Wiosłem na wodzie pisane
Większość z ludzi odwiedzających tę stronę związana jest z wodą. Jedni zawodowa inni, jak ja turystycznie. Myślę, że i jednych i drugich łączy to samo: Miłość do wody i przyrody.
Wczesną wiosną, pokoje gościnne na posterunku energetycznym w Łagowie Lubuskim, zwykle świecił pustkami. Koniec kwietnia 1983 roku, wolnymi dniami zahaczał o dzień pierwszego maja. Postanowiliśmy z Jędrkiem wykorzystać ten czas na ujarzmienie najdzikszej w naszej okolicy rzeki, Pliszki. Koło wsi Poźrzadło, wpada do niej rzeczka o nazwie Łagowa, biorąca swój początek z jeziora Łagowskiego, toteż spływ nasz postanowiliśmy rozpocząć w Łagowie Lubuskim. Uszykowaliśmy kajak składany Neptun i cały ekwipunek turystyczny. Bagaże zawiózł nam okazyjnie samochód służbowy energetyków. Pojechaliśmy wieczorem, by przenocować w ośrodku i z samego rana ruszyć w drogę. Zdawaliśmy sobie sprawę ze stopnia trudności tego szlaku, jak się potem okazało, niezupełnie do końca. 30 kwietnia rano, złożyliśmy nasz kajak i znieśliśmy do jeziora. Potem załadowaliśmy namiot i resztę bagaży i popłynęliśmy ku południowemu jego krańcowi. To był najłatwiejszy odcinek tego rejsu. Potem zaczęła się rzeczka. Najpierw szeroka na jakieś pięć metrów i głęboka na 50 centymetrów, po kilkuset metrach zaczęła się zwężać i spłycać, tak, że musieliśmy wyjść z kajaka i burłaczyć, idąc wzdłuż brzegu, aż do drogi Świebodzin – Świecko. Przepust pod tą drogą pokonaliśmy w kajaku. Potem Łagowa płynęła przez wielkie łąki i tam nabrała charakteru nizinnej rzeki, choć bardzo wąskiej. Kiedy wreszcie dotarliśmy do połączenia jej z Pliszką, odetchnęliśmy z ulgą. Rzeka wyraźnie się poszerzyła i pogłębiła. Nadzieja wstąpiła w nasze serca.

Niestety, podczas odpychania się od brzegów wąskiej Łagowy, uszkodziłem wiosło. Musiałem je naprawić i czynność ta została utrwalona na zdjęciu. Potem zaczęła się prawdziwa Pliszka, taka o której będziemy pamiętali do naszych ostatnich dni. Ten spływ śmiało można by zaliczyć do wprawki na obozie przetrwania. Proszę sobie wyobrazić, że my sami, dobrowolnie w tym uczestniczyliśmy! Kręcąca ciasne meandry w gęstym lesie rzeka, podmywała drzewa, które waląc się, nierzadko przegradzały jej bieg. Zmienialiśmy się co jakiś czas. To ja szedłem i oczyszczałem drogę kajakowi z gałęzi i mniejszych pni, a Jędrek wiosłował, to odwrotnie. Wreszcie rzeka wypłynęła na jakieś torfowisko i tam mogliśmy trochę odpocząć, normalnie płynąc. Dopłynęliśmy tak do wsi Pliszka, gdzie postawiliśmy namiot i przenocowaliśmy.
Jeszcze w ubiegłym, 1982 roku, po zakończeniu naszych spływów górskimi rzekami, zamieszano w naszym politycznym kotle. Koniec sierpnia, to przecież rocznica porozumień sierpniowych. W całym kraju, mimo przedsięwziętych przez władze środków zapobiegawczych, odbywały się liczne demonstracje, upamiętniające te ważne wydarzenia. ZOMO miało w tym czasie mnóstwo "roboty"
Rozpoczęły się procesy przeciwko opozycjonistom. W październiku, sejm zdelegalizował Solidarność, powstały zamieszki. Podano też do wiadomości, że w czerwcu 1983 roku, Polskę ponownie odwiedzi Papież, Jan Paweł II. W listopadzie zwolniono z internowania Lecha Wałęsę. Zaczęły się mnożyć akty porwań samolotów. Najczęściej lądowały one na zachodnioberlińskim Tempelhof. Uciekano wszystkimi możliwymi kanałami: lądem, morzem i powietrzem. Z zielonogórskiego lotniska aeroklubu w Przylepie uprowadzono samolot AN-2, który z dwoma rodzinami na pokładzie, szczęśliwie przeleciał przez NRD i wylądował w Berlinie Zachodnim. Z zewnątrz wolny świat naciskał na juntę, by zaprzestała haniebnego gwałtu na naszym narodzie. Może to poskutkowało, bo zaczęto "przebąkiwać" o zawieszeniu stanu wojennego, aż wreszcie 31 grudnia 1982 roku, te pogłoski stały się faktem. Stan wojenny zawieszono. Naród odczuł ulgę. Jednak szykanowania się nie skończyły. Nadal trwały procesy przywódców strajków i opozycjonistów. Nadal rozwiązywano istotne dla narodu instytucje, które wspierały wolnościowe trendy. Zwolnionych z internowania ludzi pozbawiano pracy i zachęcano do wyjazdu na emigrację. Wiele osób, wraz z rodzinami, nie mogąc znaleźć godziwego zajęcia w kraju, wyjechało za granicę. Nawet Lech Wałęsa, podczas próby powrotu do pracy w Stoczni Gdańskiej, nie został wpuszczony na jej teren. Terror, w czystej postaci nadal szalał. Rok 1983 różnił się tylko tym od poprzedniego, że oficjalnie stan wojenny był zawieszony, nieoficjalnie zaś zamykano, mordowano ( 14 maja zamordowano Grzegorza Przemyka), zastraszano i wszystkimi innymi sposobami, nadal gnębiono naród.
Wieś Pliszka, to miejscowość, której trudno szukać by na mapie. Kilka domów ukrytych w lesie przy trasie kolejowej Rzepin – Poznań. Woda w rzece, stała się tu krystalicznie czysta. Płynąc widzieliśmy przemykające w toni pstrągi strumieniowe. Przemieszczaliśmy się przez zaniedbane gospodarczo tereny. Widać było, że niegdyś, poprzedni gospodarze bardzo o nie dbali. Zniszczone, niekiedy wręcz zburzone jazy, nie piętrzyły już wody. Stare, ceglane budowle młynów legły w ruinę. Żal było patrzyć na niszczejące dobra.
Rzeka często zmieniła swój charakter. Kiedy wyraźnie spływała w dół po widocznej pochyłości terenu, czuliśmy się, jak na górskiej Skawie. Potem wpływała w bagniste tereny, wokół porośnięte trzcinami i wysokimi trawami. Tu odnosiliśmy wrażenie, ze jesteśmy na nizinnej Biebrzy. Tak dopłynęliśmy do jeziora Ratno. Wpłynęliśmy na środek, kiedy coś nas zatrzymało. Mocniej nacisnęliśmy na wiosła i nic! Okazało się, że jezioro jest całkowicie zamulone. Ogromne ilości mułu zalegające na dnie przykryła cienka warstwa wody. Kłopot wielki! Nie można było liczyć na niczyją pomoc. Wycofać też się nie dało. Co począć? Radzi, nie radzi zaczęliśmy mocno napierać na wiosła, zanurzając je głębiej w muł i jednocześnie balansować ciałami do przodu i do tyłu, by wygniatać w mule rynnę. Poskutkowało. Po kilkudziesięciu minutach nieprzerwanej, katorżniczej pracy, udało nam się osiągnąć głębszą wodę, po której kajak mógł swobodnie płynąć. Spojrzeliśmy na siebie i buchnęliśmy śmiechem. Kajak był upaprany błotem a my obaj, wyglądaliśmy jak dzieci "Szuwarka" Do dziś mnie ciarki przechodzą na myśl, co mogło by się stać, gdybyśmy nie zdołali się przepchnąć przez to bagno... Między jeziorami Ratno i Wielickie rzeka pozwoliła nam na krótki odpoczynek. Nie leżały w nurcie żadne przeszkody i mogliśmy płynąć swobodnie. W pewnym momencie wydało mi się, że na lewym brzegu zobaczyłem mojego pierwszego instruktora kajakarstwa, Henia. Nie myliłem się! Przyjechał tu na ryby . Bardzo się zdziwił, że płyniemy z Łagowa i że da się tu dopłynąć. Zamieniliśmy kilka słów i ruszyliśmy dalej. Przed nami było jeszcze sporo wody. Jaz kończący jezioro Wielickie był granicą swobodnego spływania. Za nią, praktycznie trudno już było mówić o płynięciu. Drzewa leżały pokotem, niekiedy po dwa, trzy w grupie. Brzegami nie dało się iść, bo porastały je nieprzebyte chaszcze, Podpływaliśmy więc do pni bokiem i przenosiliśmy przez nie sprzęt. Był moment, kiedy byliśmy bliscy rezygnacji. Chcieliśmy rozłożyć kajak i nieść go w worku, zamiast "targać" w ciężkim terenie złożony. Jednak od czasu do czasu udawało nam się kawałek podpłynąć. Wreszcie, gdzieś pod miejscowością Urad, w okolicy drogi Krosno – Cybinka, wpłynęliśmy na ostro zakończoną gałąź, która rozerwała poszycie dna na długości około metra. To był koniec naszej podróży Pliszką. Bagaże zostawiliśmy w odległej o półtora kilometra chałupie, a do domu pojechaliśmy autobusem PKS, z przesiadką w Krośnie Odrzańskim.

Wróciliśmy po nie dwa dni później. W domu poszycie naprawiliśmy i kajak jeszcze długo nam służył.
Udostępnij:
przylodz 30.01.2008 18067 wyświetleń
10 komentarzy 2 ocena
Drukuj

Proszę Zaloguj lub Zarejestruj się by zagłosować.
Kliknij przycisk `Akceptuję`, aby ukryć ten pasek. Jeśli będziesz nadal korzystać z witryny bez podjęcia żadnych działań, założymy, że i tak zgadzasz się z naszą polityką prywatności. Przeczytaj informacje o używanych przez nas Cookies