Z dziejów żeglugi śródlądowej w Polsce
Dzieje wykorzystania śródlądowych dróg wodnych w naszym kraju doczekały się szeregu opracowań naukowych. Mają one jednak charakter głównie przyczynkarski. Brak jest kompleksowego opracowania tematu. Niebogata jest również literatura popularna w tym przedmiocie. Może więc niniejsza książeczka choć w części zaspokoi istniejące zapotrzebowanie na literaturę w zakresie polskiej żeglugi śródlądowej.
VII. Żegluga w okresie trakcji parowej
1. Pierwsze paropływy na rzekach Królestwa Polskiego
Drogi wodne i żegluga w Królestwie Polskim pozostawały pod zarządem Komisji Rządowej Spraw Wewnętrznych i Policji. Sprawami technicznymi komunikacji wodnej na szczeblu centralnym zajmowali się inspektorzy generalni. W województwach zaś inżynierowie wojewódzcy, zwani też assesorami, którym podlegała służba wykonawcza, tj. podinżynierowie, konduktorzy i dozorcy robót.
Postanowieniem Rady Administracyjnej z 3 sierpnia 1832 roku do zarządzania wszystkimi rodzajami dróg i komunikacji powołano Dyrekcję Komunikacji Lądowych i Wodnych działającą pod zwierzchnictwem Komisji Rządowej Spraw Wewnętrznych i Policji oraz Komisji Duchownych i Oświecenia Publicznego. W 1840 roku dekretem carskim odłączono Dyrekcję Komunikacji od KRzSWiP i podporządkowano bezpośrednio generałowi - adiutantowi Rautenstrauchowi jako naczelnie zarządzającemu komunikacjami w Królestwie, posiadającemu do pomocy organ wykonawczy, tzw. Zarząd. Po upływie dwóch lat Zarząd i Dyrekcję Komunikacji połączono w jeden organ pod nazwą Zarządu Komunikacji Lądowych i Wodnych. Pracę Zarządu nadzorował dyrektor KRzSWiP. Niespełna cztery lata potem na podstawie rozporządzenia cara z 17 grudnia 1846 roku Zarząd Komunikacji Lądowych i Wodnych przemianowano na Zarząd XIII Okręgu Komunikacji w Rosji. W 1862 roku dla większego zespolenia administracji komunikacji w Królestwie z innymi miejscowymi władzami, z woli cara na miejsce XIII okręgu ustanowiono niezależny od Głównego Zarządu Komunikacji w Rosji - Zarząd Komunikacji w Królestwie Polskim.
Władze warszawskie, szczególnie w okresie, kiedy w Radzie Administracyjnej zasiadał Drucki-Lubecki, troszczyły się o rozwój komunikacji wodnej. Książę-minister zdawał sobie sprawę z tego, że w parze z rozwojem przemysłu i rolnictwa musi iść rozwój komunikacji. Rzeki nadal były głównymi drogami przewozu ładunków masowych na duże odległości. Wisła z dopływami odgrywała główną rolę jako szlak posliego eksportu na Zachód.
Kiedy wywóz zboża z Królestwa do Gdańska spadł w 1822 roku do 20 tys. łasztów, władze były tym bardzo zaniepokojone. Nie chodziło zresztą tylko o samo zboże.
Wojna celna z Prusami jeszcze bardziej ograniczała funkcję Wisły jako drogi handlu zagranicznego. Uregulowanie stosunków celnych polsko - pruskich w 1825 roku wpłynęło korzystnie na polską żeglugę rzeczną. Spław zboża wzrósł natychmiast do 150 tys. ton i na tym poziomie utrzymał się do czasu uruchomienia pierwszej kolei żelaznej w Królestwie.
Handel rzeczny przechodzi znów w ręce kupców zawodowych. Dla nadwiślańskich miast nastały dobre czasy. W niektórych z nich rząd pobudował wielkie magazyny zbożowe, jak np. we Włocławku i Nowym Dworze nad Wisłą, umożliwiające zmagazynowanie zboża w pobliżu rzeki przed rozpoczęciem spławu. Mieściły one ponad 100000 korców * zboża każdy. Do końca pierwszej połowy XIX wieku drogi wodne są głównymi szlakarni polskiego eksportu i importu. W 1847 roku udział rzek w handlu zagranicznym był następujący:

Stanowiło to około 2/5 całego handlu zagranicznego Królestwa Polskiego. Wartość towarów wywożonych i wwożonych rzekami w 1849 roku wzrosła do około 10 mln rubli srebrem.
Sprzyjał temu systematycznie poprawiający się stan żeglowności rzek. Poza Kanałem Augustowskim nie podejmowano wprawdzie większych inwestycji na drogach wodnych, ale prace nad oczyszczaniem koryt rzek i umacnianiem brzegów trwały. Działo się tak, mimo zmniejszenia w latach dwudziestych XIX wieku funduszu KRzSWiP, przeznaczonego na uspławnianie rzek z 450000 zł do 180000 zł. Kanał Augustowski pochłonął znaczne sumy. Wiele rozpoczętych prac musiano okresowo zaniechać, jak np. oczyszczania nurtu Wisły od Płocka do Warszawy oraz Bugu i Wieprza. Szereg prac wykonywano systemem szarwarkowym lub sumptem władz wojewódzkich, jak choćby przekopanie w woj. mazowieckim nowego koryta Bzury na odcinku Łęczyca - Łowicz.
Ludwik Wolski, statystyk, ekonomista i działacz gospodarczy w Królestwie połowy XIX wieku, oceniał, że najbezpieczniejsza była żegluga na Wiśle poniżej Warszawy, na Kanale Augustowskim i Warcie w pobliżu granicy z Prusami; bezpieczna na Wiśle od Warszawy do granicy z Austrią, na Warcie powyżej Pyzdr i na Biebrzy; mniej bezpieczna, ale możliwa na Sanie, Nidzie, Wieprzu, Pilicy, Narwi, Bugu i na części Radomki.
Coraz większą rolę w żegludze śródlądowej zaczynają odgrywać przewozy wewnętrzne. Sprzyjał temu rozwój przemysłu i ośrodków miejskich. W transporcie wewnętrznym wzrosła funkcja dopływów Wisły, a także mniejszych rzek. Obok tradycyjnego już zboża, drewna i soli pojawiają się transporty węgla kamiennego, cegły, kamienia budowlanego, wapna, żelaza, cynku, a z towarów nie masowych, tj. traktowanych na statkach jako drobnica - owoce krajowe i zagraniczne, warzywa, jaja, ryby, olej, wódka i wina, syropy oraz wyroby z gliny, maszyny i inne wytwory przemysłu krajowego.
W 1845 roku przewieziono Sanem towarów wartości 40000 rubli srebrem; Pilicą- 75500 r.s.; Narwią od Suraża do Tykocina - 235000 r.s.; Biebrzą - 38000 r.s.
Warszawa stała się centrum handlu rzecznego. W 1847 roku przypłynęło do jej przystani z górnej Wisły 866 statków z towarami zagranicznymi i 2950 z krajowymi ogólnej wartości 1 064 725 rubli srebrem. Odpłynęło w tym kierunku 12 statków z ładunkiem wartości 27130 r.s. W tym samym czasie z dolnej Wisły, Bugu i Narwi przybyło 305 statków z towarami zagranicznymi i 84 z krajowymi. Przywieziono na nich towarów na sumę 1015507 r.s. Odpłynęło z Warszawy w kierunku granicy pruskiej 18 statków oraz 290 tratew z towarami łącznej wartości 410005 r.s. W pierwszej połowie XIX wieku zmienia się technika spławu rzecznego. Zniknęły prawie całkowicie, niegdyś najchętniej używane, dubasy, komięgi i szkuty. Ich miejsce zajmują statki przystosowane bardziej do konkretnych zadań przewozowych, wymagające mniejszej załogi przy jednocześnie zwiększonej ładowności, mocniej zbudowane i o korzystniejszych dla nawigacji kształtach. W tym okresie na naszych rzekach królują jeszcze niepodzielnie statki poruszane za pomocą wioseł, żagla lub ciągnione przez konie, a także ludzi.
W wielkiej rodzinie statków rzecznych w Królestwie spotykamy berlinki i półberlinki, krypy, barki, baty i baciki, bajdaki i jadwiżki, a najczęściej galary. Ze względu na różną wielkość i miejsce budowy, a także eksploatacji, nosiły one różne nazwy, jak np. galary krakowskie, wśród których wyróżniano:
czwartaki - 4 ludzi załogi i 180 korców ładunku,
piątaki - 5-6 ludzi załogi i 250-300 korców ładunku,
siódmaki - 7 ludzi załogi i 400 korców ładunku,
dziewiątaki - 9 ludzi załogi i 500-600 korców ładunku.
Ponadto galary ulanowskie większe - 8-9 ludzi i 550-600 korców ładunku; mniejsze - podobnie jak siódmaki, a także bużańskie 8 ludzi i zabierające 600-900 korców.
Opis galaru z pierwszej pałowy XIX wieku pozastawił nam Seweryn Udziela, znawca żeglarstwa wiślanego.
"Galar jest to do 18 m długości a 8 m szerokości dochodząca niby wielka łódź drewniana, płaska z przodu i z tyłu nieco podniesiona nad wodą. Galar taki może udźwignąć 25 ton towaru. Tak wielkie galary należą już do przeszłości, a dzisiaj budują galary trochę mniejsze, które w okolicach Krakowa nazywają galarkami. Na środku galara stoi niska buda, niby malutki domek drewniany, do którego można wejść tylko na klęczkach, a służy na nocleg tudzież do przechowywania narzędzi, ubrania załogi i wiktuałów... Na galarze są umocowane ruchomo długie drągi, na końcu zanurzającym się w wodę spłaszczone niby wielkie wiosła, które nazywają drygawki**... Na dużym galarze bywają 4 drygawki. Są też na galarze drągi grubsze, nie kute, służące do wstrzymywania galaru, a zowią się harpule, zaś flisak, który je ma w opiece i używa - to harpulownik. Deski służące do nakrywania przewożonej galarem soli lub pszenicy zowią się ferdeki. Młot drewniany do wbijania pala przy brzegu, przy którym przymocowują zatrzymujące się galary to ślaga. Jest jeszcze na galarze zwykły, nie obrobiony duży kamień na długim sznurze, tak zwany pies, który niby kotwicę wrzuca się do wody, gdy się galar zatrzymuje".

Galary nie posiadały ożaglowania. Przedsiębiorca żeglugowy Konstanty Wolicki, bardzo krytycznie oceniający statki wiślane do przewozu zboża, był zapamiętałym przeciwnikiem galarów. Uważał, że są zbyt prymitywne i nie zabezpieczają dostatecznie zboża przed opadami atmosferycznymi. W artykule zamieszczonym w 1845 roku w Bibliotece Warszawskiej zachęca zainteresowanych spławem czytelników do budowania i eksploatacji łodzi żaglowych na wzór tych, które w liczbie 40 sam wybudował w 1838 roku i do tej pory z wielkim pożytkiem używa. Docierają one nawet do Krakowa bez względu na stan wody w Wiśle. Łódź taka kosztuje około 7000 zł i może służyć przez 10 lat. Różnica w kosztach przewozu 500 korców zboża z Krakowa do Gdańska galarem i łodzią wynosi 930 zł na korzyść tej ostatniej. Szybka łódź umożliwia odbycie najmniej dwóch rejsów w sezonie, co przy wykorzystaniu jeszcze frachtu powrotnego pozwala zamortyzować koszty budowy w krótkim czasie.

Berlinki kanałowe i gdańskie zabierały od 600-1000 korców, zanurzając się na 2-2 2/3 stopy***, w rejsie w górę rzeki obsługiwane były przez 7 ludzi, a w dół - przez 4. Różniły się między sobą tylko tym, że gdańskie były szersze i nie mogły być eksploatowane na kanałach. Półberlinki - podobne w kształcie do berlinek, tyle że o ładowności od 300-480 korców i 4 ludziach załogi. Jadwiżki - obsługa 4 flisaków, ładowność 240-450 korców, zanurzenie 2 stopy. Bajdaki - 4 ludzi, 200-300 korców, zanurzenie 2 stopy. Krypy - 3-5 ludzi i 250 korców ładunku. Baciki i krypki - 2-3 ludzi i 30-150 korców ładunku.
Nasuwa się pytanie, gdzie budowano tak znaczną liczbę statków? Odpowiedź jest dość prosta - w pierwszej połowie XIX wieku wszędzie tam, gdzie nad spławnymi rzekami była dostateczna ilość odpowiedniego drewna, głównie sosnowego, jodłowego, świerkowego i dębowego. Stocznie rzeczne z prawdziwego zdarzenia były jeszcze niezwykłą rzadkością. Statki budowali zwykle domorośli szkutnicy wiejscy lub miasteczkowi, nie posługując się przy tym żadnymi planami. Budowali po prostu na wyczucie. Najprostsze narzędzia oraz doświadczenia przekazywane z ojca na syna służyły za wszystko. Miasteczkiem będącym przykładem funkcjonowania przemysłu stoczniowego był Ulanów nad Sanem. Tradycje budownictwa okrętowego miasteczka sięgały kilka wieków wstecz. Tam budowano między innymi galary ulanowskie.
Rząd Królestwa w trosce o rozwój żeglugi założył własne zakłady stoczniowe we wsi Rybaki koło Nowego Dworu, specjalizujące się w budowie berlinek. W 1816 roku na ich utrzymanie przeznaczono w budżecie KRzSWiP 12640 zł i 2 grosze. W protokole z posiedzenia sejmu odbytego 28 marca 1818 roku znajdujemy następujące wyjaśnienie przyczyn pobudowania zakładu:
"Skoro Rząd przedsięwziął ułatwienie spławu, nie mógł nie myśleć o nabyciu ludzi wyćwiczonych w tym rzemiośle, ani o budowaniu statków, coby nurty rzeki zwiedzały; stąd myśl ustanowienia urzędu spławnego, zakładu budowli statków i robienia żaglów, gdy znalazła potwierdzenie Namiestnika, urząd ten w folwarku Rybaki zwanym, po rozmiarze jego gruntów umieszczony został; osiedli go szyprowie i sternicy; budują się statki; mieszkańcy obwieszczeni nabywają ich lub najmują, oddają na naukę młodzież, która wcześnie usposobiona, zastąpi wkrótce cudzoziemców".
W ciągu krótkiego czasu zakład zdołał wybudować ponad 30 berlinek, z których 22 wynajmował do transportu zboża, za co uzyskał 44550 złotych dochodu. Pozostałe berlinki używano do wydobywania i transportu żwiru, niezbędnego do budowy dróg.

Na posiedzeniu sejmu w 1825 roku dyskutowano ponownie sprawę stoczni w Rybakach. Wówczas był to już zakład utrzymujący się bez dotacji państwowych, a nawet dający pewne zyski przeznaczane na własną rozbudowę.
Zwiastunami przewrotu w żegludze były pierwsze statki o napędzie parowym, zwane u nas paropływami. Zanim jednak pojawiły się one na polskich rzekach, minęło wiele lat doświadczeń i prób, przysposabiających maszynę parową do potrzeb transportu wodnego. Myśl zastosowania pary do napędzania statków zrodziła się niewiele później niż sama "machina parowa". Już w 1707 roku Francuz Denis Papin usiłował wykorzystać parę do poruszania niewielkiego stateczku. Próby odbywały się na Łabie. Doświadczenia w tym kierunku podejmowali również i inni, jak np. Francuzi - Perier w 1775 r. na Sekwanie pod Paryżem, a kilka lat później Geofroi na Saonie. Inżynier mechanik Konstanty Rudzki w ogłoszonej w pierwszej połowie XIX wieku rozprawie O żegludze parowej, a mianowicie o zastosowaniu w niej śruby Archimedesa zamieszcza wzmiankę o odnalezieniu w Salamance (Hiszpania) około roku 1841 ciekawego dokumentu o próbach zastosowania maszyny parowej na statkach już w XVI wieku.
Rzecz miała się podobno w ten sposób, że już w 1543 roku kapitan okrętu don Blasco de Garray przedstawił królowi Hiszpanii Karolowi V projekt maszyny parowej do poruszania statku. Król nakazał przeprowadzenie prób. Użyto do nich statku "La Santissima Trinitad" o ładowności 200 beczek****. Próby odbyły się 17 czerwca 1543 roku w obecności Karola V, jego syna Filipa, gubernatora don Pedro Cordono, wicekanclerza Francisco Gralla i innych członków świty królewskiej. Statek poruszał się nad podziw sprawnie, czym wywoływał zachwyt władcy. Obecny przy próbie podskarbi odradzał jednak wprowadzenia takich statków do marynarki królewskiej. Swoje stanowisko uzasadniał tym, że maszyna jest zbyt skomplikowana, ogromnie kosztowna i że łatwo może dojść do eksplozji kotła. Król mimo to powołał komisję, od której zażądał zaopiniowania wynalazku. Po kilku tygodniach pracy orzeczenie komisji brzmiało: maszyna ma przyszłość, obecnie jest jednak mało doskonała, przepływa zaledwie milę w ciągu godziny. Może więc w przyszłości po udoskonaleniu będzie mogła mieć szersze zastosowanie. Po takiej ocenie królowi nie pozostało nic innego, jak zwrócić wynalazcy koszty prób, które wraz z wynagrodzeniem za pracę wyniosły 200 tysięcy marawedów. Przyobiecał ponadto bystremu mechanikowi wysokie stanowisko w marynarce królewskiej. Lud Barcelany śpiewał podobna na cześć konstruktora balladę napisaną przez członka Francuskiej Akademii Umiejętności pana Francois Raynouarda.
Dokument ten z braku innych dowodów potwierdzających nie dokona przewrotu w naszej wiedzy o początkach żeglugi parowej. Należy traktować go jako ciekawostkę przypominającą, że ludzie już od wielu wieków głowili się nad zbudawaniem statku o napędzie mechanicznym i zapewne czynili w tym kierunku szereg prób.
Twórcy pierwszych parowców przezwyciężać musieli w swej pionierskiej pracy olbrzymie trudności. Prymitywne i ciężkie maszyny parowe zdawały egzamin na lądzie. Zamontawane na statkach powodowały nadmierne zanurzenie, utrudniały manewrawanie i dawały bardzo małą szybkość, co przy częstych jeszcze awariach stawiała pad znakiem zapytania mażliwość praktycznego ich wykorzystania w żegludze.

Próbom zastosowania pary do napędu statków przeciwstawiali się też drobni przedsiębiarcy żeglugowi oraz robotnicy w obawie, że maszyny odbiorą im pracę i środki do życia. Znane są wystąpienia burłaków rosyjskich w pierwszej połowie XIX wieku przeciwko armatorom wprowadzającym do eksploatacji parowce. Wszystko to jednak nie zrażało upartych konstruktorów - mechaników. Patrząc dziś z perspektywy czasu na ich zmagania, możemy powiedzieć, że był to konieczny etap na drodze do późniejszych sukcesów.
W 1807 roku Ameryknin Robert Fulton, wyposażywszy swój statek "Clermont" w maszynę parową o sile 20 koni mechanicznych, zakupioną w wytwórni maszyn parowych Jamesa Waffa i Matthewa Boultona w Soho pod Birmingham, pokonał na rzece Hudson trasę 60 mil w ciągu 30 godzin. Był to wspaniały sukces.
Tak zaczęła się zawrotna kariera "paropływów", którym 50 lat wcześniej nawet znana w świecie Akademia Umiejętności w Paryżu nie dawała żadnych szans. W konkursie ogłoszonym przez tę naukową placówkę na "sposób dopomożenia wiatrom w pędzeniu statków" I nagrodę otrzymała praca o całkowitej nieprzydatności w praktyce maszyny parowej.
Od udanego rejsu Fultona upłynęło sporo czasu, zanim parowce pojawiły się w Królestwie Polskim. Pierwszą o nich wzmiankę napotykamy w kontrakcie zawartym 25 czerwca 1825 roku między rządem a panami Konstantym Wolickim i Piotrem Steinkellerem na "transport soli rządowej niemniey płodów i wyrobów górniczych". W artykule V wspomnianej umowy czytamy, że: "Przedsiębiorcy obowiązani są własnymi funduszami zaprowadzić flotyllę, złożoną częścią ze statków płaskich żaglowych, częścią z berlinek. Na ten koniec na własne risico, antreprenerowie wybudują najdalej w przeciągu dwóch lat od daty rozpoczęcia tego kontraktu, czyli od dnia 1 kwietnia 1826 roku, sto płaskich statków żaglowych i jeden statek parowy do ciągnienia w górę próżnych statków przeznaczony".
Realizując postanowienia kontraktu Wolicki, któremu przy podziale czynności dokonanym przez wspólników przypadło zorganizawanie flotylli, sprowadził w sierpniu 1828 raku statek parowy z Anglii. Z treści listu Tomasza Łubieńskiego do ojca, pisanego z Warszawy 11 lipca 1827 roku, sądzić można, że nie był to jedyny statek zakupiony wówczas przez Wolickiego. "Przyjechał Walicki z Londynu, gdzie trzy statki parowe zgodził, jeden ma iść od Gdańska da Kopenhagi, drugi od Nieszawy do Gdańska, trzeci od Warszawy do Nieszawy, czwarty, na koniec, najmniejszy, który dopiero mają obstalować, ma iść od Krakowa da Warszawy". Nie wiemy tylko, czy robił to Wolicki na własną rękę, czy razem ze wspólnikiem. Jeśli jest prawdą to, co pisał Łubieński, to widocznie zmieniono terminy realizacji zamówianych przez Walickiego jednostek, bo najwcześniej dotarł do Królestwa ten ostatni, najmniejszy.
Historyk Tymoteusz Lipiński w Zapiskach z lat 1825-1831 dzieli się z czytelnikami spostrzeżeniami na temat tego statku. "Od dawna zapowiedziany, długo oczekiwany, przybył wreszcie statek, tak zwany okręt parowy. Od Gdańska płynął nader wolno, po większości go ciągniono, a to z powodu, iż kocioł parowy pękł, a co najbardziej, że woda jest za mała dla niego. Stanął przy potoku pod Bielanami i dalej nie może postąpić, mnóstwo osób nawiedza to dziwo za opłatą złotego na rzecz filantropijnego Towarzystwa Zupy Rumfordzkiej. Nie można dociec prawdy, kto jest właścicielm onego i na jaki cel zakupiony został w Anglii za 13000 dukatów". Uwagi swe kończy Lipiński pytaniem cui bono. Skąd taka rezerwa w stosunku do tego przedsięwzięcia? Odpowiedź znajduje się już w przytoczonym cytacie. Zbyt duże zanurzenie statku i słaby silnik czyniły go nieprzydatnym na rzekach Królestwa. Mimo że nie spełnił zadania, które było wymienione w umowie Wolickiego i Steinkellera z rządem, to jednak suma nań wydatkowana nie poszła całkiem na marne. Rozniecił w społeczeństwie zainteresowanie paropływami. Owocowało to wkrótce w postaci pierwszych polskich prób skonstruowania parowców. Mechanik arsenału warszawskiego Smirnow zbudował drewniany parowiec o sile 6 KM. Podobnej wielkości statek był dziełem hr. Maurycego Kossowskiego. Doświadczenia te zakończyły się niepomyślnie. Na naprawdę udane polskie parowe statki rzeczne trzeba było poczekać aż do pierwszych lat drugiej połowy XIX wieku.
Następne statki sprowadził Steinkeller na podstawie umowy z Bankiem Polskim. Zakupu tego dokonał wspólnie z Tomaszem Łubieńskim, bratem wiceprezesa Banku Polskiego, który 12 sierpnia 1839 roku do ojca swego pisał: "...zwiedziliśmy fabrykę statków parowych żelaznych, która według mnie jest nader ciekawa i interesująca. W tej to fabryce obstalowaliśmy statki parowe żelazne, które wyprawią rozebrane do Gdańska..."

I one okazały się nieprzystosowane do warunków żeglugowych Wisły i jej dopływów. Mniejszy o sile 24 KM zanurzał się 40 cali*****, większy 40 KM - 44 cale. Przewyższało to znacznie dopuszczalne dla Wisły maksimum zanurzenia, wynoszące wówczas 18 cali. Z konieczności mniejszy z nich kursował na trasie Warszawa - Bielany, przewożąc wycieczkowiczów, większy zaś między Nowym Dworem a Gdańskiem. O bielańskich rejsach informowała swych czytelników "Gazeta Codzienna" w dniu 6 czerwca 1840 roku: "Jutro i pojutrze, nowo sprowadzony do Warszawy statek parowy wozić będzie publiczność do Bielan, za opłatą od osoby złp. 2 i tyleż na powrót. Począwszy od godziny 7 z rana odbędzie kursów 7, to jest tam i napowrót co dwie godziny".
Na tle tych wycieczkawych rejsów daszło nawet do zatargu finansowego między dzierżawcą opłat spławnych w Warszawie Michałem Bereksahnem a Piotrem Steinkellerem. Dzierżawca wyliczył bowiem, że statek kursował z pasażerami poczynając od 11 maja da końca czerwca 1840 roku 45 razy, za co winien właściciel zapłacić zgodnie z ustaleniami taryfy opłat z 1833 roku zł 100 za kurs, czyli razem 4500 zł. Steinkeller protestowai, wyjaśniając, że opłaty wnoszane są tylko ad towarów, a nie od ludzi, że rejsy odbywają się wyłącznie dla przyjemności publicznaści, a nie zysku, ale Urząd Municypalny Warszawy, da którego sprawa dotarła, wydał decyzję dla niego niekorzystną. Potwierdziła ją również KRzSWiP. Koszty zakupu i sprowadzenia statku nie były małe, a zysk z takiego eksploatowania parowca mizerny. Trudno się więc dziwić właścicielowi, że tak zdecydowanie protestował przeciwka obciążaniu go jeszcze opłatą spławną.
Wówczas kiedy w Królestwie Polskim odbywały się nieudane próby wprowadzania żeglugi parowej, w innych krajach Europy i Stanach Zjednoczonych Ameryki Północnej ten rodzaj komunikacji już się przyjął i rozwinął. Powstawały towarzystwa żeglugi parowej. One to i poszczególne osoby uzyskiwały przywileje wyłączności żeglugi na określonych szlakach wodnych. W 1839 roku np. kupiec petersburski Kleszczew otrzymał prawo wyłączności przewozu parowcami towarów i ładunków w ciągu 10 lat na rzece Newie. W Austrii towarzystwo Bernard et Comp. korzystało z 15-letniego eksploatowania parowców na Dunaju i jego dopływach. Systematycznie rosło zapotrzebowanie na nowoczesny tabor poruszający się za pomocą własnego napędu. Jego produkcja rozwinęła się najszybciej w Anglii, Francji, Holandii i Stanach Zjednoczonych A. P.
Założycielem najbardziej znanej wówczas w Europie firmy produkującej parowce płaskodenne był Ludwik Guibert. Jego wielka stocznia rzeczna pracująca od 1821 roku w Nantes (Francja) początkowo sprowadzała maszyny parowe dla swych statków z Anglii. W 1834 roku zaczęła produkcję własnych według konstrukcji wspólnika firmy mechanika - wynalazcy Gache.
Właśnie firma Guibert i Gache zainteresowała się w 1846 roku możliwością zaprowadzenia żeglugi parowej w Królestwie. Szefowie firmy pomni niepowodzeń, jakie spotkały ich poprzedników, postanowili przed rozpoczęciem starań o koncesję zbadać dokładnie przede wszystkim nurt największej polskiej rzeki - Wisły. W tym celu przybył do Warszawy Eduard Guibert i po dokonaniu pomiarów rzeki w wielu punktach orzekł, że ma ona korzystniejsze warunki żeglugowe niż rzeki Francji. Natychmiast też zwrócił się dorządu Królestwa Polskiego z prośbą o wydanie przywileju wyłączności żeglugi parowej na rzekach: Wiśle, Narwi, Bugu, Wieprzu i Pilicy na lat 10. Władze podeszły z całą powagą do przedstawionej prośby. Przed podjęciem rozmów z zainteresowanym zwróciły się do zagranicznych towarzystw żeglugowych z prośbą o zaopiniowanie użyteczności parowców budowanych przez Guiberta. W każdym wypadku opinie były pochlebne dla firmy. Np. Towarzystwo Żeglugi Parowej na Mozeli podało, iż jest stałym odbiorcą produkcji firmy Guibert et Gache i że ono jako armator, a także i poszczególni użytkownicy parowców są z nich bardzo zadowoleni.
Upewniwszy się więc co do umiejętności Guiberta, rząd udzielił mu 4 września 1846 roku 10-letniego przywileju wyłączności. Warto zwrócić uwagę na kilka spośród praw i obowiązków obdarowywanej przywilejem firmy. Władze zastrzegały sobie, że parostatki nie mogą w żadnym wypadku utrudniać kursowania innych statków. Zgoda na zakładanie przystani i obieranie miejsc postoju - przeznaczonych dla wyłącznego użytkowania firmy - miała być każdorazowo udzielana przez administrację komunikacji w Królestwie. Istotną dla przedsiębiorcy treść zawierał artykuł VII, w którym czytamy: "Gdy przeznaczeniem paropływów jest utrzymanie regularnej żeglugi, przeto służyć mu będzie prawo wyprzedzania wszelkich innych statków i tratew..," O tym, że parowce były jeszcze zbyt niebezpiecznym wynalazkiem w opinii właścicieli innych statków, świadczy zakaz cumowania ich w pobliżu tych ostatnich. Prawa Guiberta wygasały przed ustalonym terminem w wypadku "...Gdyby uzyskujący niniejszy przywilej w przeciągu trzech lat po sobie idących, licząc od daty przywileju, nie zaprowadził na rzekach, w przywileju wymienionych, przynajmniej dwóch paropływów z odpowiednią ilością gabarów, czyli statków ładownych, i tych w ciągłym ruchu nie utrzymywał", stwierdza artykuł XII przywileju.
W listopadzie 1847 roku sprowadził Guibert na Wisłę dwa statki parowe: pasażerski Wisła i holownik Książę Warszawski.
Parowiec Wisla posiadał następujące wymiary: długość 91 stóp, 3 cale i 10 linii******; szerokość 11 stóp, 4 cale i 3 linie. Wyporność około 20 ton, a zanurzenie 17 cali. Zainstalowano na nim maszynę parową niskiego ciśnienia o mocy 24 KM. Zbudowany z blach żelaznych. Grodzie wodoszczelne zabezpieczały go w razie wypadku przed zatonięciem. Kosztował 25000 rubli srebrem. W czasie prób przeprowadzonych na Wiśle trasę trzech wiorst******* z prądem rzeki przebył w ciągu 11 minut, a pokonując przeciwności nurtu w 15 minut. Wprowadzony. celowo na mieliznę, za pomocą zręcznych manewrów, sam się z niej wydostał. Na pokładzie znajdowało się ponad 20 osób. Holownik Książę Warszawski o długości 138 stóp, 10 cali, 8 linii i szerokości 12 stóp, 7 cali i 8 linii posiadał moc 60 KM, wyporność około 30 ton, zanurzenie 19-20 cali. Kosztował 30 tys. rubli srebrem. Nowością konstrukcyjną tego parowca było to, że można go było w krótkim czasie rozmontować na dwie połowy. Miało to istotne znaczenie przy przejściach przez małe śluzy kanałowe. W czasie prób w dół rzeki przepłynął 5 wiorst w ciągu 20 minut, a holując załadowaną barkę pod prąd w ciągu 11 minut pokonał trasę 2 wiorst.
Do 1848 roku sprowadził Guibert ponadto 5 gabar, tj. statków żelaznych służących do przewozu ładunków. Większe z nich miały długość 152 stóp, szerokość 12, ładowność 1000 korców, bez obciążenia zanurzały się 6-7 cali, a z towarem 13-14. Mniejsze różniły się tym, że miały 140 stóp długości i zabierały 800 korcy ładunku. Zbudowane były z 5 oddzielnych ładowni, z których trzy większe służyły do transportu towarów, a dwie jako pomieszczenie dla obsługi i narzędzi pokładowych. Rozdzielenie ładowni wodoszczelnymi grodziami miało tę zaletę, że w razie uszkódzenia statku i powstania przecieku tylko część ładunku narażona była na zniszczenie.
Zapoczątkowaną na rzekach Królestwa przez Steinkellera i Wolickiego żeglugę parową ogół społeczeństwa, a nawet koła gospodarcze traktowały jako "nieszkodliwą zabawę". Jednakże powoli, lepiej przystosowane da warunków żeglugowych polskich rzek, statki parowe zdobywały. sobie coraz większe uznanie. Trakcja parowa otwierała przed transportem śródlądowym nowe ogromne możliwości.
2. Żegluga a kolej żelazna. Rywalizacja czy współpraca?
W odmiennej niż dotychczas sytuacji znalazła się żegluga śródlądowa z chwilą narodzin kolei żelaznej. Jej monopol przewozowy po utartych od wieków trasach wodnych uległ zachwianiu. Kolej żelazna oznaczała szybkość i możliwość rozwijania w zależności od potrzeb dowolnych kierunków transportowych. Mogła też z powodzeniem konkurować w przewozie nie tylko pasażerów i drobnicy, ale również takich ładunków typowych dla transportu wodnego, jak zboże, węgiel, sól, metale.

Na zachodzie Europy żegluga śródlądowa rywalizując z koleją o ładunki szybko się modernizowała. Systematycznie pogłębiano tory wodne, zapewniając przy tym możliwie najdłuższe odcinki bez konieczności dokonywania przeładunków. Zwiększano ładowność, szybkość i regularność kursowania statków.
We Francji, posiadającej w pierwszej połowie XIX wieku sieć kanałową o łącznej długości około 2200 km, po krótkim okresie oczarowania koleją, podjęto na mocy ustawy z 5 lipca 1879 roku budowę nowych dróg wodnych i modernizację istniejących. Głównym celem prac było możliwie pełne powiązanie z sobą krajowych szlaków śródlądowych. Państwo, główny właściciel kanałów, zniosło w 1880 roku opłaty za korzystanie.z nich. Pod koniec XIX wieku Francja posiadała 12791 km dróg śródlądowych, w tym 4805 km kanałów. Właścicielami taboru pływającego na francuskich szlakach wodnych byli prywatni armatorzy. Rząd popierał ich działalność, widząc w sprawnym funkcjonowaniu żeglugi przeciwstawienie się wszechmocnemu monopolowi kolei żelaznych. Dalekowzroczność polityki transportowej władz zabezpieczyła Francję przez częstymi w innych krajach kryzysami przewozowymi. W 1893 roku przewozy w transporcie śródlądowym wynosiły około 292 tys. ton na 1 km istniejącej sieci dróg wodnych, a w kolejowym około 347 tys. na 1 km sieci kolejowej.
Inny obrót przybrały zmagania żeglugi z koleją w Anglii. Sieć kanałów należała tam do towarzystw i prywatnych właścicieli. Mając znaczne wpływy w parlamencie dysponenci dróg wodnych przeciwstawiali się do pewnego czasu skutecznie udzielaniu przez rząd zgody na budowę kolei. Walka była interesująca. Ostatecznie wygrały ją prężne towarzystwa kolejowe, mające wsparcie kapitału przemysłowego, wykupując prywatne kanały i akcje licznych towarzystw żeglugowych. Znaczna część śródlądowych dróg wodnych wyspy zamarła. Czynne pozostały tylko te, których właściciele potrafili przestawić się na przewóz ładunków mało wartościowych, odbniżając przy tym do granic opłacalności opłaty frachtowe.
W pierwszym burzliwym okresie rozwoju transportu kolejowego znaczenie dróg wodnych w zachodniej Eurapie zmalało. Gdy jednak napór towarów zadeklarowanych do przewozu zmuszać zaczął władze kolei do zwiększania liczby torów i urządzeń stacyjnych do rozmiarów przerastających możliwości, zaczęto panownie interesowaćsię żeglugą śródlądową. Nastąpił naturalny podział ról, w którym drogom wodnym przypadł głównie transport towarów masowych, ciężkich, a dużych objętościach i nie wymagających w przewozie pośpiechu.
W Królestwie Polskim pierwszą kolej żelazną zaczęto budować w 1839 roku. Zawiązało się w tym celu Towarzystwo Drogi Żelaznej Warszawsko - Wiedeńskiej, którego dyrekcję stanowili Steinkeller i Tomasz Łubieński. W 1840 roku rozpoczęto już prace terenowe na wytyczonej trasie Warszawa - Skierniewice - Piotrków - Częstochowa - do granicy Królestwa. Towarzystwo po wydatkowaniu na podjęte roboty około 13,5 mln zł ogłosiło upadłość. Prace przejął rząd i zakończył budowę ostatecznie w 1848 roku. W latach 1861-1862 powstała Droga Żelazna Warszawsko - Bydgoska biegnąca przez Włocławek - Aleksandrów Kujawski - Toruń, a w 1865 roku 30-kilometrowa linia kolejowa Koluszki - Łódź.
Zainteresowanie społeczeństwa polskiego nowym środkiem transportu, pozwalającym pokonywać wielkie odległości w błyskawicznym na owe czasy tempie, było ogromne. Nie wynikało ono tylko z ciekawości "angielskiej nawinki" , ale także ze świadomości szans razwoju ekonomicznego i kulturalnego kraju, jakie dawała rozwinięta sieć dróg żelaznych. Dał temu wyraz Oskar Flatt, autor przewodnika żeglugi wiślanej pt. Brzegi Wisły, pisząc w 1854 roku: "Otworzenie kolei żelaznej, wiążącej Warszawę z najcelniejszymi punktami handlu i oświaty zagranicznej, bliskie już rozciągnięcie tej linii aż do Petersburga, wreszcie nieodległa przyszłość, od której spodziewać się należy nawego, jeszcze ogólniejszego rozwoju kolei żelaznych - wszystko to są pomyślne i wiele korzyści dla kraju zwiastujące okoliczności".
W Królestwie Polskim posiadającym 2392 wiorsty rzek dostępnych dla spływu i tylko około 100 wiorst sztucznych dróg wodnych kolej nie natrafiła na siną konkurencję żeglugi śródlądowej, tym bardziej że zainteresowanie władz komunikacją wodną było niewielkie. Na rzekach podejmowano w zasadzie tylko doraźne prace, ograniczające się do oczyszczania nurtu i umacniania brzegów. Zresztą za sumę okało 25000 rubli srebrem, przeznaczoną rocznie na ten cel, niewiele można było zrobić. Poprawiały nieco sytuację rabaty szarwarkawe, ale była to kropla w morzu potrzeb. Że jednak społeczeństwu nieobca była sprawa spławności rzek, świadczą liczne na ten temat wzmianki w ówczesnej prasie warszawskiej. W numerze 278 "Dziennika Warszawskiego" z 1852 roku dr Teodar Tripplin wyszedł nawet z konkretną propozycją w sprawie utrzymania spławności Wisły o każdej porze sezonu nawigacyjnego. Jego zdaniem sprawa nie była trudna, należało tylko:
1. zobowiązać mieszkańców nadbrzeżnych do utrzymywania we właściwym stanie brzegów rzeki,
2. wprowadzić co 7 wiorst dozorców, którzy wytyczaliby nurt i dbali o porządek na rzece,
3. przy każdym dozorstwie powinna być pogłębiarka z załogą dla likwidacji mielizn, wydobywania kamieni, pni i usuwania innych przeszkód hamujących żeglugę,
4. funduszów na ten cel mogłyby dostarczyć opłaty nakładane na wszystkie statki i tratwy wiślane.
Niektóre z proponowanych przez Tripplina rozwiązań doczekały się w latach następnych realizacji. Utworzono Komitet Uspławniania Wisły i Bugu, działający pod przewodnictwem J. Łaszczyńskiego. Z inicjatywy Komitetu sporządzone zostały plany prac nad poprawą spławności rzek, na Wiśle wprowadzono tzw. wytyczne, oznaczające na swoim odcinku płycizny i przeszkody zagrażające statkom, a w 1859 roku zaczął pracować pierwszy statek pogłębiarka. Budowę dalszych czterech zaplanowano w latach następnych. Kolej przejęła z łatwością znaczną część dotychczasawych ładunków rzecznych, ale nie można się zgodzić z głoszonymi często twierdzeniami, że ruch na rzekach, a szczególnie na Wiśle, zamarł. Prawda, że po roku 1843, kiedy to w Gdańsku uzyskało specjalne przywileje zboże rosyjskie przyważone koleją, zmniejszył się poważnie jego eksport Wisłą. Nie ustał jednak całkowicie. W żegludze wewnętrznej po wprowadzeniu parowców nastąpiło nawet pewne ożywienie. Szybko rozwijała się, dotychczas marginesowa, żegluga pasażerska.
Według oficjalnej statystyki rosyjskiej w latach 1859-1862 przewożono rocznie Wisłą i jej dopływami, z wyjątkiem Narwi i Bugu, średnio 1682 598 pudów******** towarów wartości 904852 rubli. Systemem Bugu i Narwi - 1701983 pudy wartości 314947 rubli. Listę przewożonych towarów, według wartości otwierały zboże i wódka, a na następnych pozycjach znalazły się drewno, sól, ryby, metale, olej i tłuszcze zwierzęce, len, siemię lniane, kamień, cukier, płótno i na końcu smoła, której wartość wynosiła zaledwie 111 rubli. Zrozumiałe, że kolejność według ilości pudów układa się nieco inaczej, a mianawicie: zboże i wódka, kamienie, sól, ryba, metale, len i siemię lniane, cukier, smoła, olej i tłuszcze. Poza tą listą pozostają drewno i płótno.
Dla parównania warto wiedzieć, że w basenie Oki przewożano w tym czasie rocznie 34532337 pudów wartości 17766789 rubli, a Wołgi 105784969 pudów wartości 82727740 rubli.
Kolej Warszawsko - Wiedeńska przewoziła w 1855 roku 5189255 pudów, w 1865 roku 29609280 pudów, a w 1885 roku - 148351648 pudów.
Warszawa była głównym odbiorcą wiślanych transportów. Kantor poboru spławnego zarejestrował przepłynięcie w 1851 r. 2207 statków z ładunkiem, w 1855 r. - 2374, a w 1860 r. - 2526. Oczywiście w tym czasie były lata większego ruchu i spadku jego natężenia. Ruch na górnej Wiśle był mniejszy niż poniżej Warszawy. W 1877 roku w Zawichoście zarejestrowano przepłynięcie 275 statków i 488 tratew z towarem wartości 1325940 rubli, w Płocku 1694 statków i 1359 tratew z ładunkiem na sumę 9987247 rubli, a w Nieszawie - 3209 statków i 2323 tratwy, przewożących ładunek wartości 11878821 rubli.
Ruch wiślany znalazł również potwierdzenie w wierszu poety Antoniego Czajkowskiego, który pisał:
Wisło! Ty niesiesz na swoim przestworze
Nasze ziarniste, pozłociste zboże,
I cynk srebrzysty, i sól, i gips biały,
Wapno i jaja, i świeże nabiały.
Te ostatnie płynęły zapewne na zaopatrzenie Warszawy, a może i innych większych miast.

Pod koniec XIX wieku ożywił się spław drewna, wahając się w granicach miliona metrów sześciennych rocznie. Z rejestrów komory celnej w Nieszawie wynika, że w 1889 raku wywieziono z Królestwa Wisłą 2297000 pudów zboża, a rok później 1684000 pudów. Komora w Pyzdrach koło Konina zarejestrowała również eksport zboża Wartą do Szczecina. W tych samych jak wyżej latach popłynęło tędy 375015 i 157360 pudów.
W drugiej połowie XIX wieku na rzekach Królestwa nadal pływały statki handlowe według wzorców z poprzedniego okresu, choć wśród nich jest już coraz więcej galarów i barek doskonalszych pod względem techniki budowy i eksploatacji.
Ożywcze elementy do żeglugi w Królestwie wniosły parowce, choć pierwsze sezony żeglugi parowej organizowanej przez E. Guiberta nie wróżyły nic dobrego. Wobec niepomyślnych rezultatów ekonomicznych zamierzał się on nawet wycofać z całego przedsięwzięcia. Zanosiło się na to, że i tym razem żegluga nie zdoła stawić czoła licznym przeciwnościom i umrze w okresie swego niemawięctwa.
W tym trudnym momencie w sukurs Guibertowi przyszli krajowi posiadacze kapitału, na czele z Andrzejem hrabią Zamoyskim. Do porozumienia między stronami w sprawie dalszego prowadzenia przedsiębiorstwa żeglugi parowej doszło 27 kwietnia 1848 roku. Wtedy to przed pisarzem aktowym Królestwa Polskiego JÓzefem Noskowskim zawarto spółkę handlową pod nazwą "Andrzej hrabia Zamoyski i Spółka". Głównym administratorem został A. Zamoyski, a kierownikiem technicznym E. Guibert. Wkrótce przystąpili formalnie do niej jeszcze: Adam Potocki, Kazimierz Zyberg-Plater, Jan Zamoyski, August Zamoyski i Piotr Mężeński. Na siedzibę Spółki obrano pałac A. Zamoyskiego w Warszawie pod numerem 1245. Zainteresowanych powiadomiono o tym wydarzeniu w warszawskich gazetach, a na miejscu informowała tablica z napisem: Biuro Głównego Zarządu Żeglugi Parowej.
Zamierzeniem powstałego przedsiębiorstwa było organizawanie i utrzymywanie flotylli parowej na rzekach Królestwa Polskiego - Wiśle, Narwi, Bugu i Pilicy, w celu przewożenia pasażerów i holowania wszelkiego rodzaju statków towarowych, należących do Spółki i obcych. O dochodach w tych pierwszych latach wspólnicy nawet nie myśleli. Przedsiębiorstwo dopiero się organizowało i pochłaniało caraz to nowe kapitały. Rok 1853 zamknięto już następującym stanem posiadania: 9 parawców, 20 gabar, 3 embarkadery, tj. pływające przystanie, warsztaty reperacji i budowy statków na Solcu oraz inne sprzęty i zapasy. Wszystko to miało wartość 494310 rs. i 761/2 kapiejki. W tym 223070 rs. i 371/2 k. stanowił wkład wspólników, reszta zaś, tzn. 271231 rs. i 29 k. należała do A. Zamayskiego.
Parowa flotylla dzieliła się na dwie grupy:
A - 7 statków przewozowych i holowników,
B - 2 statki pasażerskie.
Parowce grupy A odgrywały w przedsiębiorstwie zasadniczą rolę. Część z nich zajmawała się wyłącznie holowaniem innych statków, niektóre zaś spełniały trojakie zadania: zabierały do swych obszernych ładawni towar, holowały gabary i berlinki oraz przewoziły niewielką liczbę pasażerów. Grupę tę tworzyły parowce noszące nazwy: Wisła (32 KM), Książę Warszawski (60 KM), Kopernik (60 KM), Kraków (32 KM), Praga (100 KM), Kazimierz (14 KM) i Sandomierz (32 KM). Dwa pierwsze poznaliśmy już wcześniej. Pozostałe zbudowane zostały w Królestwie, z tym że kadłuby statków Kopernik, Kraków i Praga - w Stoczni Bankowej na Solcu, a Kazimierza i Sandomierza w stoczni Spółki, wybudowanej na nabytych przez Zamoyskiego posesjach nr 2938, 2948, 3001 przy ul. Czerniakowskiej. Maszyny parowe sprowadzano z Francji i na miejscu montowano na polskich kadłubach żelaznych. Miały one długość w granicach 66-90 łokci. szerokość 6 1/4 - 9 łokci i głębokość 3 1/4 - 3 1/2 łokcia. Maszyny umieszczano w środkowej części statku. Wyjątek stanowił pod tym względem parowiec Kazimierz zbudowany na wzór żelaznej gabary, na którym maszynę umieszczono na rufie. W pobliżu maszyn lokowano kajutę maszynisty i palaczy oraz ładownie na węgiel i drewno. Na rufie znajdowała się obszerna kajuta kapitańska, a na dziobie pomieszczenie dla marynarzy.
W grupie tej pozostawały również gabary. Posiadały one numeracje od 1 do 20 oraz bardzo wdzięczne nazwy: Róża, Aniela, Zofia, Cecylia, Anna Teresa, Karolina, Jadwiga, Aleksandra, Amelia, Idalia, Pelagia, Izabella, Maria, Józefa, Elfryda, Eliza, Celina, Wanda i Konstancja. Na każdej gabarze znajdowały się dwa pomieszczenia dla marynarzy. Ładownie były zakrywane drewnianym dachem, na który rozciągano jeszcze płótno smołowane, chroniące przed przeciekami. Koszty usług przewozowych świadczonych przez Spółkę kształtowały się różnie. Im dłuższa była trasa frachtu, większy ładunek i realniejsza szansa zdobycia frachtu powrotnego, tym były one niższe. Przykładowo za przewiezienie korca zboża z Warszawy do Gdańska Spółka pobierała 45 kopiejek srebrem, z Puław 50 k., a z Płocka 37 1/2 k.
Chcąc dopomóc producentom zboża w jego sprzedaży, a tym samym ożywić jeszcze bardziej handel wewnętrzny i zagraniczny, Spółka zorganizowała Biuro Komisowe. Zadaniem jego było dostarczanie producentom korzystającym z usług Spółki funduszów na wszelkie koszty transportu i sprzedaży tak w Królestwie, jak i za granicą. Wysokość udzielanych pożyczek nie przekraczała 2/3 wartości przewożonego zboża. Pożyczkobiorcy płacili odsetki wysokości 1/2% w stosunku miesięcznym. Biuro przyjmowało też zlecenia na fracht łącznie ze sprzedażą zboża w kraju i za granicą. W umowie takiej Spółka gwarantowała klientowi najwyższą cenę zboża, jaka obowiązywała na miejscu przeznaczenia w ciągu czterech tygodni od zakończenia transportu.
Spółka podjęła się również, na zlecenie Komisji Rządowej Przychodów i Skarbu, transportu drewna opałowego z lasów płockich na zaopatrzenie Warszawy. Kontrakt ten zdołała tylko częściowo zrealizować, a to ze względu na częste przerwy w żegludze, powodowane okresami suszy i niskiej wody w Wiśle.
W grupie B flotyllę pasażerską stanowiły statki: Płock (40 KM) i Włocławek (40 KM), oba zbudowane w stoczni Spółki. Do nich należało obsługiwanie linii Warszawa - Ciechocinek. Brak miejscowych fachowców zmusił kierownictwo Spółki do zatrudnienia na stanowiskach kapitanów i mechaników - maszynistów obcokrajowców, głównie Francuzów. Obciążenie finansowe przedsiębiorstwa z tego tytułu było duże. Zaczęto więc przysposabiać do tego zawodu Polaków - najczęściej absolwentów Gimnazjum Realnego w Warszawie.
W końcu 1853 roku z udziału w przedsiębiorstwie zrezygnował E. Guibert, zaniepokojony rosnącymi kosztami przedsiębiorstwa i brakiem, jego zdaniem, widoków na zyski. Pozostali udziałowcy zawarli nową umowę, którą 18 lutego 1854 roku podpisali: Andrzej Zamoyski, K. Zyberg-Plater (w jego imieniu podpis złożył Andrzej Zamoyski), August Zamoyski, Adam Potocki (w jego imieniu podpisał August Zamoyski), Jan Zamoyski (z upoważnienia podpis złożył Ludwik Malhomne), Piotr Mężeński (w jego imieniu syn Rudolf) oraz Leopold Kronenberg. Teren działania Spółki postanowiono, jeśli zajdzie taka potrzeba, rozszerzyć na rzeki krajów sąsiadujących z Królestwem. Kapitał zakładowy podniesiono do 564000 r.s. Wkład poszczególnych wspólników wynosił:
Andrzej Zamoyski - 150000 r.s.
Adam Potocki - 64500 r.s.
Leopold Kronenberg - 22500 r.s.
an Zamoyski - 15000 r.s.
August Zamoyski - 15000 r.s.
Kazimierz Zyberg-Plater - 7500 r.s.
Piotr Mężeński - 7500 r.s.
Na pozostałe 282000 rubli wydrukowano 376 biletów obligacyjnych, które rozprowadzał Andrzej Zamoyski. Każdy posiadacz 20 obligacji mógł przystąpić do Spółki - jako wspólnik komandytowy*********. Administrator przedsiębiorstwa zapewniał wspólnikom komandytowym stały dochód w wysokośoi 4% od 100, a inmym posiadaczom obligacji 5% od 100 rocznie. Odsetki płatne były 2-15 marca każdego roku. Paragraf 12 umowy zapewniał, że corocznie 1 marca odbywać się miały ogólne posiedzenia wspólników dla zapoznania ze stanem finansowym przedsiębiorstwa. Paragraf 13 regulował sposoby rozstrzygania sporów: "W razie zajść mogących między wspólnikami sporów rozpoznanie ich poddają strony pod Sąd polubowny wybranych przyjaciół, mający sądzić mocą ostatniej instancji bez żadnego dalszego odwołania". Spółka zachowywała dotychczasową nazwę, a pkt 3 umowy stwierdzał, że: "Głównym i wyłącznym Administratorem współki będzie jak dotąd Andrzej hrabia Zamoyski; inni wspólnicy, jako tylko komandytowi do zarządu mieszać się nie mogą, jak to z przepisów prawa o tego rodzaju współkach wynika".
Wkrótce wypuszczono jeszcze drugą serię biletów obligacyjnych na sumę 84000 r.s. Najwięcej biletów tej serii obligacji wykupił Ignacy Zawistowski (15 tys. r.s.) i został przyjęty jaka wspólnik kamandytowy.
Rząd Królestwa daceniając korzyści, jakie przynosiło gospodarce krajowej działanie Spółki, przedłużył jej przywilej wyłączności na dalsze 10 lat, licząc od 4 września 1856 roku. Przedsiębiorstwo rozrastało się nieprzerwanie. Do 1859 raku tabor pływający zwiększył się o 2 gabary i parawce Pilica i Narew po 40 KM każdy oraz Andrzej (60 KM). Dwa pierwsze parowce otrzymały maszyny produkcji francuskiej, Andrzej zaś został całkowicie zbudowany we własnej stoczni. Kierownikiem ogólnym budowy statku był inżynier Piotr Pietraszkiewicz, a maszynę parawą systemu Watta (ulepszoną) zbudowano pod nadzorem inżyniera Gatiena Leroux. Chrzest statku odbył się 8 października 1856 roku.
Stocznia spółki była wówczas jednym z najnowocześniejszych zakładów przemysłowych w Warszawie. Pod względem wyposażenia równać się mogła z innymi europejskimi firmami tego typu. Pasiadała warsztaty: montowania kadłubów, ślusarskie, kowalskie, kotlarskie i mechaniczne. Magazyny: żelaza, drewna budowlanego, lin i zapasów różnych. Budynek dla administracji oraz mieszkalny dla służby warsztatowej. Zakład dysponował 14-konną maszyną parową, młotem parowym 1500-kilogramowym, maszyną do toczenia walców, heblarnią, gwintownicą i innymi drobniejszymi urządzeniami i maszynami; wartość parku maszynowego przekraczała 56 tys. r.s. Pracownicy podzieleni byli na dwa oddziały: techniczny i administracyjny. Oddział techniczny tworzyły: sekcja mechaniczna kierowana przez mechanika i sekcja konstrukcyjna z inżynierem odpowiedzialnym za jej prace. Oddziałem administracyjnym kierował kontroler warsztatów. Całością - dyrektor żeglugi Antoni Barciński, były profesor matematyki w warszawskim gimnazjum realnym. Roczna wartość produkcji w 1859 roku osiągnęła 111000 r.s. Ubocznie zajmowano się też produkcją kotłów gorzelnianych, magli, zamierzano też rozpocząć produkcję wagonów towarowych.
Spółka administrowana przez Zamoyskiego stała się szybko poważnym przewoźnikiem. W 1852 roku jej statki przewiozły około 73 tys. czetwierti********** zboża i innych towarów, 32 tys. kłód drewna i 8000 pasażerów. W 1856 roku ze względu na niską wodę na Wiśle transport towarów zmniejszył się, pasażerski zaś wzrósł do 27186 ludzi. Kolej Warszawsko - Wiedeńska przewiozła w 1855 roku 326 tys. pasażerów, a żegluga parowa 40 tys. W ogóle żegluga pasażerska rozwijała się znacznie szybciej niż towarowa. Na trasie Warszawa - Ciechocinek panował ożywiony ruch pasażerski, obsługiwany przez regularną linię. O. Flatt w cytowanym już przewodniku żeglugi wysoko podnosił rolę parowców w rozwoju turystyki: "Wycieczki wodne, rzec można, że dotąd wcale nie istniały, zwiedzanie brzegów rzek krajowych z tysięcznymi połączone było trudnościami. Dopiero statek parowy je usunął: czy chcesz Płock, czy Włocławek, czy do skutecznych ciechocińskich wód się przejechać, czy wreszcie oczy tylko lubem Wisły popieścić wybrzeżem - zręczny i z całym komfortem angielskim urządzony parostatek czeka cię w każdej chwili w przystani".

Podróż parowcem z Warszawy do Płocka czy Ciechocinka 100 lat temu zabierała niewiele więcej czasu niż obecnie. Zgodnie z obowiązującym w 1854 roku rozkładem rejsów statek wypływający z Warszawy o godz. 6.00 do przystani w Płocku zawijał między godziną 12.00 a 13.00, do Ciechocinka zaś około 17.00 w tym samym dniu. Rejsy powrotne trwały dłużej. Z Płocka wypływał statek o godz. 8.30, a do portu w Warszawie przybywał między godz. 18.30 a 19.30.
Ceny biletów były wysokie. Brak konkurencyjnego przewoźnika umożliwiał Spółce utrzymywanie ich przez dłuższy czas na nie zmienionym poziomie. Amatorów wiślanych rejsów było więcej, niż mogły pomieścić statki.
Za przejazd z Warszawy do: Wyszogrodu w kl. I płacono 1,65 r.s.; kl. II - 1,05 r.s.; Płocka - 2,70r.s. i 1,80 r.s.; Włocławka - 3,15 r.s. i 2,55 r.s.; Ciechocinka - 4,50 r.s. i 3,15 r.s. Dzieci do lat 10 korzystały z 50% zniżki. Podróżni I kI. mogli zabrać 50 funtów bagażu, a II kI. tylko 30 funtów. Za bagaż ponad ustaloną wagę pobierano dodatkowe opłaty. W tym samym czasie przejechanie 1 mili, tj. około 7,5 km, koleją kosztowało pasażerów I klasy 6-8 kopiejek***********, II klasy 4 1/2 - 6 3/4 kopiejki, III klasy - 3 - 4 1/2 kopiejki i klasy IV w wagonach otwartych bez dachu 2-3 kapiejek. Płynących statkiem obowiązywał regulamin, zgodnie z którym "w kajutach osobowych nie wolno palić fajek ani cygar". Ten wymóg podyktowany był koniecznaścią utrzymania pomieszczeń osabowych w czystości, zabezpieczenia przed zaprószeniem ognia oraz "przez paszanowanie należące się damom". Regulamin zabraniał pasażerom klasy II przebywania na rufie statku przeznaczanej wyłącznie dla pasażerów kI. I. Od nie stosujących się do tego kontrolerzy pobierali dopłaty. Podróżni mieli zapewnioną pełną wygodę i nie przesadza Flatt pisząc, że nawet komfort jazdy. Na pokładzie wzdłuż burt umieszczane były ławki dla pasażerów chcących korzystać ze świeżego powietrza lub też zapalić fajkę. Część przeznaczona na klasę I posiadała ceratowy daszek. Kajuty obu klas były czyste i gustownie urządzone. Klasa II miała jedną kajutę wyposażoną w twarde ławki i stoliki, I klasa zaś oddzielnie jadalnię, salon i buduar dla dam - wszystka z wyściełanymi meblami. Pomieszczenia tej klasy przyozdobione były obrazami Ceglińskiego, Gersona i Kostrzewskiego specjalnie w tym celu malowanymi. Na statkach urządzone były restauracje, wydające ciepłe i zimne posiłki po cenach zatwierdzonych przez policję. Konsumentom przygrywała orkiestra. Prowadzący usługi restauracyjne na statkach nie wnosili żadnych z tego tytułu opłat do kasy Spółki. Jedynie kontrolerzy mieli obawiązek karać personel restauracji, aż do usunięcia z pracy włącznie, w wypadku stwierdzenia słuszności skarg klientów.
Dzisiejszy pasażer żeglugi śródlądowej choć nie narzeka zbytnio - bo szczęśliwy, że udało mu się zdobyć miejsce na statku - to jednak z odrobiną zazdrości myśli o pradziadach korzystających z usług pana Andrzeja hrabiego Zamoyskiego i Spółki.
Chętnych do odbycia podróży parowcem, a także tych, których kupiecki interes skłaniał do powierzenia frachtu Spółce, było ciągle ponad jej możliwości przewozowe. Zaszła więc koniecznaść zdobycia nowych funduszów na powiększenie flotylli parowej, rozbudowę stoczni i zakładów pomocniczych. Już w 1859 roku Leopold Kronenberg proponował zmiany w organizacji przedsiębiorstwa, umożliwiające jego szybszy rozwój. Nie zostały one jednak przyjęte.
Dopiero 1 lutego 1861 roku aktem spisanym przed Stanisławem Jasińskim, rejentem Kancelarii Ziemiańskiej, dotychczasową spółkę komandytową zmieniono na akcyjną. Nabywcy 6000 akcji sturublowych mieli prawo zasiadać na Zebraniu Ogólnym Akcjonariuszy, wybierającym Radę Nadzarczą, złożoną z trzech akcjonariuszy, dla stałej kontroli zarządu w przedmiocie właściwego wykorzystania funduszów i ścisłego przestrzegania przepisów. Do chwili rozprzedania najmniej 500 akcji obowiązki i uprawnienia Rady Nadzorczej, zgodnie z art. IX umawy z 1 lutego 1861 roku, zastrzegali sobie wspólnicy komandytowi. Decyzja ta sprawiła, że pierwsze wybory do Rady odbyły się dopiero 15 czerwca 1861 roku. Bez zmiany pozostała nazwa Spółki i osoba wspólnika firmującego. Rada Nadzorcza dysponowała również funduszem rezerwowym w wysokości 300000 r.s., na którą to sumę składały się zadeklarowane następujące udziały:
Andrzej Zamoyski - 208850 r.s.
Adam Potocki - 45650 r.s.
Leopold Kronenberg - 17600 r.s.
Jan Zamoyski - 12000 r.s.
August Zamoyski - 12000 r.s.
Kazimierz Zyberg-Plater - 3900 r.s.
Wymienieni przekazali sumę tę na rzecz funduszu rezerwowego bezzwrotnie z wyjątkiem wypadków: "a) Jeżeliby z dochodów przedsiębiorstwa, po zaspokojeniu 5 procentów od kapitału nakładowego, okazała się przewyżka; b) jeżeliby likwidacja majątku spółkowego miała miejsce; w każdym zaś razie zrzekając się procentu od ustąpionej temu funduszowi sumy", co potwierdzone zostało w sprawozdaniu Spółki za rok 1861, przedłożonym 26 kwietnia 1862 roku nadzwyczajnemu zebraniu akcjonariuszy, które obradowało pod przewodnictwem członka Rady Nadzorczej L. Kronenberga. Oprócz wymienionego członkami Rady na rok 1862 byli: W. Łaski i A. Rawicz, a zastępcami X. Schlenker, L. Goldstand i T. Fukier.
W chwili reorganizacji przedsiębiorstwo było w posiadaniu:
1. flotylli złożonej z 6 parowców pasażerskich, 7 holowników, 41 gabar i 12 pływających przystani,
2. warsztatów stoczniowych na Solcu,
3. około 1/3 odlewni mosiądzu i żelaza pod firmą "Konstanty Rudzki i Spółka" i 1/3 fabryki maszyn i narzędzi rolniczych "Kazimierz Kropiwnicki i Spółka".
Wartość całego majątku osiągnęła 1373320r.s. i 18 k. W 1861 roku, mimo nieprzerwanie utrzymującego się od lipca do października niskiego stanu wody, wpływy żeglugi parowej Spółki wynosiły:
za przewóz pasażerów - 46744r.s. 95k.
za przewóz towarów - 103953r.s 91k.
za inne bliżej nie określone w sprawozdaniu przewozy - 434r.s. 91k.
ogółem - 151133r.s. 77k.
W tym samym okresie wydatkowano na utrzymanie flotylli parowej - 128080 r.s. i 44 1/2 k. Po rozliczeniu kosztów czysty dochód wynosił 23053 r.s. 32 1/2 k. Znaczne korzyści przynosiły przedsiębiorstwu warsztaty stoczniowe. Za budowę różnych maszyn parowych, kotłów, sikawek strażackich i innych urządzeń dla cukrowni, młynów i tartaków, remonty statków i budowę gabar uzyskały czystego dochodu 40933 r.s. 85 1/2 k.
Rok 1862 był pomyślniejszy dla żeglugi parowej. Tylko do 20 września wpływy wynosiły:
z tytułu przewozu pasażerów - 37195r.s. 66 1/2k.
z tytułu przewozu towarów - 104445r.s. 44 1/2 k.
z tytułu innych przewozów - 388r.s. 34 1/2 k.
ogółem - 142029r.s. 45 1/2 k.
Wkraczając w rok 1862 Spółka przeprowadziła modernizację taboru pływającego. Wycofano stary parowiec Książę Warszawski oraz przerobioną na parowiec gabarę Kazimierz. Na to miejsce wprowadzono trzy nowoczesne statki - pasażerski Niemen 40 KM oraz holowniki Warszawa i Gdańsk, oba wyposażone w maszyny o mocy 60 KM. Liczbę gabar zwiększono do 48.
Warsztaty stoczniowe zaczęły przyjmować również zamówienia zagraniczne. Jednakże brak doświadczenia powodował, że niektóre z usług świadczonych zagranicznym kontrahentom kończyły się dla Spółki niepomyślnie. W kwietniu 1862 roku przed notariuszem lwowskim p. Dulembą zawarty został kontrakt pomiędzy Galicyjskim Tawarzystwem Żeglugi Parawej na Dniestrze a Andrzejem Zamoyskim na budowę parowca o mocy 40 KM i 6 gabar żelaznych. Punkt VII umawy przewidywał wykonanie zamówienia najpóźniej do 4 kwietnia 1863 roku. Za każdy tydzień zwłoki, licząc od 1 maja 1863 roku, wykanawca zamówienia miał płacić Tawarzystwu 500r.s. Tymczasem dopiero jesienią 1862 roku, na prośbę Towarzystwa p. Oczkowski, specjalista zatrudniony przez Zamoyskiego, dokonał pomiaru głębokaści i badań dna Dniestru. Jego orzeczenie brzmiało: bez regulacji rzeki żegluga parowa jest niemożliwa. Galicjanie paminęli to milczeniem, a warsztaty na Solcu po informacji Oczkowskiego stwierdzającej kamienistość rzeki wprowadziły dodatkowe wzmocnienie dna w budowanych jednostkach. Nic więc dziwnego, że wykonanie zamówienia przedłużyło się nieco. Nie uwzględniając tego, kontrahent żądał wypłacenia kary umownej i rozpętał w gazetach galicyjskich wrzawę przeciwko Zamoyskiemu i Spółce.
Na terenie Galicji przedsiębiorstwo Zamoyskiego świadczyło również usługi przewozowe. Historia ich zaczęła się jeszcze w 1850 roku, kiedy to wprowadzono pierwsze parowce i gabary na San. Zachwycone tym faktem c.k. Galicyjskie Towarzystwo Gospodarcze odbiło na cześć Zamoyskiego medal pamiątkowy. Jedna strona medalu przedstawiała wizerunek A. Zamoyskiego i napis: "C. K. Galicyjskie Towarzystwo Gospodarcze Jędrzejowi Zamoyskiemu za pierwsze wypłynięcie w górę Wisły, Dunajca i Sanu MDCCCL", druga - Kraków, parowiec i sieć rzek polskich.
Nieporozumienie na tle budowy statków dniestrzańskich nie wpłynęło na rozwój usług przewozowych świadczonych obywatelom galicyjskim. Jeśli nie rozwijały się one zbyt dynamicznie, to tylko dlatego, że Spółka nie dysponowała dostateczną liczbą parowców i gabar. W 1862 roku np. Spółka otrzymywała już zamówienlia na fracht w latach następnych. Do jesieni tegoż roku cała moc przewozowa, jaką dysponować mogło przedsiębiorstwo w 1863 roku, została już zarezerwowana.
Kiedy na życzenie społeczeństwa rozszerzono regularne rejsy parowców pasażerskich na trasę Warszawa - Puławy, Spółka przeżywała pełnię rozkwitu. Wydawało się, że nic już nie zdoła zahamawać jej rozwoju. Stało się jednak inaczej. Powstanie styczniowe i represje popowstaniowe zachwiały padstawami ekanamicznymi przedsiębiorstwa. Rosły zobowiązania dłużnicze. Straty osiągnęły zawrotną sumę okało miliona rubli. Główny administrator Spółki Andrzej Zamoyski, zmuszony względami politycznymi, opuścił kraj. Siłą rozpędu żegluga parawa Spółki działała jeszcze do 1870 raku. Kierował nią Barciński, a od roku 1866 Maurycy Fajans. W 1871 roku przeprowadzono farmalną likwidację Spółki. Część tabaru sprzedano armatorom rosyjskim, pozostałe 3 parawce i 20 gabar zakupił na zasadach publicznego przetargu za sumę 55 tysięcy rubli Fajans.
Trzy parawce: Wisła, Sandomierz i Narew dały początek "Towarzystwu Żeglugi Parowej M. Fajansa", które dzięki zaprowadzeniu sprężystej administracji rozrasło się i aż do I wojny światawej utrzymało prymat wśród przewaźników na rzekach Królestwa Polskiego. Zarząd Towarzystwa mieścił się w Warszawie przy ul. Trębackiej 9. Do roku 1880 regularna żegluga pasażerska utrzymywana była tylko na trasie Warszawa - Płack, i to jednym statkiem. Z Warszawy wypływał on w paniedziałek, środę i piątek o godz. 8.00, do Płocka docierał około godz. 16.00-16.30. Rejsy powrotne odbywał we wtorki, czwartki i soboty. Niedziela zarezerwowana była na spacery po Wiśle w kierunku Jabłonny. Dopiero po upływie 10 lat działalności zdołał Fajans wznowić regularną żeglugę na odcinku Płock - Włocławek. Wkrótce rejsy te zostały zawieszone ze względu na konkurencyjną działalność nadwiślańskiej kolei żelaznej, oferującej transport szybszy i tańszy.
Ceny biletów pasażerskich i taryfa opłat towarowych, ustalone przez A. Zamoyskiego, utrzymywały się bez zmian do 1885 roku. Stosunkowo wysokie ceny usług świadczonych przez Fajansa sprawiły, że w transporcie towarów częściej zaczęto korzystać z barek, berlinek i innych statków bez własnego napędu. Parowce największe powodzenie miały w okresach niskiego stanu wody w rzece, gdy właściciele innych statków nie gwarantowali terminowych przewozów.

W 1882 roku Fajans przestał być jedynym przewoźnikiem rzecznym dysponującym parowcami. Działalność konkurencyjną rozpoczęło wówczas Towarzystwo Akcyjne Cukrowni "Leonów", które zakupiwszy w Gdańsku stary parowiec nazwany tak jak cukrownia - Leonów, używało go do holowania gabar z cukrem i burakami dostarczanymi przez nadwiślańskich plantatorów. Próbowano też przewozu pasażerów między Płockiem a Włocławkiem. Nie była to jednak żegluga regularna. W sezonie cukrowniczym przerywano ją, ponieważ statek miał moc przewozów towarowych.
Okresowe rejsy pasażerskie parowca Leonów nasunęły braciom Ciechanowskim, zamieszkałym we Włocławku, myśl zorganizowania stałej linii pasażerskiej Włocławek - Płock. W tym celu założyli przedsiębiorstwo przewozowe pod nazwą"Spółka Włocławska". Początkowo dysponowali tylko parowcem Włocławek - zakupionym w zakładach F. Schihau w Elblągu. Wkrótce zakupili jeszcze Kujawiak w Elblągu i Ciechocinek w Gdańsku. Ten ostatni, ze względu na zbyt duże rozmiary, po kilku próbnych rejsach sprzedano na powrót do Gdańska. W 1885 roku Towarzystwo Akcyjne Cukrowni "Leonów" pozazdrościło sukcesów "Spółce Włocławskiej" i zakupiło w gdańskiej stoczni Klavitera dwa duże parowce Trytan i Neptun. Pierwszy z nich był statkiem pasażersko - towarowym. Natomiast Neptun (pierwszy parowiec na Wiśle z kołem łopatkowym umieszczonym w części rufowej) służyć miał wyłącznie do holowania gabar. Jednocześnie Towarzystwo wycofało parowiec Leonów. Po zdjęciu maszyn i innych urządzeń kadłub tego statku używano w charakterze gabary. Tych ostatnich posiadała cukrownia 5.
W 1885 roku odbywał na Wiśle próbne rejsy parowiec Syrena, własność "Spółki Wochartz i Jaworski", jednakże ze względu na zbyt duże zanurzenie jego eksploatacja na środkowej Wiśle okazała się niemożliwa. Sprzedano go przedsiębiorstwu pruskiemu obsługującemu dolny bieg rzeki.
Efemeryczną działalność na Wiśle podjął w tym samym czasie również parowiec Radziwiak, wykonując krótkie rejsy holownicze oraz spacerowe w kierunku Bielan. Zimą utrzymywał komunikację między dwoma brzegami Wisły pod Płockiem.
Administracja komunikacji w Królestwie dysponowała pierwszym na naszych rzekach parowcem śrubowym, noszącym nazwę Wisla. Po odesłaniu go do Rosji jego miejsce zajął parowiec inspekcyjny Warszawa, wybudowany w zakładach mechanicznych w Briańsku. Dla uczczenia wizyty szacha perskiego w Warszawie nazwę tego statku zmieniono na Nasr-ed-Szach.
W 1884 roku Fajans wznowił budowę statków parowych w dawnych warsztatach stoczniowych A. Zamoyskiego na Solcu. Na przełomie XIX i XX wieku wybudował w nich dwa nowoczesne parowce: Kraków i Wawel, z krytymi pokładami i oświetleniem elektrycznym.

Pojawienie się na rzekach Królestwa statków konkurencyjnych zmusiło Fajansa do obniżenia, po raz pierwszy od 36 lat, opłat za przewozy pasażerskie. Nowa cena biletów za przejazd z Warszawy do Płocka w klasie I wynosiła 1r.s. 50 k., w klasie II - 1r.:s. Była to bez mała 50% obniżka. Firma Stanisława Górnickiego z Zakroczymia nad Wisłą, powyżej ujścia Narwi, eksploatująca na tej samej trasie statek Mazur, zakupiony w zakładach Schihau w Elblągu, nie chcąc stracić pasażerów, zaczęła pobierać opłaty jeszcze niższe niż na statkach Fajansa. Walka o klientelę nabierała coraz mocniejszych rumieńców. Ostateczny ruch w tej rozgrywce należał do doświadczonego i najsilniejszego ekonomicznie Fajansa, który ku zadowoleniu pasażerów obniżył opłaty za przejazd na wspomnianej trasie kI. II do 30 kopiejek.
W konsekwencji kolejnych obniżek opłat ruch pasażerski na Wiśle bardzo się zwiększył. W 1879 roku np. z Warszawy do Płocka i z powrotem statki przewiozły:
w kl. I - 4564
w kI. II - 10484
ogółem - 15048 pasażerów
Dziewięć lat później w 1888 roku:
w kl. I - 19799
w kI. II - 91185
ogółem - 110984 pasażerów
Był to prawie siedmiokrotny wzrost w stosunku do 1879 roku. Znaczny ruch odbywał się również na linii Płock - Włocławek; w 1888 roku statki przewiozły w obu klasach 24020 osób.
W stosunku do ruchu pasażerskiego transport towarów parowcami był nieznaczny i mimo częstych ogłoszeń w gazetach warszawskich, reklamujących tego typu usługi, nie wykazywał tendencji zwyżkowych. Ostatecznie zmusiło to armatorów do obniżenia opłat również w transporcie towarowym. Reakcja kupców hurtowników była natychmiastowa. Właściciele barek, berlinek i gabar, mimo że oferowali usługi tańsze, to jednak nie wytrzymali konkurencji z parowcami. Zdecydowała znacznie większa szybkość, jaką dysponowała żegluga parowa. W latach 1898-1901 walka konkurencyjna między wiślanymi przewoźnikami jeszcze bardziej się zaostrzyła. Pojawili się nowi indywidualni armatorzy oraz towarzystwo żeglugowe - "Merkury". Przez pewien czas zanosiło się nawet na kolejną obniżkę opłat za usługi w transporcie. Ostatecznie jednak właściciele statków porozumieli się w sprawie utrzymania dotychczasowych stawek.
Ostra walka kankurencyjna tocząca się pomiędzy oferującymi usługi transportowe na Wiśle poniżej Warszawy spowodowała, że niektórzy armatorzy próbowali rozszerzyć pole swego działania na Wisłę od Warszawy do granicy austriackiej i na inne rzeki Królestwa.
Fajans uruchomił linię Puławy - Sandomierz. Było to bardzo chytrze pomyślane. Do Puław kursowała kolej żelazna, a dalej w kierunku Sandomierza przejmowały część jej pasażerów statki. Ten sam przewoźnik próbował również zorganizować żeglugę parową na Narwi między Nowym Dworem a Pułtuskiem. Jednakże niski stan wody utrzymujący się na tej rzece przez prawie cały okres nawigacyjny spowodował, że po pierwszych próbnych rejsach dalszych zaniechano. Podobnym rezultatem zakończyły się próby na Pilicy.
Dwaj kupcy włocławscy - Gostyński i Lewtow - udziałowcy "Spółki Włocławskiej" zakupili w 1889 roku w Elblągu parowiec Nowa Praga i skierowali go do eksploatacji, początkowo na trasie Warszawa - Magnuszew, a po niepomyślnych doświadczeniach kontynuowali żeglugę tylko do Mniszewa. Linia ta miała duże powodzenie. W 1903 roku obsługiwały ją regularnie dwa parowce.
Zegluga parowa po Wiśle pod koniec XIX wieku odnosiła poważne sukcesy. W 1890 roku w ciągłej eksploatacji na Wiśle znajdowały się 24 parowce. Społeczeństwo interesowało się żywo dalszym jej rozwojem. Na temat żeglugi powstały nawet utwory poetyckie. Publicysta i literat Andrzej Niemojewski wrażeniom rekreacyjnej podróży parowcem poświęcił wiersz Majówka. Warto chyba choć w części go tu przytoczyć:
Jak pułkownicy parowcem kołem
Wzlatują, sprawując szyki;
Widny pióropusz dymu nad czołem,
W noc drżą tam iskry - kamyki.
Kręcą się łódki jak adiutanci,
Na pokład zdąża kapela.
Marsz pejsaci tną muzykanci,
Wpadam w konwulsje wesela!
"Dokąd ruszamy?" - "Do Płocka, panie!"
"Zgoda!" - Parowiec jak jeleń
Strzela nad wody, słyszę pluskanie,
Po brzegach miga drzew zieleń.
Społeczeństwo rozumiało potrzebę rozwijania żeglugi, poeci pisali entuzjastyczne, czasem żartobliwe wiersze, przedsiębiorcy poświęcili dla tej sprawy swoje fortuny (A. Zamoyski), a rząd carski nie interesował się prawie wcale tym istotnym problemem gospodarczym. Wisła i inne rzeki swą żeglownością daleko odbiegały od rzek zachodniej Europy. Nic więc dziwnego, że i ruch na nich był znacznie mniejszy niż na tamtych rzekach.
W roku 1905 Królestwo Polskie posiadało 4300 wiorst żeglownych dróg wodnych, w tym dla żeglugi w górę i w dół rzek 2944 wiorsty i tylko dla żeglugi spławnej 107 wiorst. Spławnych wyłącznie dla drewna w tratwach było 1259 wiorst. Na 1000 wiorst kwadratowych powierzchni Królestwa przypadało dróg wodnych 38,5 wiorsty, kolei - 28,3 wiorsty i dróg bitych 73 wiorsty. Najwięcej komunikacyjnych szlaków wodnych posiadała gubernia łomżyńska - 60,5 wiorsty na 1000 wiorst kwadratowych powierzchni, siedlecka 49,8 i radomska 48,9. Najmniej gubernia piotrkowska: 18,8. Ta ostatnia przodowała za to pod względem sieci kolejowej - 57,1 wiorsty na 1000 wiorst kwadratowych powierzchni. Gubernia warszawska posiadała 50,7 wiorsty kolei. Najsłabiej rozwiniętą sieć kolejową miały gubernie: płocka (5,4 wiorsty) i kaliska (7,6). Dróg bitych na 1000 wiorst obszaru posiadały najwięcej gubernie: warszawska 98 wiorst, piotrkowska 92 i kaliska 79. Lubelska tylko 44 wiorsty.
Widzimy, że brak szerokiej sieci naturalnych dróg wodnych w niektórych guberniach (np. piotrkowskiej) wyrównywały sieci kolei i dróg bitych. Przy tym te ostatnie były najbardziej rozwinięte w guberniach przodujących pod względem ekonomicznym.
W 1903 roku po Wiśle pływały 44 parowce. Ich właściciele to spółki i towarzystwa żeglugowe, osoby prywatne i administracja komunikacji. Największym przedsiębiorstwem przewozowym była wówczas firma Fajansa. Dysponowała 10 parowcami, w tej liczbie 7 pasażerskimi - Płock, Warszawa, Wisła, Kopernik, Andrzej, Maurycy i Sokrates, oraz 3 towarowymi - Konstanty, Robert i Hamburg. Fajans zachował niektóre nazwy statków z czasów Zamoyskiego, choć żaden z tamtych parowców nie znajdował się już w eksploatacji. Udziałowcy "Spółki Włocławskiej" dysponowali 7 parowcami - Włocławek, Kujawiak, Mars, Gwiazda, Polonez, Przyjaciel Publiki i Nowa Aleksandria.
Główny konkurent Fajansa Stanisław Górnicki eksploatował 5 statków parowych: Mazur, Krakus, Polka, Sokół i Kurier.
Towarzystwo żeglugowe "Merkury" posiadało 4 parowce - Merkury, Wenus, Nadwiślanin i Płocczanin.
Cukrownia "Leonów" użytkowała, głównie dla własnych celów, statki Trytan i Neptun.
Na liście właścicieli dalsze miejsca zajmowali:
Albrecht - parowce Piast i Goplana,
Hordliczko - parowce Zofia i Delfin, służące do holowania tratew,
Drozdowski - pasażerski Syrena i holownik Perkun,
Jan hrabia Zamoyski - holownik Sarjusz i drugi mały parowiec, używany do celów prywatnych,
Jaworski i Kruger - parowiec Wanda,
Rogozik - parowiec Herold.
Administracja komunikacji użytkowała 6 parowców - Warszawa, Sandomierz, San, Narew, Pilica i Nowa Aleksandria.
Wymienione statki były bardzo intensywnie eksploatowane. Stefan Górski w "Tygodniku Ilustrowanym" nr 24 z 1906 roku podał, że w 1903 roku w Warszawie przepłynęło w górę i w dół Wisły: 5036 parowców pasażerskich, 693 parowce towarowe, 997 parowców holowników, a ponadto: 1200 barek, 1850 berlinek, 780 gabar, 164 galary, 1476 kryp, 626 tratew.


W następnych latach grono przedsiębiorców żeglugowych powiększyło się o kilku indywidualnych właścicieli statków oraz towarzystwo komandytowe "Krater", którego jednostki obsługiwały linię Warszawa - Płock - Włocławek. Kierownikami towarzystwa byli przemysłowcy Cywiński i Młodzianowski. Dysponowali oni parowcami: Hetman, Kolos, Krater i Wilanów. Statek pasażerski Hetman zasługuje na szczególną uwagę. Był to wybudowany w stoczni należącej do towarzystwa kolos dwupokładowy, zabierający ok. 700 pasażerów. Posiadał wszystkie urządzenia spotykane na nowoczesnych statkach rzecznych na zachodzie Europy. W ogóle usługi świadczone przez towarzystwo "Krater" wyróżniały się dobrą jakością. Współcześni porównywali komfort pasażerskich statków "Krateru" do tych, które zapewniał publiczności A. Zamoyski.

W ostatnich latach przed I wojną światową flotylla parowa Wisły (w Królestwie Polskim) powiększyła się tylko nieznacznie. Kapitały prywatne zostały wyczerpane, a władze zaborcze nie interesowały się usprawnianiem komunikacji wodnej prawie wcale. Działalność administracji ograniczała się do zorganizowania nadzoru policyjnego nad żeglugą, zainteresowanego głównie zbieraniem mandatów, a jeszcze częściej łapówek od właścicieli i kapitanów statków. Sprzyjał temu często rzeczywiście zły stan techniczny jednostek, nieprzestrzeganie podstawowych zasad higieny pomieszczeń pasażerskich i obsługi oraz zła jakość wydawanych na statkach posiłków.
Wiek XX przyniósł widoczny ilościowy rozwój żeglugi parowej w Królestwie Polskim. Nadal jednak słabą stroną była jakość usług świadczonych przez większość wiślanych przewoźników. Nie pamiętano lub nie chciano pamiętać o dobrych w tym względzie tradycjach żeglugi hrabiego A. Zamoyskiego. Działalność wspomnianego już towarzystwa "Krater" jest pozytywnym wyjątkiem, być może zapowiadającym zmiany na lepsze. Prześledzimy je już w nowych granicach terytorialnych wolnej Polski.
* 1 korzec = 128 litrów
** drygawka - rodzaj dużego wiosła służącego do poruszania statku i manewrowania
*** stopa = 28,8 cm
**** w tym przypadku 1 beczka = 1000 kg
***** 1 cal = 2,4 cm
****** 1 linia = 0,002 m
******* 1 wiorsta = 1066,8 m
******** 1 pud = 16,38 kg
********* Spółka komandytowa - odmiana spółki handlowej, w której przynajmniej jeden ze wspólników odpowiada nieograniczenie, całym majątkiem, inni zaś tylko do wysokości oznaczonej - sumy komandytowej.
********** 1 czetwiert = 209,91 litrów
*********** 1 złoty = 30 groszy, tj. 15 kopiejek
Udostępnij:

Proszę Zaloguj lub Zarejestruj się by zagłosować.
Kliknij przycisk `Akceptuję`, aby ukryć ten pasek. Jeśli będziesz nadal korzystać z witryny bez podjęcia żadnych działań, założymy, że i tak zgadzasz się z naszą polityką prywatności. Przeczytaj informacje o używanych przez nas Cookies