Ten Port nie jest już poezją.
Gdzie jest Nasz Port, gdzie naszych rejsów meta, tu nikt nie pamiętał skąd wypłynął, czy jeszcze ktoś to pamięta? Ten Port już nigdy nie będzie poezją, Ten Port jest już tylko żywym trupem. Port, który tętnił życiem przez 24 godziny.
Gdzie jest Nasz Port, gdzie naszych rejsów meta, tu nikt nie pamiętał skąd wypłynął, czy jeszcze ktoś to pamięta? Ten Port już nigdy nie będzie poezją, Ten Port jest już tylko żywym trupem. Port, który tętnił życiem przez 24 godziny.
Ten Port miał dwa oblicza. Jedno to praca dźwigów, praca ludzi, tysiące ton przeładowywanych ładunków i ich dystrybucja z zegarmistrzowską precyzją – czyli jednym słowem przeogromna machina kręcąca się nieprzerwanie przez lata.
Oblicze drugie – to nasz drugi dom. Tak, Ten Port był dla wielu drugim domem. Zawsze do niego ciągnęło gdzieś z dalekich tras, wielu z nas nie mogło się doczekać jego zapachu, gwaru, tej całej aureoli otaczającej jego granice. Od niego unosiły się mistyczne zapachy skwaśniałego piwa, ciepłej wódy i wyzywających kobiet prowokująco kręcących się w pobliżu bramy portowej.
Atmosferę "Portowej" nie można porównać z żadną inną speluną wzdłuż Odry. Tu można było porządnie pojeść, opić się do otępienia, tu można spotkać się z przygodnymi przyjaciółmi od butelki, kolegami z klasy, znajomymi z trasy. Tu dyspozytor portowy lub kadrowiec zawsze znalazł tego za którym uganiał się po całym porcie. To tu można było nasłuchać się od starych łodziarzy opowieści niezwykłych, relacji z odbytego rejsu i relacji z żeglugowej giełdy. Tu można było za poręczeniem cieszyć się nieograniczonym kredytem bufetowej gdy nieoczekiwanie pojawiła się pustka w kieszeni, dobrze jeszcze pamiętam bufetową panią Helę, panią Marysię, panią Zosię i kelnerki – panią Ulę, panią Bogusię, pania Ewę. Z reguły było tak, że albo już były żonami łodziarzy albo wkrótce nimi zostawały.
Cechą charakterystyczną "Portowej" był podział na kasty społeczne. W pierwszej sali zasiadało pospólstwo łodziarskie, różnej maści lumpy portowe dla których szczytem marzeń było wysupłać grosz na następny kufel piwa. W drugiej sali bliżej kuchni zasiadała z godnością elita światka łodziarskiego czyli zacni kapitanowie, mechanicy, z rzadka sternicy . W tym miejscu wyniosłym z godnością spożywali prawdziwy obiad dwudaniowy co chwila przepłukując gardła markową czystą.
Taka to była "Portowa". No i w końcu jako tako zaspokoiwszy głód i pragnienie wiara bardziej rozgarnięta pchana połączonym działaniem alkoholu i hormonów, rządna wrażeń artystycznych i bliższego kontaktu z płcią piękną wytaczała się z "Portowej" do "Kłodniczanki " lub do "Oazy" w starym Koźlu.
W tym miejscu zamrożę tok wydarzeń jakie miały miejsce w wyżej wymienionych lokalach bo i po co zagłębiać się w tajniki łodziarskiej psychiki. Więc wracam do tematu powrotów do ukochanego Portu. Była to droga cierpień i bohaterstwa o ile udało się jako tako dojechać taryfą pod wartownię. Dalej już sytuacja się gmatwała w zależności czy wracało się solo czy też z osoba towarzyszącą oraz od wskaźnika zawartości wypitego alkoholu.
Ale Port był przecież naszym domem i żadna siła nie mogła nas powstrzymać przed udaniem się na łódź, która niczym świątynia wszelkiego dobra przecież była tuż, tuż. Różne były fortele aby przekonać cerbera o konieczności dotarcia na statek ale gdy już się tego dokonała to pozostała jeszcze ostatnia trudność do pokonania – tunele pod torowiskiem, a zwłaszcza ten jeden pomiędzy pierwszym i drugim basenem. Długi, raczej zawsze nieoświetlony z nikłą poświatą na końcu golgoty – to było największe wyzwanie dla nie trzymającego się prawidłowego kursu łodziarza. Niejeden strudzony wędrowca straciwszy poczucie kierunku zawierał bliski kontakt twarzy z chropowatym betonem raz lewej i raz prawej ściany.
O tym, kto spędził nockę w upojnej atmosferze aż nadto wymownie świadczyły plastry na policzkach i nosach. I w końcu dotarł do swojego Portu i nie było siły aby go od tego powstrzymać. A rano dla nie zawsze dospanego z worami pod oczyma nie był zmiłuj się – wyładunek, załadunek (taka była kolej rzeczy, gdyż nie do pomyślenia były puste przeloty), typowa łodziarska rzecz.
Jak ja podziwiałem kobiety-trymerki, które chyba w większości obsadzały to najpodlejsze portowe stanowisko pracy, jak bez żadnej oznaki zmęczenia i trudu zgarniały i podsypywały rudę pod dźwigowe chwytaki. A jaki to wysiłek to sam przekonałem się próbując podgonić czas wyładunku. Po zarwanej nocy to łopata raczej mnie nosiła a nie odwrotnie, a one tymczasem niczym żongler piłeczkami machały łopatami aż miło było patrzeć. A było na co, postury miały niczym Pudzianowski, język niewybredny tak, że grzecznym trzeba było być. A to mydełko Lux podrzucić, a to kupon krempliny taniej oddać i aby broń Boże o gratisowych rajstopach dla córki nie zapomnieć. W większości były one mieszkankami przyportowej dzielnicy robotniczej, tak że lepiej było z nimi nie zadzierać.
A po załadunku dalej w trasę i jak zwykle, a było to już stałą regułą, że po kilku dniach powracała jak bumerang tęsknota za Tym Portem, właśnie Tym jedynym Portem. Takiego Portu już nie ma... Takiego portu już nigdy nie będzie... Ten Port nie jest już poezją...
Udostępnij:

Proszę Zaloguj lub Zarejestruj się by zagłosować.
Kliknij przycisk `Akceptuję`, aby ukryć ten pasek. Jeśli będziesz nadal korzystać z witryny bez podjęcia żadnych działań, założymy, że i tak zgadzasz się z naszą polityką prywatności. Przeczytaj informacje o używanych przez nas Cookies