutkę skargi pieśni, jak np. ta:
Flisakowa żona
Siedzi sobie doma,
A flisaczek, nieboraczek
Robi na chleb, jak robaczek,
Płynie do Torunia...
Te chwile wypoczynku nie przynosiły flisakom korzyści. Przedłużający się rejs zwiększał wydatki na wyżywienie, czasem wykluczał możliwośćpowtórnego w tym sezonie uczestnictwa w spławie, a zarobki pozostawały zawsze te same. Flisak z wolnego najmu otrzymywał za cały rejs 30 zł gotówką oraz 7 groszy tygodniowo na chleb i dziennie pa kwarcie kaszy i grochu. Słoninę, sól i olej na dni postne musiał kupować za własne pieniądze, najczęściej pożyczane na konto przyszłej wypłaty.
Tylko szybkie dopłynięcie do celu, możliwe jedynie przy sprzyjającym wietrze i wysokiej wodzie, dawała flisakom szanse przywiezienia do domu znacznej części zarabków. Krążyło nawet wśród żeglarskiej braci powiedzenie, że:
Deszczyk i cicho
Na oryla licho,
Wiatr i pogoda:
Na oryla wygoda.
Flisacy pańszczyźniani byli w nieco odmiennej sytuacji. Wyżywienie zapewniał im właściciel. Składały się nań kasza, groch i chleb - podstawowe pradukty żeglarskiej kuchni. Troskliwszy pan dbał o to, żeby i słaniny nie zabrakło jego sługam, wysyłanym na spław. Gostomski radził szlachcie gromadzić zapasy na przyszły sezan nawigacyjny już jesienią: "Słoniny na flis mają opatrować w ten czas najwięcej, kiedy żołądź rodzi. Kiedy rok tańszy, tedy więcej i wieprzów, i świny na to chować: aby tego naprzyczyniać dla flisa...", czytamy w przykładowych dyspozycjach dla zarządcy folwarku.
Po powrocie do domu flisacy chłopi otrzymywali symboliczne kilkuzłotowe wynagrodzenie. Jego wysokość zależała od tego, czy spławiane towary sprzedane zostały korzystnie, i od dobrego humoru pana.
Wynagrodzenie otrzymane za trzymiesIęczną ciężką pracę wystarczyło wolnemu flisakowi na zakupienie 6-7 par butów lub dwóch kożuchów, a poddany pański musiał się zadowolić sumą pozwalającą kupić żonie 2 łokcie*** sukna.
Co zaradniejsi i posiadający nieco gotówki w zanadrzu przedstawiciele flisackiego rzemiosła prowadzili, legalnie lub nielegalnie, drobny handel na własny rachunek. Tą drogą dostawało się na wieś sporo wyrobów przemysłowych niezbędnych w gospodarstwie kmiecym. Nie zawsze tak ciężko zarobione pieniądze zdołał flisak dowieźć do domu. Na szlaku wędrówki czyhali na niego różni rabusie. Podstępnie wciągali biedaka do wesołej kompanii, od czego flisak nie stronił, a po takiej zabawie nasz bohater cieszył się, że uszedł z życiem. Klonowic przestrzegał żeglarzy i przed inymi zasadzkami, jakie przygotowywali rozbójnicy:
Daj im tam pokój, radząć, flisie chudy,
Bo choć się w rzeczy między sobą wadzą,
O tobie radzą.
Nie zasiadaj w rząd, bo to źli robacy,
Nie nazbyt pewni, a wszystko rodacy,
Bo na cię świeże, chocia sobie łają,
Guzy chowają.
I wśród braci flisackiej nie brak było złodziejaszków i rzezimieszków. Bywało, że w załodze galaru ukrywał się przed karą groźny przestępca. Dobrotliwych z natury, o wesołym usposobieniu flisaków na drogę przestępstw popychało nadużywanie alkoholu. Część winy za to ponosili i szyprowie, trudniący się sprzedażą swoim podwładnym żywności i wódki. Zachłanność doprowadzała do skrajnej nędzy, a nierzadko także mniej zahartowane jednostki - za kraty więzienne. Flisak, przehulawszy pieniądze, kradł nocą w mijanych wioskach, co wpadło w ręce. Skradzione przedmioty sprzedawał w dalszej drodze. Większość szyprów, widząc w tym własny interes, patrzyła na ten proceder przez palce. Zdarzało się, że flisacy kradli przewożone na statku towary i spieniężali je chłopom i Żydom w miasteczkach leżących nad wodnym szlakiem (najczęściej była to sól), po czym statek dla zatuszowania przestępstwa zatapiano.
Nie należy więc bezkrytycznie wierzyć temu, co śpiewali flisacy w piosence na temat pochodzenia przepijanych pieniędzy:
Dziwują się ludzie,
Za co oryl pije,
Za tę drygaweczkę,
Co ją w wodzie myje...
Zbyt macno zakrapiane alkoholem zabawy osłabiały refleks żeglarzy. W kansekwencji statki często wpadały na mielizny i inne zatory denne. Sami zresztą śpiewali o takich zdarzeniach piosenkę:
Flisaki, pijaki,
Płyniecie na haki,
Godzinę pływacie,
Tydzień wyciągacie.
Drobniejsze przestępstwa dokonane w czasie spławu podlegały starym zwyczajem orzecznictwu sądu żeglarskiego, złożonego z trzech starszych sterników. Ferowane przez sąd wyroki do wychowawczych raczej zaliczyć należy. Np. za kradzież czyjejkolwiek własności na statku delikwent otrzymywał w obecnaści kolegów 5 batów; jeśli się to zdarzyło po raz drugi, wyliczano podwójną porcję batów, a za trzecim razem niepoprawnego zładziejaszka "wypierano", tj. pozbywano się całkawicie ze statku. Za lenistwo i upijanie się w czasie pracy graziła kara 5 batów. Tym zaś, którzy niezbyt ochoczo spychali statek lub tratwę z mielizny, wymierzano karę kwarty wódki na rzecz pozostałych członków załogi.
Mało dziś już znany, a bardzo ciekawy był język flisacki. Wyraz "mamka" znaczył mgła, "stryjaszek" - wiatr, "ciotka" - wrona, "bździel" - młyn wodny, "samica" - główne koryto rzeki, "łacha" - boczne koryto rzeki, groźne dla żeglarzy, "worek" - mielizna piaskowa na rzece, "bakord" - lewy brzeg rzeki, "zwodek" - przybór wody w rzece, "skład wody" - głębokie miejsce, "woda cienka" - płytka, "szarokuta" - nieczystości płynące rzeką, "pali się" oznaczało, że flisak zamoczył w wodzie ubranie, "wpaść w mąkę" - wpaść do wody przez nieuwagę, "porwa" - sygnał do zabierania się do pracy, "obertas" lub "zjeść obwarzanek" - wykręcenie się tratwy bokiem w kierunku prądu, "zaprawiać się" lub "wesele" - spychać tratwę albo statek z mielizny lub brzegu, "fryc" - młody chłopiec odbywający pierwszy rejs, "tratwę ożenić" - złączyć ze sobą jej dwa pasy.
W czasie spławu załogi statków miały obowiązek posługiwać się orylskim językiem. Nie przestrzegających tego karano 5 batami.
W XIX wieku w technice i organizacji żeglugi w Królestwie zaszły istotne zmiany. Wraz z rozwojem kapitalistycznych form gospodarowania w przemyśle i rolnictwie zanikał spław szlachecko - magnacki oparty na pańszczyźnianej pracy poddanych chłopów. Przedsiębiorstwa prywatne, spółki i towarzystwa o charakterze kapitalistycznym przejęły transport wodny. Niektóre z nich, jak np. spółka A. Zamoyskiego, oferowały klientom rownież kredyt, a także usługi w zakresie sprzedaży powierzonych do przewozu towarów. Pojawienie się na Wiśle parowców dało początek regularnej żegludze pasażerskiej.
Istniejące dawniej zróżnicowanie pracowników żeglugi pod względem przygotowania zawodowego i warunków materialnych pogłębiło się jeszcze bardziej. Kapitan, sternik i mechanik na parowcu oraz szyper na statku nieparowym stanowili wysoko kwalifikowaną arystokrację żeglarską, żyjącą bardzo dostatnio. Pozycja materialna i zawodowa prostych żeglarzy, rekrutujących się spośród biedoty miast i wsi, budziła zastrzeżenia nawet przedstawicieli carskiego aparatu administracyjnego. Rosyjski konsul generalny w Gdańsku w piśmie z 29 stycznia 1838 roku skierowanym do namiestnika carskiego w Warszawie zwracał uwagę, że warunki pracy i życia flisaków z Królestwa w porównaniu z pruskimi są niezwykle ciężkie. Właściciele statków i szyprowie nie zawierają z nimi formalnych umów o pracę, przez co pokrzywdzeni żeglarze nie mają nawet podstaw dochodzenia swych praw.
Na polecenie namiestnika Wydział Administracyjny Komisji Rządowej Spraw Wewnętrznych i Policji oraz Komisji Duchownych i Oświecenia Publicznego przygotował w czerwcu 1838 roku propozycje przepisów regulujących warunki zatrudnienia robotników na statkach. Stwierdzały one, że zatrudnienie flislaka może nastąpić tylko na podstawie umowy pisemnej, w której powinny być określone:
1. ładowność statku, na który werbowano robotnika,
2. wysokość zarobków tygodniowych lub za cały rejs,
3. obowiązki pracownika i pracodawcy.
Ponadto w kontrakcie winno znaleźć się wyraźne stwierdzenie, że pracodawca obowiązany jest codziennie dostarczyć każdemu zatrudnionemu flisakowi bezpłatnie:
1. kwartę kaszy jęczmiennej
2. kwartę grochu
3. słoniny 6 łutów****
4. soli 2 łuty
5. wódki półkwartek*****
6. chlebowego 6 groszy
Projektodawcy, jaklo wariant drugi, proponowali wydanie flisakom książeczek pracy zawierających ogólne przepisy o warunkach pracy oraz rubryki umożliwiające dokonywanie wpisu wypłat, zaliczek i innych danych o zatrudnieniu pracownika.
Komisje Rządowe Spraw Wewnętrznych, Duchownych i Oświecenia Publicznego oraz Przychodów i Skarbu rozpatrywały przedłożone przez Wydział Administracyjny propozycje, ale żadna z nich nie zajęła w tej sprawie wyraźnego stanowiska. Los flisaków nadal zależeć miał od dobrej lub złej woli szyprów i właścicieli statków.
Wycieńczeni katorżniczą wprost pracą, nie mieli flisacy warunków regeneracji choćby części sił. Na galarach, krypach i berlinkach sypiali pod gołym niebem, bezpośrednio na przewożonym zbożu i innych towarach. W czerwcowe i lipcowe ciepłe noce mogło to nawet sprawiać przyjemność, ale nasilony spław odbywał się przecież wczesną wiosną i późną jesienią, kiedy w naszym klimacie silne przymrozki nocne są rzeczą zwyczajną. W takich warunkach nie mogło być oczywiście mowy o przestrzeganiu podstawowych zasad higieny osobistej. Znani z dowcipu flisacy, pocieszając się wzajemnie, opowiadali narzekającym na dające się we znaki robactwo, że wesz orylaka, kiedy wyjdzie popołudniem pospacerować po galarze, to nie bardzo boi się wrony, która mocno się musi namozolić, zanim ją zadziobie.
Kuchnia flisacka nie obfitowała w zbyt urozmaicone posiłki. Kaszę lub kartofle ze słoniną jako posiłek główny jedzono w "bogate dni", zwykle zaś zupę kartoflankę z odrobiną tłuszczu, a jesienią garus, tj. kartofle polane rozgotowanymi śliwkami. Jeśli dodamy do tego czarną kawę i chleb ze słoniną, a częściej tylko z cebulą, spożywane na śniadanie, to będziemy już mieli podstawowy jadłospis dzienny flisaków. Było to wszystko, na co mogli sobie pozwolić szeregowi pracownicy żeglugi, zarabiający 50-100 rubli w czasie rejsu trwającego nierzadko nawet dwanaście tygodni. Nie poprawiła się sytuacja materialna flisaków w pierwszym piętnastoleciu XX wieku. Przeciętnie zarabiali 2-3 1/2 rubla tygodniowo. Nieco lepiej powodziło się wodniakom pracującym na parowcach pasażerskich. Za 14-16 godzin pracy na dobę otrzymywali tygodniowo 5 1/2 - 6 1/4 rubla. Dla porównania rzemieślnik w warsztatach kolejowych zarabiał 10 rubli tygodniowo, a maszynista parowozu do 23 rubli.
Możemy sobie bez trudu wyobrazić, jakie było życie 4-osobowej rodziny flisackiej, mającej do dyspozycji przeciętnie 30 kopiejek dziennie. Za funt****** chleba żytniego płacono 2 kopiejki i prawie tyle samo za jajko kurze. Właściciel jatki żądał za funt wołowiny 8 kopiejek. Nędznie odżywiających się, a pracujących ponad siły flisaków nękały często choroby. Jeśli zdarzyło się to w czasie rejsu, szyper wysadzał chorego na brzeg, nie interesując się nim więcej. Zdarzało się, że nieszczęśliwy umierał, nie doczekawszy się żadnej pomocy. Prasa ówczesna, a między innymi "Kurier Warszawski" i "Tygodnik Ilustrowany", domagała się otoczenia opieką lekarską pracowników żeglugi na koszt właścicieli statków, tak jak to było częściowo w żegludze pruskiej. Propozycje w podobnym duchu wysuwała też administracja terenowa, której chorzy flisacy, pozostawieni bez opieki i środków do życia, przysparzali dużo kłopotów.
Sami żeglarze również nie pozostawali bierni. Na statkach i tratwach wybuchały strajki na tle ekonomicznym. Na przykład tratwiarze płynący z Krakowa do Gdańska, z którymi rozmawiał w końcu czerwca 1906 roku dziennikarz "Tygodnika Ilustrowanego", Stefan Górski, domagali się podniesienia płacy z 3 do 4 rubli tygodniowo, grożąc, że porzucą pracę, jeżeli żądanie nie zostanie spełnione. Na Wiśle tratwy i statki bez załogi były wówczas często spotykanym widokiem.
W XX wieku technika wprowadzana powszechnie do transportu wodnego spowodowała szybkie wymieranie tradycyjnego flisactwa. Wraz z nim zanikały piękne pieśni, zwyczaje, obyczaje i baśnie flisackie. Dziś wiemy o nich nieco dzięki miłośnikom folkloru, którzy skrzętnie je zapisywali i gromadzili.
* tynf - pieniądz srebrny polski wprowadzony w czasie panowania króla Jana Kazimierza; początkowo 1 tynf = 1 złp 6 gr
** kwarta wg Konstytucji z 1764 r. równała się 0,9422 l, od 1819 r. zaś obowiązywała kwarta równa litrowi
*** 1 łokieć = 0,59554 metra
**** łut nowopolski używany w Królestwie Polskim od 1819 r. = 13,67 grama
***** półkwartek = 0,5 kwarty
****** funt = 40,9 dkg
Udostępnij:

Proszę Zaloguj lub Zarejestruj się by zagłosować.
Kliknij przycisk `Akceptuję`, aby ukryć ten pasek. Jeśli będziesz nadal korzystać z witryny bez podjęcia żadnych działań, założymy, że i tak zgadzasz się z naszą polityką prywatności. Przeczytaj informacje o używanych przez nas Cookies