Szwajcarskie parowce
Bezpośrednią inspiracją do napisania tego artykułu był wyjazd do Szwajcarii na ślub mej siostry Sylwii, która wyszła za Szwajcara noszącego godne nazwisko Ziegler, mnie, jako strażakowi, kojarzące się z nazwą producenta doskonałych pomp.
Regularnie zaglądam na tę świetną stronę łodziarzy, sam nie pracuję na wodzie, lecz każdy urlop spędzam pod żaglami, a ostatnio pyrkając silnikiem lub machając wiosłem kontempluję uroki polskich rzek i kanałów. Pisząc ten materiał zaglądam do menu „najnowsze artykuły”, i znów z przykrością znajduję tam słowa: „ginące zawody” czy „zawiedzione nadzieje”, niektóre z tytułów odkrywają swoją smutną treść dopiero po ich rozwinięciu. Nie chcę się mnożyć przykładów zaniedbań naszego Państwa w zakresie utrzymania (słowo „rozwój” nie jest tutaj adekwatne) szlaków wodnych, większość zaglądających tutaj Kolegów ma na ten temat o wiele większą wiedzę ode mnie.
Chciałbym jednak, jako człowiek nie pływający zawodowo, a więc nie związany z tematem zbyt emocjonalnie, przedstawić inne spojrzenie na wykorzystanie śródlądowych szlaków wodnych. Mam na myśli turystykę wodną.
Obracam się w towarzystwie ludzi dzielących podobne hobby, wiem jak wielkie jest zainteresowanie tą formą wypoczynku. Wymagania nasze nie są wielkie, małe jednostki turystyczne zadowolą się tylko ok. 60 cm wody, szlak może być kręty, prześwity mostów też nie muszą być wielkie. W ubiegłym roku, w sierpniu, przyprowadziłem z Elbląga do Warszawy 9-metrowy jacht motorowy, mimo bardzo niskiego stanu Wisły udało się bez większych emocji, troszkę umiejętności i sprawna załoga w zupełności wystarczyły. Jedyne czego brakuje, to infrastruktura brzegowa, mijaliśmy po drodze wiele miejscowości, których przez grzeczność nie będę wymieniał z nazwy, gdzie chcieliśmy się zatrzymać, ale nie było gdzie przybić. Pomijam fakt braku wygodnego nabrzeża, niewielkiemu jachtowi wystarczy choćby kawałek piasku, zamiast tego napotykaliśmy poobrywane nabrzeża ze sterczącymi prętami zbrojeniowymi i zatopionymi bryłami betonu czy kruszywa, które zniszczyłoby plastikowy kadłub.
Przywrócenie szlaków do stanu, który będzie umożliwiał przemieszczanie się dużych zestawów pływających, niewątpliwie wymaga sporych nakładów finansowych z budżetu państwa, a co gorsza, niezbędne jest znalezienie tzw. „woli politycznej”, o którą niestety często trudniej niż o środki. Natomiast do żeglugi turystycznej potrzebujemy jedynie niewielkich przystani, choćby z pływającymi, okresowo montowanymi pomostami, i podstawowymi sanitariatami np. w kontenerach. Sfinansowanie budowy tych udogodnień, możliwe jest w ramach budżetu nawet najbiedniejszej gminy lub poprzez prywatnych przedsiębiorców, często wystarczy tylko im nie przeszkadzać. Opisał to świetnie we wcześniejszym artykule Pan Adam Madaj.
Wydaje mi się, że starania o rewitalizację polskich szlaków wodnych należy prowadzić wielotorowo, może czasem, zamiast żądać wielko budżetowych inwestycji, zastosować politykę „małych kroków” i rozpocząć od starań o stworzenie warunków do żeglugi turystycznej? Potencjał mamy ogromny, jest to piękna i dzika przyroda oraz uroki miast, które kiedyś naturalnie rozwijały się wzdłuż rzek. Rozwój turystyki pomoże w przywróceniu rentowności istniejącej infrastruktury, zapłacenie kilku złotych za śluzowanie nie stanowi wielkiego uszczerbku w budżecie wyprawy, a rosnąca liczba jachtów pozwoli na osiągnięcie efektu skali, w efekcie śluzy były by rentowne.
Na rozwoju żeglugi amatorskiej, zyska też oczywiście transport śródlądowy, miejsca na wodzie dla nas wszystkich wystarczy, pomijając aspekty materialne, osiągniemy w ten sposób zmianę stosunku społeczeństwa do pomysłów na wykorzystanie naturalnych i sztucznych cieków i zbiorników wodnych na cele inne niż tylko rezerwat przyrody.
Najlepszym dowodem na słuszność powyższych tez, jest przykład z mojego podwórka – niedawno przywrócono żeglugę pasażerską na Wiśle w Warszawie. Pomijając mniej lub bardziej trafione pomysły władz stolicy na utworzenie tramwaju wodnego i promów, absolutnym strzałem w dziesiątkę było zorganizowanie kilkugodzinnych rejsów na Zalew Zegrzyński, nabycie biletów na tę atrakcję możliwe jest tylko w przedsprzedaży, chętnych jest o wiele więcej niż miejsc na statku. W ten sposób, podziwianie ciekawej architektury miasta z perspektywy wody oraz kontakt z niepowtarzalną przyrodą, stały się możliwe dla osób, które z różnych względów nie mają możliwości dokonać tego samodzielnie. W ten sposób odkrywa się na nowo miejsca, które zdawałoby się znać doskonale od lat.
Nie jest moim celem propagowanie pomysłu likwidacji transportu towarów śródlądowymi szlakami wodnymi, jako nierentownego i niepotrzebnego, wprost przeciwnie, proponuję, aby poczynając od poziomu lokalnego, nagłaśniać ideę coraz bardziej modnego wypoczynku na wodzie, co będzie napędzać rozwój infrastruktury. Turyści i zawodowcy nie muszą z sobą konkurować, interes mamy wspólny, skoro nie można wydostać pieniędzy z budżetu centralnego, lobbujmy razem w lokalnych samorządach, istnieje przecież możliwość pozyskiwania znaczących środków unijnych nawet na stosunkowo niewielkie projekty, w szczególności te, które łączą, a nie dzielą.
Bezpośrednią inspiracją do napisania tego artykułu był wyjazd do Szwajcarii na ślub mej siostry Sylwii, która wyszła za Szwajcara noszącego godne nazwisko Ziegler, mnie, jako strażakowi, kojarzące się z nazwą producenta doskonałych pomp.
Otóż moja siostra, znając moje zamiłowanie do wszystkiego co pływa, zapewniła nam moc atrakcji, zlokalizowanych w bezpośredniej bliskości atrakcyjnych turystycznie akwenów, których sporo w tym górzystym kraju. Przez cały tam pobyt, towarzyszyła mi myśl – dlaczego oni mogą, a my nie, skoro mamy o niebo lepsze warunki do kultywowania tradycji wodniackich?
Ale po kolei – zafundowano nam arcyciekawą wycieczkę nad jezioro Czterech Kantonów, nad którym leży znane miasto Lucerna. Teść siostry jest emerytowanym pracownikiem wodociągów, dowiedziałem się od niego rzeczy niesłychanej – wodę z jeziora można pić bez przegotowania! Ciekaw jestem, kiedy dożyjemy takich czasów, by w Polsce pić wodę z jeziora, nad którym leży przeszło 60-cio tysięczne miasto i wiele innych miejscowości? Siostra ze szwagrem umiejętnie porcjowali napięcie, najpierw oznajmili, że będziemy mieli możliwość odbyć wycieczkę po jeziorze, a potem dodali niby mimochodem, że popłyniemy zabytkowymi parowcami. Rejs nasz był dwuetapowy, rozpoczęliśmy parowcem Uri (1901 r.) w Lucernie, potem spacer i kawka w Beckenried, a potem powrót parowcem Gallia (1913 r.) do Lucerny.
Po wejściu (wbiegnięciu) na pokład ponad stuletniego bocznokołwca Uri, nie wiedziałem gdzie mam najpierw skierować obiektyw aparatu, ku zaskoczeniu i chyba lekkiej irytacji swojej małżonki, zamiast oglądać piękne widoki, większość czasu spędziłem na podziwianiu pracującej oryginalnej maszyny parowej, która z resztą jest pięknie wyeksponowana przez otwarty nad maszynownią pokład. Fotografowaniu i filmowaniu nie było końca.
Krótki film:
Co ciekawe, od rodziny szwagra dowiedziałem się, że mieszkańcy regionu znają nie tylko nazwy starych parowców pływających po tym jeziorze (jest ich w sumie 5), ale ich historię, dane techniczne itd., są to jakby ruchome pomniki historii, stanowiące dobro publiczne. Aż żal pomyśleć o wrakach równie pięknych statków niszczejących w Polsce.
Owocem tej wyprawy są zdjęcia i filmy, którymi z Koleżankami i Kolegami chętnie się dzielę.
Ponieważ zdjęcia moje nie są kompletne, jeśli chodzi o sylwetki statków, poniżej przedstawiam linki do stron zewnętrznych, gdzie znajdują się też parametry techniczne tych ślicznotek.
http://paddlesteamers.freehostia.com/PaddleSteamerList.htm
http://www.lakelucerne.ch/en/extra-cruises/fleet/gallia-steamboat.html?no_cache=1&sword_list[0]=gallia
Drugą wycieczką był rejs nowoczesnym statkiem po Renie, start w Bazylei a koniec w miejscowości Augst, w którym znajdują się stosunkowo dobrze zachowane ruiny miasta rzymskiego Augusta Raurica. Ruiny miasta wraz z infrastrukturą, w tym wielokilometrowym akweduktem oraz ogromnego teatru, są podobno największym stanowiskiem archeologicznym na północ od Alp.
Kolegów łodziarzy być może zainteresują też fotografie miejsca, gdzie kończy się szlak żeglowny na Renie, jest to miejscowość Rheinfelden, w której zlokalizowany jest most, łączący brzeg szwajcarski i niemiecki, powyżej którego znajduje się zespół elektrowni (niektóre w budowie), w których woda podpiętrzana jest poprzez częściowe przegrodzenie koryta rzeki.
Udostępnij:

Proszę Zaloguj lub Zarejestruj się by zagłosować.
Kliknij przycisk `Akceptuję`, aby ukryć ten pasek. Jeśli będziesz nadal korzystać z witryny bez podjęcia żadnych działań, założymy, że i tak zgadzasz się z naszą polityką prywatności. Przeczytaj informacje o używanych przez nas Cookies