Wiosłem na wodzie pisane
Większość z ludzi odwiedzających tę stronę związana jest z wodą. Jedni zawodowa inni, jak ja turystycznie. Myślę, że i jednych i drugich łączy to samo: Miłość do wody i przyrody.
Piątego września 1981 roku, zakończyliśmy nasz spływowy sezon. Koło PTTK przy Zakładzie Energetycznym w Zielonej Górze nie zasypywało jednak gruszek w popiele. Organizowane były wycieczki krajoznawcze, w tym w Kotlinę Kłodzką. Piękna to była wycieczka! Zwiedziliśmy Kłodzko, Wambierzyce, Duszniki, Polanicę, Wchodziliśmy na Szczeliniec i Błędne Skałki.

Foto. Grupa na Szczelińcu

Niezapomniane to były wrażenia a i sposób na integrację znacznie lepszy niż przy dzisiejszym Paintballu, czy innych podobnych grach zespołowych, raczej bardziej ekstremalnych niż towarzyskich. Na wycieczkach, które były wówczas organizowane, ludzie z różnych wydziałów, rzadko ze sobą współpracujących, mieli okazję, by się spotkać, poznać i normalnie, po ludzku porozmawiać. Nikt nie wzbudzał wtedy w ludziach niepotrzebnie ducha rywalizacji, raczej o budzenie ducha współpracy tu chodziło. Solidarność, największy związek w Polsce, dawała ludziom nadzieję na lepsze jutro. Wszyscy rozumieli to tak: skoro udało się w sposób ewolucyjny przejść z absolutnego totalitaryzmu, do socjalizmu z ludzką twarzą, to może uda się coś więcej?
Nie myliliśmy się. Tłumnie, z ufnością wstępowaliśmy w szeregi nowego związku. W najlepszym jego okresie, związek Solidarność liczył sobie ponad 10 milionów członków, to prawie połowa czynnych zawodowo obywateli. Potężna siła, z którą nie tylko Państwo, ale też Europa i Świat musiały zacząć się liczyć. Związek o tym wiedział. Na swoim pierwszym krajowym zjeździe uchwalił "Posłanie do ludzi pracy Europy Wschodniej", taki manifest na wzór powszechnie znanego "Proletariusze wszystkich krajów Łączcie się!", lecz o innej wymowie. Solidarność łączyła idee wszystkich ludzi, począwszy od robotników, a skończywszy na intelektualistach. Wszyscy żyli rozbudzonymi przez ten związek nadziejami.
W Kraju działo się, oj działo! Pod koniec października 1981r, za publikację dotyczącą Jacka Kuronia, działacza KOR (Komitetu Obrony Robotników), PZPR usunęła ze swoich szeregów redaktora naczelnego pisma Sztandar Młodych, prezesa Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, Stefana Bratkowskiego, a osiemnastego października, Wojciech Jaruzelski został Pierwszym Sekretarzem KC PZPR. Miało to bezpośrednie implikacje już w grudniu tego roku. Od tego bowiem momentu, władze rozpoczęły bezprzykładną wojnę z narodem. Solidarność spróbowała stworzyć instytucję społecznej kontroli polityki gospodarczej rządu, władze nie tylko się temu sprzeciwiły, lecz w odpowiedzi powołały wojskowe, terenowe grupy operacyjne, które miały kontrolować sprawność administracji w terenie. Związki widząc opór we władzach, nasiliły akcje strajkowe. Objęły one teraz nie tylko zakłady pracy, lecz wyższe uczelnie, także szkoły średnie. Polska stanęła przed widmem głodu. W sklepach brakowało wszystkiego. Sklepowe półki zastawiano butelkami z octem, poprzeplatanymi torebkami z liśćmi laurowymi. Prawie wszystkie artykułu żywnościowe były reglamentowane. Kuriozalne stały się przydziały nawet na wino "marki wino".
Tu wtrącę, że nigdy wcześniej nie zdarzało mi się pijać takiego trunku, lecz skoro mi przydzielono aż jedną butelkę na miesiąc, to czemu nie wykorzystać? Zbieraliśmy się więc w grupach kilkuosobowych na osobliwych prywatkach, gdzie pijało się grzańca sporządzonego na bazie właśnie takiego wina i zdzierało się gardła na politycznych dyskusjach, przybierających nierzadko postać kłótni, trwających do samego rana.
Wrócę do polityki, a raczej już do historii. Dwudziestego listopada Przewodniczący Związku Zawodowego Solidarność, Lech Wałęsa wystąpił z dramatycznym apelem do ludzi pracy Europy Zachodniej o pomoc żywnościową dla Polski. Dwa dni później podniesiono o prawie 80% ceny paliw płynnych, kilka dni później, w ślad za paliwami, podniesiono ceny alkoholi. Dwunastego grudnia Rada Państwa podjęła uchwałę o wprowadzeniu stanu wojennego w Polsce, a trzynastego grudnia Wojciech Jaruzelski, stając na czele Wojskowej Rady Ocalenia Narodowego, wprowadził stan wojenny na terenie całego kraju.
Dwunastego grudnia zostałem zaproszony do znajomych, na podobną do przedstawionej wcześniej, prywatkę. Trwała do jakiejś pierwszej w nocy dnia następnego, toteż do domu wypadało mi wracać w dosłownie chwilę, po ogłoszeniu tego stanu. Mieszkałem wówczas w centrum Zielonej Góry. Z okien mojego mieszkania widać było komitet wojewódzki PZPR, redakcję Gazety Zielonogórskiej, a w odległości kilkuset metrów od domu mieściła się siedziba wojewódzkiej struktury Związku Solidarność. Do domu wracałem obok Urzędu Wojewódzkiego. Było zimno. Ziemię ściął dość tęgi mróz. Prawie do końca nic nie mąciło mojego spokoju. Miasto było pogrążone we śnie. Dopiero koło samego domu zobaczyłem milicyjną Nyskę ustawioną w poprzek sąsiedniej ulicy. Zdziwiłem się nieco. Nie zauważyłem przy tym żadnej akcji milicjantów. Od po prostu Nyska stała, jak stała. Poszedłem do domu i położyłem się spać. Rano Włączyłem telewizor, a tam biały ekran. Po chwili pokazał się Wojciech Jaruzelski wypowiadając znane wszystkim Polakom słowa o wprowadzeniu stanu wojennego. Chciałem podzielić się tą wiadomością z kimś z rodziny, sięgnąłem po słuchawkę telefonu i zamiast sygnału, "usłyszałem ciszę". Ulicami zaczęły jeździć Nyski milicyjne, Stary i Skoty. Uzbrojeni żołnierze i milicjanci patrolowali ulice. Powiało grozą. Przyznam, że nigdy wcześniej, ani też potem, nie bałem się bardziej. Oto nasz własny rząd wystąpił przeciwko nam, swojemu narodowi! Nie wiedziałem co zrobię jutro, co się dalej będzie działo. Miałem tyko dostęp do informacji oficjalnych, mocno ocenzurowanych przez WRON. O spływach i działalności turystycznej nie mogło być nawet mowy. W krótkim czasie po wybuchu stanu wojennego zmarł ojciec mojego bliskiego kolegi. Nie pozwolono mi pojechać na jego pogrzeb. Zakład Energetyczny zmilitaryzowano, a na odbiory linii czy stacji energetycznych, jeździliśmy w obstawie wojskowej.
Dowód osobisty, książeczkowy (jakie jeszcze do niedawna mieliśmy), zniszczono mi przy częstym wertowaniu, na licznie poustawianych posterunkach z koksownikami. Powyrywały się kartki. Za zniszczony dowód otrzymałem od milicjanta ( może tego samego, który wcześniej doprowadził do zniszczenia tego dowodu) mandat. Kiedy udałem się z protestem na komendę, do oficera dyżurnego, tylko cudem uniknąłem pałowania. W tym samym czasie przywieziono bowiem mocno awanturującego się, dobrze podchmielonego gościa. Myślę, że zebrał też cięgi za moją butę.
Strajki i protesty, które tu i ówdzie wybuchały, tłumiono z całą stanowczością. Najsławniejszą była akcja w kopalni Wujek, gdzie od kul zomowców zginęło dziewięciu górników. Nie były to jedyne ofiary śmiertelne tego stanu, jednak powoli, podporządkowano sobie cały naród. Jedynie najbardziej wytrwali przeszli do podziemia, stawiając opór narzuconemu porządkowi.
Restrykcje stanu wojennego ograniczyły naszą wolność osobistą do granic wytrzymałości. Wewnętrzny protest, ba nawet bunt wzmagał się w ludziach. Byli tacy, którzy emigrowali wewnętrznie, w ten sposób starając się przeżyć haniebne poniżenie. Byli też tacy, którzy walczyli i tacy, którzy sprzyjali władzy.
Krążyła na początku stanu wojennego anegdota, kto wie, może nawet oparta na faktach, o tym, jak w pewnym dużym zakładzie pracy, na początku stanu wojennego zebrał się aktyw partyjny PZPR, na masówce popierającej dyrektywy stanu wojennego. Pewien sprytny związkowiec z Solidarności wykorzystał fakt, że wówczas zakazane były zgromadzenia i doniósł na milicję, że w świetlicy tego zakładu zebrały się związki zawodowe i planują strajk. Natychmiast przyjechały oddziały ZOMO i zaczęły pacyfikować zebranie, nim ktokolwiek zdążył się wytłumaczyć. Wielu działaczy partyjnych oberwało, wielu zakuto w kajdanki i odwieziono, gdzie odwoziło się wówczas aresztantów, a działacz Solidarności miał satysfakcję, że swoi pobili swoich.
Sam byłem świadkiem bezmyślnego postępowania zdezorientowanego, ogłupionego doszczętnie permanentną indoktrynacją żołnierza, który szukał w samochodzie pogotowia energetycznego, którym podróżowaliśmy na odbiór techniczny linii energetycznej, granatów, które to podobno nagminnie przewożone są w bagażnikach prywatnych i służbowych samochodów. Proszę sobie wyobrazić, że on w to naprawdę wierzył!
Pamiętam, kiedy o określonych godzinach paliliśmy w oknach świeczki i kiedy w trakcie nadawania Dziennika Telewizyjnego, wystawialiśmy w nich telewizory, ekranami na zewnątrz, tak, by ONI mogli sobie te głupoty sami oglądać.
Stan wojenny miał dla mnie jedną jedyną dobrą stronę. Byłem namiętnym palaczem papierosów. Dwie paczki dziennie czasami,choć rzadko, mi wystarczały. W stanie wojennym nie można było zupełnie dostać papierosów. Do zakładu przywożono jakieś półprodukty "z metra" oraz tytoń, jakby wymieciony spod maszyny. Do tego, w kiosku Ruchu kupowało się specjalną maszynkę do rolowania papierosów i takie świństwo się paliło. Czułem straszne poniżenie faktem, że nałóg rządzi moją osobą i że mu pozwalam tak sobą pomiatać, że palę resztki, niemal zebrane pety. Poczułem obrzydzenie do swojej słabości i postanowiłem rzucić palenie. Udało mi się po wielu próbach. Dziś uważam to za jedno z większych swoich dokonań życiowych.
Przyszło lato 1982 roku. Stan wojenny spowszedniał. Wprawdzie restrykcje trwały nadal, lecz wiele z nich złagodzono. Pracując w Zakładzie Energetycznym miałem połączenie telefoniczne wcześniej niż inni, bo energetyka ma swoją własną sieć telefoniczną. Tę odblokowano wcześniej, byśmy mogli sprawnie pracować. W ten sposób miałem kontakt z kołem PTTK "Szron" przy zakładzie Polar w Żaganiu. Ryszard D, o którym już tu wspomniałem, organizował spływ letni Biebrzą. Wiele słyszeliśmy o tej dzikiej rzece, o jej pięknej i wspaniałej przyrodzie. Postanowiliśmy zatem wybrać się wspólnie na tę wyprawę. "Szron" dysponował gazikiem z przyczepą, toteż zabrał nasze kajaki i bagaże do miejsca startu, który odbył się trzeciego lipca 1982 roku, w Lipsku nad Biebrzą. Wszyscy uczestnicy dojechali na miejsce pociągiem. Pewne zdarzenie, jakie wówczas nastąpiło, spowodowało, że spływ nazwaliśmy spontanicznie "Obalanka", a było to tak:
Przybyliśmy do Lipska w przeddzień startu. Każdy ciekawie rozglądał się po okolicy. Dla nas, ludzi z zachodniej Polski, to była pewna egzotyka. Ludzie bardzo przyjaźnie i życzliwie ustosunkowani do przyjezdnych, mówiący nieco śpiewnym językiem, stosujący nieco odmienną składnię, ale używający też innego żargonu. Jedna z uczestniczek, jakoś nieszczęśliwie stąpnęła, tak że wykręciła nogę. Była niedziela. Życzliwy doktor, poszedł z nami do ośrodka, obejrzał nogę, stwierdził, że to skręcona kostka, opatrzył i odesłał na biwak. Poradził przy tym: "a dajcie jej trochę obalanki (tam tak nazywają wódkę), będzie mniej bolało". Tak więc dzięki panu doktorowi z Lipska nad Biebrzą, nasz spływ otrzymał nazwę "Obalanka".
Pogoda była wtedy wymarzona. Słońce na wschodzie Polski wstaje niemal o godzinę wcześniej niż na zachodzie, toteż musieliśmy przyzwyczaić się do wcześniejszego wstawania, bo i zachód odbywał się tu wcześniej. Już pierwszy etap pokazał nam rzeczywiście dziką rzekę. Miała charakter nizinny. Płynęła leniwie, mocno meandrując. Wokół rozciągały się moczary i podmokłe łąki. Biebrza stanowiła jedyną arterię pośród niedostępnych na kilometry od jej biegu mokradeł.
Zdarzyła się tu niecodzienna przygoda, która pewnie niektórych rozśmieszy, ale jednemu uczestnikowi spływu sprawiła nie lada kłopot. Zauważyłem jakieś dziwne zachowanie załogi płynącego przede mną kajaka. Podpływali oni to do lewego, to do prawego brzegu, przy czym, ruchy jego dowódcy ( kajakarz siedzący z tyłu jest sternikiem) stawały się coraz bardziej nerwowe. Okazało się, że przyczyną była coraz bardziej pilna potrzeba udania się "na stronę". Sęk w tym, że nie było możliwości wyjścia z kajaka. Żadnej łachy, żadnego skrawka suchego lądu, na przestrzeni kilometrów. Dno muliste, a nad nim zaledwie 50 cm wody. Nawet do wody wyjść nie można było. Poradziłem mu, żeby zerwał kilka liści grążela, który rósł tam obficie i … dyskretnie popłynąłem do przodu, by nie oglądać tych "wyczynów". Podobno się udało, a załogant ( ten pierwszy od dziobu w kajaku) milczy dotąd jak grób.
Byłem ciekawy biebrzańskiej przyrody. Starałem się wypatrzyć bataliony, tak barwnie opisywane w przewodnikach. Nie zobaczyłem żadnego. Słyszałem tylko wołania bąka. Widywałem też popularne w naszych stronach gatunki dzikich kaczek i łabędzi. Nic nadzwyczajnego. Nad brzegami, kiedy przepływaliśmy obok jakiejś miejscowości widywało się stadka koni i bydła. Rzeka była piękna, ale monotonna. Po pierwszym etapie zdecydowaliśmy się na podzielenie uczestników spływu na dwie grupy, gdyż jedni woleli w gorszych warunkach biwakować ( w pobliżu mostów, dróg i miejscowości), w zamian za wożenie im bagaży, inni zaś, do których należałem i ja, woleli biwakować na bagnach, w mniej cywilizowanej okolicy, mogąc obserwować przyrodę w bardziej dzikim stanie, w zamian za niewygodę wiezienia w kajakach bagaży. Bywało, że nasza grupa rozwlekała się tak bardzo, że pierwsi przypływali na metę etapu ( którą ustalaliśmy sobie sami) w kilka godzin przed ostatnim kajakiem. Ci pierwsi, mieli wówczas czas na łowienie ryb i obserwacje przyrodnicze. W takiej scenerii dopłynęliśmy do Dolistowa. Na lewym brzegu Biebrzy zorganizowano tu camping, także biwakowisko dla spływów. Skorzystaliśmy, lecz szybko okazało się, że miejscowe żuliki zaczęły dawać się nam we znaki. Obok biwakowiska stała chata,wyglądająca na bardzo zaniedbaną. Weszliśmy z zapytaniem, czy możemy się rozbić na tej ogrodzonej posesji. Starsza pani, jak potem ją nazywaliśmy, Babcia Kamińska, pozwoliła nam postawić nasze namioty. Staliśmy w Dolistowie dwa dni. W tym czasie wykonaliśmy znacznej wartości czyn społeczny, na rzecz starszej Pani rąbiąc i układając w pryzmę stosy drewna opałowego na zimę. Babcia Kamińska była leciwą osobą, schorowaną, wymagającą opieki. Nie miała rodziny, a opiekę nad nią sprawowała przyjeżdżająca co jakiś czas siostra środowiskowa PCK. Pomagaliśmy w różny sposób, a Babcia, mocno ożywiona naszą obecnością, wyszła nawet z domu i "zapozowała" do zdjęcia.

Niestety, kiedy kilka lat później płynąłem tamtędy ze spływem, dowiedziałem się, że Babcia Kamińska zmarła w rok po naszej tam bytności. Chata i całe obejście poszły w ruinę.
Popłynęliśmy dalej. Kiedy udawało nam się znaleźć kawałek łąki, po której chodziło się jak po batucie a w dodatku szczęśliwie była ona wykoszona, mieliśmy miejsce na biwak.

Nie mogliśmy jednak rozpalić ogniska, bo torfiaste bagna zaczęły by płonąć, a taki pożar jest prawie niemożliwy do ugaszenia. My, odpowiedzialni turyści, nie pozwolilibyśmy nigdy na coś takiego. Upał lał się z nieba. Nawet lekki wietrzyk nie bardzo orzeźwiał szukaliśmy różnych sposobów ochłody. Jedni moczyli w rzece ręczniki i kładli je sobie na głowy, lub na karki, inni kładli na głowy patelnię, żeby odbijała światło. I jedni i drudzy nie do końca czuli się komfortowo.

Któregoś dnia trochę powiało od rufy. Płynęliśmy leniwie, nagle ktoś wpadł na pomysł, żeby wykorzystać kurtki przeciwdeszczowe, jako żagle. Skorzystaliśmy z tego pomysłu i wkrótce, nad naszymi kajakami zaczęły powiewać kolorowe kurtko-żagle. Nie powiem, nawet były skuteczne. Płynęliśmy tak sobie leniwie, gdy w oddali ukazała się jakaś dziwna nadbudówka. Pomyśleliśmy, że to jakaś maszyna rolnicza. Na tak specyficznym terenie muszą mieć specyficzny sprzęt do uprawy łąk. Nagle zza zakrętu wyłonił się statek białej floty, płynący w górę rzeki! To jego sterówkę wzięliśmy za nadbudówkę maszyny rolniczej. Zaskoczenie było wielkie, tym bardziej, że dyscyplina spływowa, już dawno poszła sobie spać. Chwyciliśmy za wiosła, które akurat nie służyły jako maszty do zaimprowizowanych żagli i w popłochu rozpierzchliśmy się po przybrzeżnych trzcinach, dając drogę statkowi.
Innym razem, mocno zmęczeni całodziennym płynięciem w upale, dotarliśmy wreszcie nad jakiś skrawek suchego lądu i już prawie w ciemnościach rozbijaliśmy namioty. Okazało się, że miejsce to upodobały sobie mewy śmieszki. Bladym świtem zaczęły swoje krakania i mewie rechoty. Nie dały nam spać niemal od drugiej nad ranem. Mocno zmęczeni, czym prędzej opuściliśmy to miejsce, zwijając przy tym mocno zanieczyszczone guanem namioty.
Naszymi pilotami początkowymi mianowaliśmy Rysia K i Bogdana Z. Mieli podwójne zadanie: wyznaczyć dogodne miejsce na biwak i zrobić zaopatrzenie w którejś z mijanych wiosek. Zaopatrywaliśmy się głównie w chleb, bo puszki mieliśmy własne, zgromadzone w ciągu roku.
Na chleb trzeba było czekać w wiejskim sklepiku niekiedy nawet dwie, trzy godziny, na dodatek nikt nie wiedział kiedy go przywiozą. Sprzyjało to spożyciu piwa, którego jakoś w tych sklepach nie brakowało. Wprawdzie było podłej jakości, jakieś takie bez markowe, ale "na bezrybiu i rak ryba"... Bogdan i Rysio stanowili specyficzny, koleżeński duet. Obaj byli niezwykle dowcipni, potrafiący sypać rozmaitymi śmiesznymi maksymami i dykteryjkami. Bardzo lubili łowić ryby, a Biebrza jest rybną rzeką, toteż czasem o świcie wypływali, by po przepłynięciu ustalonej liczby kilometrów i zaopatrzeniu nas w chleb, znaleźć miejsce na postój, przy tym nałowić trochę rybek do pojedzenia.


Któregoś dnia, już niedaleko Wizny, miejscowości, gdzie Biebrza uchodzi do Narwi, trafiliśmy na suchszą kępę. Była tak niewielka, że zmieściły się na niej jedynie nasze namioty. Kajaki pozostały na rzece, na cumach, uwiązane do wbitego w ziemię kołka. Na tym skraweczku Jacek rozpalił małe ognisko. Nareszcie jako podłoże mieliśmy zwykły piach, a nie torf. Pech chciał, że ognisko, z racji skąpego miejsca, rozpalił w odległości dwóch metrów od wejścia do Rysiowego namiotu. Rysio odsypiał w nim właśnie nieprzespaną z powodu wrzasku mew noc, gdy obudził go dym. Wyskoczył więc, zanosząc się kaszlem z legowiska i z impetem natarł na Jacka, ten salwował się ucieczką do rzeki. Upiekło mu się. Następnego dnia rano, wybieraliśmy się z Rysiem K i Bogdanem Z, na sąsiadujące z naszym obozowiskiem, obszerne rozlewisko, na ryby. Był wczesny poranek. Wyłuskaliśmy nasze kajaki z wiązki pozostałych i zaczęliśmy ształować sprzęt wędkarski, gdy usłyszeliśmy jakieś dziwne człapanie po bagnie. Pomyśleliśmy, że to wędkarz, bo ślady po wędkarzach, na tej kępie były, tymczasem człapanie stało się jakieś donośniejsze, jakby dwóch wędkarzy ku nam się zbliżało. Nagle z trzcin wychynął paskudny, odrażający wręcz łeb. Łoś! Popatrzył na namioty, na nas, wybałuszył ślepia, jakby dziwiąc się, że takie istoty tu się kręcą, po czym wydał jakiś dziwny dźwięk podobny do parsknięcia i zniknął w trzcinach. Osłupiali staliśmy jeszcze przez chwilę patrząc w stronę oddalającego się odgłosu człapania. Wreszcie wypłynęliśmy na te rozlewiska. Oddaliliśmy się od siebie, żeby nie przeszkadzać sobie w łowieniu. Znalazłem miejsce wolne od wodorostów i ustawiłem kajak. Łowiłem wzdręgi, takie po 20 centymetrów na podtopioną muchę. Brały dość dobrze. Po godzinie miałem dość ryb. Wystarczyło dla kilku osób na śniadanie. Już zamierzałem wracać do obozowiska, gdy zauważyłem nad sobą jakiś cień. Nadlatywał ogromny ptak, niosący w dziobie węża. Usiadł na pobliskim kikucie drzewa. Miał na nim gniazdo. Było tak schowane, że łowiąc w odległości może pięćdziesięciu metrów od niego, nie zauważyłem, że tam jest. Był to orzeł przedni. Niósł w dziobie pokarm dla młodych. To był mój jedyny, tak bliski kontakt z tym wspaniałym ptakiem, żyjącym tam na wolności. Pełen wrażeń wróciłem do obozowiska.

Potem popłynęliśmy Narwią dalej, aż do Łomży. Już na ostatnim etapie, tuż przed Łomżą przytrafiła nam się jeszcze jedna przygoda. Po bardzo upalnych dwóch tygodniach, na jakieś trzy kilometry przed metą, kończącą cały spływ dopadła nas burza. Burze na wschodzie kraju przebiegają nieco inaczej niż u nas, na zachodzie. Są takie... bardziej książkowe. Poprzedzają je zmiany, których uczyliśmy się na kursach. Widząc więc nadciągającego kumulonimbusa, nacisnęliśmy mocniej na wiosła, żeby zdążyć dopłynąć do mety przed nastaniem burzy, lecz meandrująca rzeka nieco nas oszukała i nagle znaleźliśmy się tuż pod nadciągającą chmurą. Zerwał się silny wiatr. Na szczęście brzeg był dostępny i suchy, porośnięty jakimiś krzakami. Przybiliśmy do brzegu i już w deszczu rozbiliśmy tropik wspomnianej już wcześniej "świetlicy" byliśmy wszyscy razem. Schroniliśmy się pod tym tropikiem, a burza rozgorzała na dobre. Pioruny waliły z wielką gwałtownością i częstotliwością. Czuło się ozon w powietrzu a ziemia drżała cała od huku. Burza minęła po jakichś 20 minutach i zaświeciło słońce. Nastał upał nie do opisania. Parująca woda wytworzyła rodzaj sauny. Powietrze stało się lepkie. Z trudem dopłynęliśmy do mety, chwytając ustami gęste, gorące powietrze. Następny dzień był równie upalny. W tym potwornym żarze musieliśmy składać sprzęt i pakować go na gazika. Klimaty w Polsce mocno się jednak różnią.
Tak spływ prowadzony z dala od cywilizacji, od stanu wojennego, radia telewizji i prasy przeszedł do historii.
Pozostał tylko wpis do książeczki TOK , kilka zdjęć i wspomnienia, którymi się teraz z Wami dzielę.

Kiedy wróciliśmy do domów był 16 lipca 1982 roku. Stan wojenny, ze wszystkimi jego uciążliwościami, trwał nadal.
<--PAGEBREAK>
Tak się zdarzyło, że w 1982 roku, po wspaniałym, bardzo odprężającym i wypoczynkowym spływie Biebrzą i kawałkiem Narwi,trafiła mi się gratka. Oto TKKF MOTOR z Andrychowa organizował w dniach 21-23 sierpnia, Ogólnopolski Spływ Kajakowy Trzech Zapór, rzeką Sołą. Początek wyznaczono w Żywcu, nad Zalewem Żywieckim. Jak zwykle w takich przypadkach, była wielka gala, wielu uczestników i spore zamieszanie. Organizatorzy założyli, że wszyscy uczestnicy zechcą brać udział w rywalizacji o nagrody, tymczasem okazało się, że tylko jedna trzecia stanu osobowego spływu zadeklarowała taką chęć. No i zaczęło się. Jedni chcieli brać udział w zaplanowanych konkurencjach, a inni ( większość) chciała płynąć. W końcu osiągnięto konsensus. Ustawiono stół ( czytaj biuro weryfikacji uczestników) tuż przy zejściu kajaków na wodę i kolejno weryfikowano załogi. Kto był zweryfikowany, mógł płynąć do następnego punktu, gdzie rozgrywano konkurencje sprawnościowe i wziąć w nich udział, lub tylko się zameldować i płynąć dalej. Zielonogórska grupa, pod wodzą Janusza K. zdecydowała, że nie będzie uczestniczyła w boju o nagrody. Wystarczyły nam tylko punkty na TOK i sama przyjemność w pływaniu. Stanęliśmy więc do obowiązkowego zdjęcia i ruszyliśmy w drogę. Przed nami były trzy etapy mieszanej wody: górskiej z jeziorową. Aż trzy zapory do pokonania. Startujemy.

Spływ Trzech Zapór, start
Na spływ pojechałem w towarzystwie mojego kolegi Jędrka, o którym już wcześniej tu wspominałem. Kiedy już wsiadaliśmy do kajaka, okazało się, że na ten sam spływ przyjechały dwie nasze klubowe koleżanki Krysia i Marysia. Uznaliśmy wspólnie, że łatwiej będzie nam się płynęło, jeśli się pomieszamy. Tak więc, w wyniku losowania, Krysia została moją załogantką, a Marysia Jędrka. Mieliśmy do dyspozycji dwa całkiem różne kajaki. Jeden dmuchany, typu Rekin i drugi składany typu Neptun. Płynęło się nimi całkowicie odmiennie, więc zdecydowaliśmy, że kajaki też będziemy losowali. Mnie przypadł w udziale Rekin. Nieco mniej wygodny, bo ciaśniejszy, ale dzielniejszy na górskich wodach, toteż nie narzekałem. Przyjąłem wynik losowania. Jak się okazało, nikt na tym nie stracił. Wyruszyliśmy w drogę.

Moja załogantka okazała się średnio dzielną kajakarką. Nie powiem, czasami nawet wiosłowała, za to podjadała nam świeży chlebek, kupiony w Żywcu. Kiedy dopłynęliśmy do mety pierwszego etapu, już połowy chleba nie było. Krysia wyskubała...
Muszę opowiedzieć, jak dostaliśmy się do Żywca. Właściwie, nie powinniśmy zdążyć na ten spływ. Obaj z Jędrkiem pracowaliśmy w jednym zakładzie, zmilitaryzowanym na czas stanu wojennego i żadne zwolnienie przed czasem, nie wchodziło w rachubę. Musieliśmy zatem obrać inną taktykę. W owych czasach popularne było podróżowanie " na łebka" Wychodziło się więc na trasę wylotową i machało się ręką, aż zatrzymał się ktoś, kto chciał zarobić. Wielu kierowców państwowych Nysek i Żuków dorabiało sobie na podwożeniu "łebków" spore kwoty. Objuczeni bagażami ( kajaki pojechały klubowym Tarpanem) stanęliśmy na ulicy Wrocławskiej i po kilku minutach siedzieliśmy w Nysce zdążającej do Wrocławia. Dwa razy ta "zaraza" się psuła. Nie zdążyliśmy na pierwszy pociąg do Żywca, lecz na jakiś pospieszny i to jeszcze międzynarodowy. Na szczęście ten, nasz, miał przystanek w Żywcu. Dojechaliśmy przed innymi. Oni jechali zwykłymi, osobowymi pociągami. Co robić na dworcu kolejowym w Żywcu od godziny 23.00 do jakiejś 8.00 dnia następnego? Czekać! Oj dłużyło nam się to czekanie. Całe szczęście, że około pierwszej w nocy dojechała kolejna grupa spływowiczów, w tym cała nasza ferajna, która znacznie wcześniej przed nami wyruszyła z Zielonej Góry. Siedliśmy sobie w kąciku dworcowej poczekalni i przyjmowaliśmy kolejno podawany kieliszek "okowitki". Serwował kierownik grupy, Janusz K. Byłem zmęczony. Właśnie układałem sobie posłanie z kapoków, kiedy przypadł mi pierwszy kieliszek. Położyłem się na posłaniu i drugiego już nie doczekałem. Usnąłem. Wprawiłem tym wyczynem wszystkich w wielkie zdziwienie. Opowiedzieli mi o tym nazajutrz, kiedy się obudziłem. Potem przyjechali organizatorzy i zabrali nas na miejsce startu.
Płynięcie Sołą przysparzało wielu atrakcji. Widoki od strony wody, nie do opisania. Jeziora ( aż trzy!) i wynoszące się nad ich toń góry Beskidu Żywieckiego. Kiedy przepływaliśmy pod górą Żar, słynną z tego, że na jej szczycie wydrążono zbiornik wody służący jako rezerwuar dla elektrowni wodnej szczytowo – pompowej, działającej w ten sposób, że w czasie doliny poboru energii, pompowano wodę do tego zbiornika, a w czasie szczytowych godzin, odzyskiwano energię elektryczną z wody spływającej na turbiny. Góra Żar ma jeszcze jedną właściwość. Umieszczone jest na niej swego rodzaju lotnisko ( może bardziej, startowisko) dla lotni. Kiedy płynęliśmy, lotnie uwijały się wokół szczytu niczym barwne motyle nad kwietną łąką. Noc spędziliśmy na biwaku przy trzeciej, ostatniej z zapór. Potem był etap prawdy. Jedyny etap rzeką górską. Właściwie tylko jedno miejsce było godne uwagi w tym etapie. Swoisty OES dla kajakarzy. Na mnie nie zrobił większego wrażenia. Tu Krysia wykazała prawdziwy kunszt kajakarski, mocno mi pomagając w pokonywaniu przeszkód. Jędrek z Marysią, też przeszli ten odcinek bez uszczerbku na zdrowiu i sprzęcie. Spływ zakończyliśmy w Oświęcimiu, gdzie Soła wpada do Wisły. Było to 22 sierpnia 1982 roku.
Lato nie było czasem odpoczynku dla rządzącej w Polsce junty wojskowej. Przez cały czas trwały protesty ludzi pracy, aktorów, intelektualistów. Stawiano powszechnie bierny opór narzuconemu porządkowi. W większych skupiskach ludzkich tworzyło się regularne podziemie, toteż władze odpowiadały kontrakcjami. 15 lipca, służba bezpieczeństwa przeprowadziła w większych zakładach "rozmowy ostrzegawcze" z pracownikami, których podejrzewano o prowadzenie działalności konspiracyjnej, powołano też kilka dni później twór o nazwie Patriotyczny Ruch Odrodzenia Narodowego ( PRON). Miało to znaczenie czysto propagandowe, symulujące poparcie społeczeństwa dla posunięć rządzącej PZPR. W rzeczywistości działo się odwrotnie. Niezadowolenie narodu rosło. W każdym prawie mieście były miejsca, w których protestowano. Skrycie układano w w tych miejscach. kwiaty na kształt krzyża, symbolizującego śmierć ofiar stanu wojennego, stawiano znicze, malowano napisy i symbole kotwicy Polski Walczącej z uchem w kształcie litery S, symbolizującej Związek Solidarność. W Warszawie był to Plac Zwycięstwa, w Zielonej Górze placyk obok kościoła Zbawiciela, gdzie ustawiono trzy figury robotników. Oczywiście władze wszelkimi sposobami starały się te działania zminimalizować, więc utrudniały życie protestującym, jak tylko mogły. W Warszawie ogrodzono Plac Zwycięstwa, a w Zielonej Górze usunięto figury robotników i gdzieś je wywieziono. Ludzie wyśledzili to miejsce i dwa dni później ustawili figury tam, gdzie stały. Po kilku dniach znów je wywieziono. Tym razem skutecznie. Powróciły dopiero po roku 1990.
Ja i Jędrek , chcieliśmy spłynąć indywidualnie Skawą i Dunajcem. Poprosiliśmy Janusza o, podwiezienie nas klubowym Tarpanem do miejscowości Skawce, skąd mieliśmy rozpocząć nasz spływ Skawą. Zgodził się. Zamieniliśmy też naszego składanego Neptuna na drugi, dmuchany kajak typu Rekin. Jeszcze tego samego dnia, pod wieczór stanęliśmy nad brzegiem rzeki. Podzieliliśmy zadania. Ja miałem napompować kajaki, w tym czasie Jędrek miał zaopatrzyć nas w wodę pitną. Poszedł w stronę odległych o jakieś pięćset metrów budynków i przepadł. Napompowałem kajaki, włożyłem do nich nasze bagaże i czekam. Jędrek nie wraca. Wreszcie po dłuższym czasie,widzę, idzie. Nie wierzyłem własnym oczom. Idzie, zataczając się! Gdybym nie znał Jędrka, pomyślałbym, że po prostu trafiła mu się okazja, więc ją wykorzystał, ale on!? Zdeklarowany abstynent!?

Przyszedł i „bebla” coś o ciupadze, o urodzinach. Byłem w wielkim kłopocie. Nie wiedziałem co mam w takich okolicznościach robić. Płynąć źle, bo rzeka górska, niebezpieczna. Siedzieć w tym miejscu też źle, bo przy samej szosie, a nieopodal budowa jakaś...
Pomyślałem, że jednak ruszymy. Będę go asekurował a w przypadku jakiejś bardziej niebezpiecznej przeszkody, sam przez nią przeprowadzę kajaki, a on przejdzie brzegiem. Odziałem go w kamizelkę ratunkową, pomogłem wsiąść do kajaka i ruszyliśmy. Na szczęście, rzeka w tym miejscu płynęła spokojnie. Po dwóch kilometrach znaleźliśmy bardzo ładną łączkę na biwak. Mieliśmy szczęście!
Rano, po ciężkiej dla Jędrka nocy, biegałem po okolicznych chałupach w poszukiwaniu zsiadłego mleka. Ja wiedziałem co to kac, ale on? Oj cierpiał biedak! Dopiero koło południa " poszło mu na życie" i dowiedziałem się co się stało. Jędrek wszedł do pierwszej chałupy z brzegu, po tę wodę, a tu, pod drzewem, na ławeczce siedział sobie miejscowy góral. Zobaczył Jędrka i uradowany, zaprosił go do siebie, oznajmiając, że właśnie został ojcem córeczki. Żona powiła, a on tu, na miejscu, w chacie opija te narodziny i Jędrek będzie jego gościem! Bardzo uprzejmy i układny mój przyjaciel, wypił z gospodarzem jeden kieliszek wódki i poprosił o napełnienie bukłaków wodą. Życzenie zostało spełnione, ale Jędrek został poproszony o wypicie "na drugą nóżkę", z grzeczności i tego kieliszka nie odmówił. Gospodarz poprosił go, żeby jeszcze chwilę posiedział. W tym czasie opowiadał mu o swoim życiu i o nowo narodzonym dziecku. Było " za tych co na wodzie", "zdrowie żony gospodarza". Jędrek wstawał wielokrotnie, grzecznie dziękując za gościnę, ale gospodarz, zdecydowanym ruchem, ściągał go na ławkę, mówiąc przy tym: "siadaj, bo ciupagą!" Chcąc, nie chcąc siedział biedak i starał się dorównać gospodarzowi w piciu. Padł, straciwszy rachubę, który to był kieliszek i za czyje to zdrowie był pity. Wrócił, jak go widziałem. Morał: Jak nie ćwiczysz, to nawet dziecko cię wykończy. Foto powyżej: Tuż za SkawcamiW dalszą drogę ruszyliśmy dopiero nazajutrz, wcześniej porządkując nasze bagaże. Skawa okazała się typowo górską rzeką. Miejscami rwącą i przelewającą się przez głazy, w innym miejscu spokojną, głęboką, niekiedy zaś płytką, że należało przewłóczyć kajaki przez tę płyciznę. Piękne górskie krajobrazy wynagradzały trudy wiosłowania. Pogoda zachęciła do połowu ryb, górskich wędkarzy muchowych. Wylegli masowo nad rzekę i brodząc w niej, wymachiwali z towarzyszącym temu machaniu świstem, całymi godzinami. Tylko raz widzieliśmy, że na wędkę złowiła się ryba, chyba troć. Muszę przyznać, że czasami wędkarze byli tak gęsto poustawiani na rzece, że musieliśmy płynąć między nimi, niby między bojami wyznaczającymi tor slalomu. Rwący nurt wcale nie ułatwiał nam zadania, a wędkarze, jak to oni, zawsze mają do wodniaków pretensje o to, że inaczej korzystają z wody niż oni, ba! Uzurpują sobie wyłączne prawo do korzystania ze sporego odcinka rzeki, jakby była ona ich własnością. Cóż. Widać brakuje im wyrozumiałości i tolerancji. Inni, zwłaszcza ci, którzy przyszli nad wodę i rozłożyli się na pikniki, patrzyli na nas z życzliwością, niekiedy nawet z podziwem.


Spływ zakończyliśmy w miejscowości Zator, skąd następnego dnia rano udaliśmy się do Nowego Targu. Czekał na nas Dunajec!
Dunajec jest tym dla polskiego kajakarza, czym Przylądek Horn dla morskiego żeglarza. Nobilituje. Każdy szanujący się, ambitny kajakarz pragnie takiej nobilitacji, toteż spływy Dunajcem, organizowane rokrocznie, mają duże powodzenie.
Postanowiliśmy przepłynąć tę rzekę indywidualnie. "Wskoczyliśmy" w złagodzenie rygorów stanu wojennego. Ogłoszono właśnie, że znosi się obowiązek meldowania pobytu w strefie nadgranicznej. Tym razem role odwróciliśmy. Jędrek miał napompować kajaki a ja udałem się do nowotarskiej strażnicy WOP, by zgłosić chęć przepłynięcia rzeką. Za Nidzicą, Dunajec stanowił granicę z Czechosłowacją. Pewien chorąży, dyżurny. Obejrzał nasze dowody osobiste i stwierdził, że są w porządku. Nie widział też przeszkód w tym, byśmy spływali.

Bez obaw ruszyliśmy więc w drogę. Pierwszy etap wiódł do Czorsztyna. Dunajec w Nowym Targu i tuż za nim, bardziej przypomina górski potok, niż rzekę, dopiero po kilku kilometrach, zebrawszy parę dopływów staje się wymagającą i trudną rzeką. Było co robić! Jędrek złamał wiosło, ja swoje zgubiłem. Znalazłem je wkrótce, a Jędrek skorzystał z zapasowego.
Przepływaliśmy obok zupełnie opuszczonej wsi Maniowy. Okazało się, że mieszkańców wysiedlono, w związku z planowaną budową zbiornika wodnego, który ma powstać w tym miejscu. Potem był "zjazd" do rezerwatu "Zielone Skałki". Przepiękne miejsce. Obecnie zalane wodą Zalewu Czorsztyńskiego. W jego pobliżu urządzono camping i pole namiotowe. Tam nocowaliśmy i przygotowywaliśmy się do przepłynięcia słynnym przełomem Dunajca.
Foto obok: Rezerwat Zielone Skałki
Każdy, kto płynął na góralskiej tratwie tym przełomem wie, że jest to dość trudny ale niezwykle malowniczy odcinek górskiej rzeki. Pojawiające się to z lewej to z prawej strony wyniosłe szczyty, przegradzająca jakby nurt Sokolica, urwiste zbocza Pienin spadające niemal pionowo do wody, naturalny próg skalny zwany "Zbójnickim Skokiem", stanowiły dla nas ogromną atrakcję. Do tego wielkie wyzwanie dla umiejętności kajakarskich. Tu należało wykazać się nimi, by nie dać się pokonać bystrej wodzie.

Te dwa zdjęcia są już historyczne, bowiem przedstawiają miejsca, których już nigdy nie zobaczymy w takiej jak na nich postaci. Zarówno rezerwat "Zielone Skałki" jak i samą miejscowość Czorsztyn, wraz ze sklepami i gospodą zalała woda zalewu Czorsztyńskiego.
Przełom udało nam się przebyć bez kłopotów. Na obu brzegach machali do nas turyści. Na prawym, po czesku pozdrawiano nas AHOJ! A na lewym, już po polsku wołano do nas AHOJ! Jak widać, rzeka nie dzieli narodów! W tej przyjaznej atmosferze dopłynęliśmy do Hukowej Skały. Przy niej kończy się odcinek rzeki granicznej i Dunajec wpływa całą swoją szerokością na terytorium naszego kraju. Przy skale tej usytuowano jednak posterunek straży granicznej. Jeden z żołnierzy, zauważywszy nas, zagwizdał ostro gwizdkiem i dał znak, byśmy przybili do brzegu. Zdziwił się przy tym, że w stanie wojennym pozwalamy sobie na płynięcie rzeką graniczną. Wytłumaczyłem mu, że byłem w strażnicy WOP w Nowym Targu i chorąży, dyżurujący wówczas, powiedział, że możemy płynąć bez przeszkód, bo właśnie zniesiono obowiązek meldowania się w strefie przygranicznej. Może i uwierzył, ale był obowiązkowym żołnierzem, więc zameldował o nas porucznikowi. Temu jeszcze raz musiałem opowiedzieć o Nowym Targu. Pojechał gdzieś i za jakąś godzinę wrócił. Potwierdzał w tym czasie moją wersję opowieści. Żołnierz, który nas zatrzymał, rozmawiał z nami przyjaźnie. Tłumaczył się, że taki jest jego obowiązek i że po to tu właściwie stoi. Okazał się też naszym ziomkiem, bowiem pochodził z nieodległego Lubska. Porucznik zwolnił nas z "aresztu" i pozwolił na kontynuowanie spływu. Po chwili mijaliśmy już Szczawnicę a potem Krościenko. Po kilkudziesięciu minutach zauważyliśmy zabudowania. Spytaliśmy co to za miejscowość? Odpowiedź brzmiała: Tylmanowa. Za pół godziny znów spytaliśmy, gdzie się znajdujemy? Odpowiedź brzmiała: Tylmanowa. Po kolejnej półgodzinie, usłyszeliśmy taką samą odpowiedź: Tylmanowa. Doszliśmy do wniosku, że jest to chyba najdłuższa miejscowość w Polsce. Nocleg nam wypadł... w Tylmanowej, u podnóża góry, która od wschodniej strony "wyrosła" na trasie Dunajca.
Była to prywatna łąka. Do lądowania zachęciła nas ładnie utrzymana przystań z pomostem pływającym, do którego przycumowana była dobrze utrzymana łódka. Gospodarz pozwolił rozbić namiot, z zastrzeżeniem, że nie wolno nam palić ogniska, a potrzeby fizjologiczne będziemy załatwiać w pobliskiej sławojce. Ustawiliśmy nasz namiot, przebraliśmy się w noclegowe dresiki, zjedliśmy kolację i usiadłszy przed namiotem, rozpamiętywaliśmy przygody minionego dnia. Było późne lato. 25 sierpnia. Nadeszła ciemność. Ciepła noc oraz niezwykła przejrzystość powietrza zachęciły nas do zwrócenia się ku gwiazdom. Tego wieczora niebo było czyste. Iskrzyły się na nim niezliczone gwiazdy. Zdawały się takie bliskie, że tylko sięgnąć ręką... Od zadzierania głów rozbolały nas szyje. Wywlekliśmy więc z namiotu materace i położywszy się na nich kontemplowaliśmy upstrzone gwiazdami niebo. Nagle znad wschodniego horyzontu wyłonił się jakiś obiekt latający. Leciał wysoko, ale przesuwał się ze znaczną prędkością na tle gwiazd. Zauważyliśmy ten ruch obaj. Zaczęliśmy obserwować ów obiekt. Ten przebywszy jakąś ćwiartkę nieba, nagle się zatrzymał. Sądziliśmy wcześniej, że to samolot, ale przecież samoloty, nie zatrzymują się tak nagle! Po kilku sekundach obiekt ruszył pod kątem prostym do dotychczasowego kierunku, kierując się na południe. Wykonał trzy podobne ewolucje, jakby pisząc literę "Z", poczem oddalił się z niesamowitą prędkością, kontynuując początkowy kierunek ze wschodu, na zachód. Ufo? Dotąd zadajemy sobie pytanie, co to mogło być?
Rano wstałem wypoczęty i rześki. Ranek był pogodny. Pokryta rosą trawa, zapowiadała kolejny pogodny dzień. Była 6.00. Jędrek smacznie jeszcze spał. Postanowiłem zmyć z siebie brudy dnia poprzedniego. Chłodny ranek i lodowata woda górskiej rzeki nie zachęcały do kąpieli, toteż wybrałem mycie się, stojąc po kostki w wodzie. Poszedłem na brzeg. Na pomoście ułożyłem przybory do mycia i rozejrzawszy się dookoła a nie stwierdziwszy niczyjej obecności w okolicy, rozebrałem się do "Adama" i rozpocząłem mycie. Poszło szybko. Kiedy skończyłem się wycierać i ubrałem się nieco, usłyszałem jakieś kaszlnięcie. Po drugiej stronie rzeki stała grupka ludzi, którzy czekali na przeprawę łodzią przez Dunajec. Nasz gospodarz okazał się bowiem przewoźnikiem przez rzekę. Ludzie widząc mnie myjącego się, nie chcieli przeszkadzać w ablucjach, dopiero, kiedy byłem ubrany,zwrócili uwagę na swoją obecność. No cóż, czasem człowiek daje ucieszny prospekt światu ( jak mawiał Onufry Zagłoba), nie zdając sobie nawet z tego sprawy.
Po śniadaniu popłynęliśmy dalej. Rzeka nie przestała być wymagająca. Czasem wydawała się trudniejsza niż na słynnym przełomie w Pieninach. Pogoda była piękna. Dzień chyba świąteczny, bo nad wodę przybyli licznie wypoczywający ludzie. W ustronnych miejscach zaskakiwaliśmy opalające się toples lub na "Ewę" Panie, które zabezpieczały się przeciw podglądaczom z lądu. Żadnej z nich nie przyszło nawet do głowy, że publika nadpłynie wodą. Jędrek nie miał szczęścia. Panie szybko reagowały. Nim przyjaciel nadpłynął, chowały swoje wdzięki za parawanami, lub umykały w pobliskie krzaki. Po jakimś czasie, kolega wyprzedził mnie i krzyczy z oddali, że na łasze opala się pani w stroju nudystki, kiedy podpłynęliśmy bliżej, okazało się, że pani opalała się w kostiumie koloru cielistego... Były też przygody natury technicznej. Płynąłem lewą stroną nurtu, Jędrek prawą. Nagle zobaczyłem, że jego kajak zatrzymuje się. Płynę dalej, bo nurt bardzo rwący i o powrocie pod prąd nie może być nawet mowy. Zatrzymałem się więc przy brzegu i wołam: Płyń, czemu stoisz? Jędrek rozpaczliwie wiosłuje i nie posuwa się ani o milimetr. Wołam, zaprzyj wiosło o dno i się odepchnij, siedzisz na kamieniu! Widzę, że próbuje, ale wiosło zatapia się całe, nie sięgając dna. Usiadł na wierzchołku skały, dookoła mając głębię większą od długości wiosła. Nie pozostało nic innego, jak przejść na dziób kajaka, by wynurzyła się rufa i tym sposobem zejść z rafy.
Innym razem obu nas wciągnął liczący jakieś trzydzieści metrów średnicy wir. Chwycił i trzyma. Kręciliśmy się wokół jego osi jak na karuzeli. W pierwszej chwili nawet nas to rozbawiło, ale kiedy zauważyliśmy, że mamy trudność z wydostaniem się z niego, trochę nas to zmartwiło. Wykorzystaliśmy jednak siłę odśrodkową i po kilku obrotach, dodając prędkości wiosłowaniem, wydostaliśmy się z objęć "wirówki"
Spływ nasz zakończyliśmy w Nowym Sączu 26 sierpnia 1982 roku.
Był to mój ostatni spływ tego roku. Po nim otrzymałem złotą odznakę TOK i drugi stopień przodownika turystyki kajakowej, także nobilitację zdobywcy Dunajca.
Udostępnij:
przylodz 30.01.2008 18067 wyświetleń
10 komentarzy 2 ocena
Drukuj

Proszę Zaloguj lub Zarejestruj się by zagłosować.
Kliknij przycisk `Akceptuję`, aby ukryć ten pasek. Jeśli będziesz nadal korzystać z witryny bez podjęcia żadnych działań, założymy, że i tak zgadzasz się z naszą polityką prywatności. Przeczytaj informacje o używanych przez nas Cookies