O nie! Gdzie jest JavaScript?
Twoja przeglądarka internetowa nie ma włączonej obsługi JavaScript lub nie obsługuje JavaScript. Proszę włączyć JavaScript w przeglądarce internetowej, aby poprawnie wyświetlić tę witrynę, lub zaktualizować do przeglądarki internetowej, która obsługuje JavaScript.
Artykuły

Wiosłem na wodzie pisane

Większość z ludzi odwiedzających tę stronę związana jest z wodą. Jedni zawodowa inni, jak ja turystycznie. Myślę, że i jednych i drugich łączy to samo: Miłość do wody i przyrody.


X Nysa Kłodzka


Dziesiątego czerwca 1981 roku, Mój kuzyn Rysio, wymyślił sobie, że skoro nie płynął jeszcze Nysą Kłodzką, należałoby ten brak jak najszybciej uzupełnić… Rozgłosił tedy wszem i wobec, że szuka kompanii do spłynięcia tą rzeką i znalazł sporą grupkę chętnych. Trzynastego czerwca znaleźliśmy się w dziesięcioosobowej grupie, nad brzegiem prawdziwie górskiej już rzeki ( nie jak dotychczas, o charakterze górskim). Dobrze powiedzieć "znaleźliśmy się". Przedtem trzeba było wysłać koleją kajaki, a potem samemu jakoś dotrzeć do Kłodzka. Na skutek zwykłego niedomówienia, we Wrocławiu, gdzie mieliśmy przesiadkę, niechcący podzieliliśmy się na dwie grupy, jedna cztero, druga sześcioosobowa. Wsiedliśmy do dwóch, różnych pociągów, zdążających do tego samego celu, lecz zupełnie innymi drogami. Nasz pociąg jechał "przez wszystko", czyli jakoś dookoła. W końcu i tak spotkaliśmy się wszyscy na dworcu w Kłodzku. Namioty i ubrania mieliśmy ze sobą, toteż natychmiast zorganizowaliśmy niedaleko dworca, na małej nadrzecznej łączce, biwak, Odtąd musieliśmy już tylko cierpliwie czekać aż nadejdą, wysłane wcześniej, kajaki. Następny dzień wypełniony był "po brzegi" zwiedzaniem miasta i twierdzy. Trzeba przyznać, że miasto, choć niewielkie, ma sporo zabytków i innych atrakcji turystycznych do zaoferowania.


Kłodzko - Most Gotycki

Kajaki nie przyszły również następnego dnia. Nie podobał nam się taki obrót sprawy, ale byliśmy bezsilni. Dzień spędziliśmy na zajęciach sportowym na pobliskim boisku, a wieczorem było zwyczajowe ognisko. Znów były śpiewy i wygibasy i wypadek... Rysio, sam inicjator imprezy "powiesił" powiekę prawego oka na haczyku mocowanym do masztu, służącym do zawieszania latarki. Wieszak umocowany był na niewłaściwym maszcie i Rysio wchodząc do namiotu, "nadział się" na ów haczyk. Był szpital, było szycie powieki. Po zabiegu Rysio zdecydował się powrócić do namiotu. Rano dotarły kajaki. Nie wszystkie. Brakowało jednej części właśnie Rysiowego. ( Kajaki składane były do dwóch worków: do jednego wręgi i powłokę, a do drugiego stelaż i osprzęt).Rysio zdecydował: Płyniecie, ja z załogą zostaję w Kłodzku i tu pobiwakujemy do końca wolnych dni. Wsiedliśmy więc w kajaki i ruszyliśmy. Było nam pilno, bo mieliśmy, na jeziorze Nyskim, dołączyć do spływu organizowanego przez jeden z okolicznych PGR-ów. Płynęliśmy ostro. Jędrek, właśnie odbywał drugi w życiu spływ ( od razu wrzucony na głęboką wodę) w dodatku miał całkowicie "zieloną" załogantkę. To właśnie dzięki "staraniom" tej załogantki zaliczyli wywrotkę, zaraz na początku etapu. Zmoczyli cały swój dobytek i naszą wspólną "spiżarnię" Chlebem nakarmiliśmy ryby. Ze wszystkich puszek, które zapobiegliwie zgromadziliśmy, poodpadały wszystkie papierowe ( bo tylko takie wtedy były) etykietki. Na skutek tego, już do końca spływu jedliśmy bardzo dziwnie: Otwierało się pierwszą puszkę losowo i były to na przykład gołąbki w sosie pomidorowym. Szukaliśmy drugiej o podobnych numerach, kształtach i kolorach blachy i okazywało się, że był to dorsz w oleju, ale o tym dowiadywaliśmy się dopiero po otwarciu puszki. Tak więc jedliśmy, co popadnie, bez ładu i składu.

Płynięcie górska rzeką jest dość trudne. Zmieniający się nurt, przykosy, odsypiska, łachy i kępy, oraz bystrza, są tu zjawiskiem normalnym i częstym, do tego jeszcze zwykle płytka woda i wystające z dna, nie zawsze w porę dające się zauważyć głazy, sprawiają, że płynięcie taką rzeka wymaga nie lada umiejętności, rozwagi i niekiedy nawet odwagi. Niejednokrotnie też trzeba użyć znacznej siły, żeby pokonać niosący na przeszkodę nurt. Jeśli spojrzeć na coś takiego od strony szkoleniowej, jest to właśnie to, co pozwala w krótkim czasie, choć nieraz z przykrymi konsekwencjami ( jak choćby wywrotka Jędrka) posiąść tajniki kajakarstwa. Myślę, że każdy, kto przepłynie choć jedną rzekę górską, wkładając w to wiele serca, nauczy się czytać wodę, prawidłowo wiosłować i radzi sobie potem doskonale w każdej sytuacji. Krajobrazowo, górska rzeka jest czymś niepowtarzalnym. Przełom Bardzki na Nysie Kłodzkiej, przeżyłem jako coś osobliwego, coś bardzo groźnego i pięknego zarazem. Wynurzające się z wody skały, pnące się pionowo ku górze, przytłaczały nas swym ogromem, jakby szydząc z naszej małości. Kiedy znalazłem się u podnóża takiej góry, zrozumiałem, alpinistów, którzy pewnie odczuwając tak samo, jak ja, chcą pokonać tego groźnego szydercę i udowodnić mu, a także sobie samym, że są jednak silniejsi, że potrafią pokonać każdą górę, nawet tę najbardziej niedostępną.

Pogoda była cudowna, woda w rzece nawet ciepła i dość czysta, więc chętnie przystawaliśmy, co kilka kilometrów by podziwiać otaczające nas piękno i zażyć kąpieli. Pisałem już tu o uczuciu, które budzi się raz po raz w duszy człowieka, kiedy rozpiera go poczucie piękna tak wielkie, że nie możliwe do opisanie. Tak było i tym razem. Takich doznań mieliśmy tu bez liku i tylko nasze zachwycone miny świadczyły o tym, co czujemy. Po zmaganiach z wieloma niespodziankami niesionymi przez rzekę, dotarliśmy do Paczkowa. Tu już skończył się górski odcinek. Odtąd będziemy płynąć już rzeką nizinną, mijając po drodze dwa jeziora zaporowe ( zalewy) Otmuchowskie i Nyskie. Paczków, to bardzo łakomy krajoznawczo kąsek. Zatrzymaliśmy się i zaczęliśmy zwiedzać, a było co! Zachwyciły nas i zadziwiły świetnie zachowane średniowieczne mury obronne, gotycki, czternastowieczny kościół, przepiękny, schludny rynek z szesnastowieczną wieżą i znacznie późniejszym ratuszem. Dowiedzieliśmy się, że Paczków jest bardzo starym miastem, bo powstał w połowie trzynastego wieku. Niestety nie doczekał naszych czasów zamek warowny, postawiony tu przez wrocławskich biskupów w celu obrony ich biskupiego księstwa. Zamek zniszczyli nękający w piętnastym wieku nasz kraj, Husyci. Tak więc "nakarmieni" przeszłością, zaopatrzeni w niezbędne wiktuały na dzień dzisiejszy, ruszyliśmy dalej w naszą przyszłość. Biwak rozbiliśmy zaraz za Paczkowem.

Rano, a była to już środa, wyruszamy w kolejny etap. Jak od początku spływu, jest piękna pogoda. Na bezchmurnym niebie świeci słońce, wieje lekki wietrzyk, w sam raz dla nas, bo od rufy. Będzie nam pomagał. Pozwalamy się więc nieść nurtowi i popychani wiatrem z rzadka wiosłujemy. Jest czas na wystawienie ciała do słoneczka i opalanie się. Wpływamy na Jezioro Otmuchowskie. Wszyscy lepiej dopinają fartuchy, bo jezioro jest wzburzone. Tu lekki wietrzyk zmienia się w silny, groźny wiatr. Ustawiamy się w przepisowy szyk, zmieniając co jakiś czas tego, który bierze na siebie te największe fale. To już ostatnia lekcja dla początkujących. Gigantyczna zapora, gigantyczna przenoska i płyniemy dalej, starając się wszelkimi sposobami udobruchać mocno zdenerwowanych z powodu naszej obecności na wodzie, wędkarzy. Cichuteńko wiosłując dopływamy do jeziora Nyskiego, a właściwie do tego, co po nim zostało, po wypuszczeniu zeń wody. Jest to podobnie jak jezioro Otmuchowskie, sztuczny zbiornik wody i spełnia zadanie zbiornika retencyjnego. Zapewne przewidywano spore opady deszczu, skoro nieomal całkowicie opróżniono zalew. Z trudem przepłynęliśmy, omijając sterczące kikuty drzew, rozległe kamieniste łachy i przykre mielizny. Spływ PGR-owski, na który mieliśmy zdążyć, zgodnie z planem miał rozpocząć się nazajutrz, niestety z jakichś powodów został odwołany, wiec popłynęliśmy dalej, do Nysy, gdzie po prostu w parku miejskim, nad rzeką rozbiliśmy nasze namioty. Z Nysy wypłynęliśmy w święto Bożego Ciała. Od rana, jak zwykle była piękna pogoda, lecz my nie daliśmy się zwieść pozorom. Wiedzieliśmy, z doświadczenia, że w tym dniu, zwykle po południu jest burza. Wypłynęliśmy więc rano, żeby jak najwcześniej dopłynąć do Tłustorębów. Tam wyznaczyliśmy sobie kolejny postój. Przewidywania nasze okazały się słuszne. Ostatni kilometr przepłynęliśmy w ulewnym deszczu w towarzystwie jeszcze odległych, ale zbliżających się szybko grzmotów

Nysa Kłodzka. Zaczyna padać.


Kto nie zdążył ubrać się w strój przeciwdeszczowy, zmókł do suchej nitki.

Namiot rozbija się w określonej kolejności. Najpierw układa się na ziemi podłogę i przybija do ziemi szpilkami, potem wkłada się maszty i ustawia sypialnię, na to nakłada się tropik i przybija do ziemi śledziami. Tu zmieniliśmy kolejność. Postawiliśmy najpierw tropik, potem podwieszaliśmy, stosując nieprawdopodobne sztuczki, sypialnię. Trzeba wiedzieć, że było to bardzo skomplikowane, bo każde mocniejsze dotknięcie tropiku, groziło późniejszym zalaniem namiotu, który przecież miał stanowić schronienie przed deszczem. W końcu udało nam się zbudować naszą „chatkę” i ugotować na resztkach gazu coś, co przypominało zupę. Zmarznięci i zmęczeni wleźliśmy do śpiworów i śpiewając sobie z cicha pozostaliśmy tak, aż zmorzył nas sen.

Następny dzień przywitał nas niesłabnącą od wczoraj ulewą. Powstał dylemat: Płynąć, czy poczekać? Mieliśmy wprawdzie jeszcze jeden dzień w zapasie, a do Lewina Brzeskiego pozostało niewiele ponad osiemnaście kilometrów. Po rozmowie z Jędrkiem doszliśmy do wniosku, że nie popłyniemy, gdyż i on i jego załogantka nie mają już na zmianę ani jednego suchego ciucha. To, co ocalało lub zdążyło wyschnąć po wspomnianej wcześniej wywrotce, teraz znów jest mokre, a oni oboje chodzą w pożyczonych ubraniach. Mamy nadzieję, że może jutro przestanie padać.Pozostali się spieszą. Jedni chcą zdążyć na niedzielny mecz żużlowy, inni mają sesję egzaminacyjną za pasem. Znów dzielimy się na dwie grupy: tych, co odpływają i tych, którzy zostają.

Jak się już rzekło, gaz w butli skończył nam się poprzedniego dnia, więc chowamy kuchenkę i butlę. Pod przydźwiganą skądś solidną kłodą, rozpalamy mały ogień. Na zebranej w worki foliowe deszczówce, ( bo woda z rzeki nie nadawała się do spożycia), gotujemy sobie obiad. Jest wspaniale! Nawet deszcz, widać zrażony naszą nieugiętą wolą poradzenia sobie z przeciwnościami losu, zrazu na krótkie chwile, a potem już na stałe przestaje padać. Nasz upór opłacił się nam. Zdążyliśmy przy ogniu wysuszyć naszą odzież, a potem poziom wody w rzece podniósł się o jakieś pół metra, przykrywając wszystkie przeszkody w dnie. Na drugi dzień, już bez przeszkód, w trzy godziny, dopływamy do Lewina Brzeskiego. Jakież było nasze zdziwienie, gdy wysiadając z pociągu w Zielonej Górze, spotkaliśmy całą naszą ferajnę, w komplecie. Okazało się, że dla pokonania tej samej drogi ( osiemnastu kilometrów), ci którzy wypłynęli dzień wcześniej, potrzebowali aż ośmiu godzin, czyli ponad dwukrotnie więcej czasu, niż my. Zmoknięci i zziębnięci, zdecydowali się na nocleg w Lewinie. Do Wrocławia, gdzie mieli przesiadkę, dojechali wcześniej, lecz tam, tak dużo ludzi szturmowało pociąg, że obarczeni bagażem w postaci kajaków, namiotów i osobistych bagaży, zrezygnowali ze szturmu i spokojnie wsiedli do późniejszego pociągu, którym myśmy podróżowali.

Ta opowieść, różni się nieco od pozostałych. Wiele tu przeciwności losu. Okazuje się, że i z tym musi się liczyć turysta, uprawiający turystykę kwalifikowaną. Pisanie tylko o dobrych stronach spływów, byłoby nieuczciwe. Czytelnik mógłby pomyśleć sobie:, "Jakie to dziwne. Kiedy kajakarze wypływają, zawsze świeci słońce i zawsze jest wesoło". Jak się okazuje, czasami leje jak z cebra, zdarzają się też wypadki. Czasem zginie kajak podczas przesyłki. Bywa, że rozłączy się grupa… W finale, jednak prawie zawsze jest Happy End. Kajakarze mają jeszcze jedną właściwość. Przykre rzeczy puszczają w niepamięć a pamiętają wyłącznie dobre zdarzenia. Dzięki temu, już w drodze powrotnej do domu, zaczynają planować kolejną eskapadę. Ta właściwość powoduje też powstanie obrazu spływu idealnego. To trochę tak jak z wędkarzami. Zawsze łowią taaaaaaakie ryby! W rzeczywistości są to niewielkie płoteczki. Ciekawostką jest także to, że ze spływu na spływ przybywało ciągle nowych, początkujących kajakarzy, którzy z zapałem zaczynali uprawiać tę dziedzinę turystyki. Jędrek, pomimo, że spotkało go tak dużo przykrych niespodzianek na Nysie, "wpadł, jak śliwka w kompot" i od tamtego czasu ciągle rozwijał swoje zainteresowanie turystyką kajakową. Skończył kurs przodownicki we Wrocławiu i pływał zawzięcie przez wiele lat.

XI Starorzecze Bobru

Czasy wciąż były niespokojne, jednak naród zyskiwał coraz więcej swobód. Po śmierci Stefana Wyszyńskiego pozostał vacat na stanowisku Prymasa Polski. 7 lipca, a więc na trzy dni przed naszym wyjazdem na rzekę, Papież Jan Paweł II, mianował prymasem Polski biskupa Józefa Glempa, a wcześniej, 28 czerwca, w Poznaniu odsłonięto pomnik ku czci ofiar Czerwca'56.
Pracowałem wówczas w Zakładzie Energetycznym w Zielonej Górze. Działało tam prężne koło PTTK i sekcja kajakowa. Pomyślałem więc, że chętnie zorganizuję spływ rzeką, którą dotąd organizatorzy spływów skrzętnie omijali w obawie przed uciążliwościami tego szlaku. Istotnie, znając starorzecze Bobru na znacznym odcinku, wiedziałem o wielu przeszkodach, które mogą czekać na turystów. Były tam liczne progi, które należało pokonywać na piechotę, przenosząc jednocześnie sprzęt.
Wiedząc o tych trudnościach, przygotowałem uczestników, którzy zgłosili się do udziału w tym przedsięwzięciu, do znacznego stopnia uciążliwości spływu. Zaplanowaliśmy go na dwa i pół dnia. Plan oparłem nie tylko na konsekwentnej logice, lecz również na potrzebie własnego serca. Pisałem wcześniej, że z Bobrem łączy mnie szczególna więź. Starorzecze znałem i kochałem jak bliską mi osobę. Chciałem, by ten obiekt mojego oddania poznali i polubili inni.

Kajaki pojechały do Nowogrodu Bobrzańskiego już w środę. Tam czekały na nas w Posterunku Energetycznym, położonym bardzo blisko Bobru. W piątek po południu, całą grupą wyjechaliśmy pociągiem, by, po rozłożeniu przy moście kolejowym kajaków, ruszyć na podbój "nowej" rzeki. Początkowo było to szerokie rozlewisko, którym płynęło się niczym po jeziorze. Napotkaliśmy na nim stadko pływających gęsi. Ktoś rzucił hasło: "Łapać je będzie rosół!" Ten okrzyk obudził w nas jakąś atawistyczną potrzebę polowania, no i stała się rzecz, której dotąd się wstydzę. Goniliśmy w trzy kajaki tak zajadle gęsi, że opadły z sił. Niczym stado zgłodniałych wilków odłączyliśmy jedną sztukę od stadka i dopadliśmy ją. Ktoś wsadził ją w dziób kajaka i tak dopłynęliśmy do zapory w Krzywańcu. Przy okazji przenoski, zabiliśmy i oprawiliśmy gęś. Po pokonaniu tamy musieliśmy "burłaczyć" sprzęt na odcinku około półtorakilometrowym, bowiem woda płynęła tu tylko niewielkimi strumyczkami, dopiero, gdy wpadł do Bobru porządny strumień, pogłębiło się nieco. Biwak rozłożyliśmy w doskonale znanym mi miejscu w okolicy miejscowości Podgórzyce, nad źródełkiem. Rozpaliwszy ogień zaczęliśmy budować coś na kształt rożna. Upiekliśmy na nim upolowaną gęś i późno już w nocy zjedliśmy. Dopiero, kiedy ptak zaczął skwierczeć nad ogniem zdaliśmy sobie sprawę z tego, że najprawdopodobniej uczyniliśmy komuś wielką szkodę, po prostu kradnąc mu jego gęś. Do dziś dręczą mnie z tego powodu wyrzuty sumienia.

Starorzecze, na całej swej trasie, około czterdziestu pięciu kilometrów, zbiera wody mniejszych i większych dopływów, stąd też, w miarę jak zbliżaliśmy się do Raduszca, rosła szybkość nurtu i powiększał się poziom wody. Rzeka, mimo że tak uciążliwa ze względu na ogromną ilość progów ( łatwych przy tym stanie wody do przenoszenia). Dostarczyła nam i tym razem wielu niecodziennych wrażeń. Płynąc, lub momentami przeciągając po płyciznach kajaki, oglądaliśmy wiele gatunków ptaków, których nawet nie potrafiliśmy nazwać, specjalną atrakcją, był dla nas widok autentycznego, żyjącego na absolutnej wolności czarnego Bociana. Był tak blisko, że aż zdziwiliśmy się, że nie odleciał. Widać nie odczuwał zagrożenia z naszej strony. Kiedy tak, przepływając obok dobrze znanych sobie miejsc, wracałem myślami do mojego dzieciństwa. Zauważyłem wiele zmian, które w ciągu minionych lat tu zaszły. Dobudowano nowe progi, zwalniając w ten sposób nurt rzeki i regulując jej koryto. Pozostawiono jednak w otulinie rzeki stare bory, będące ostoją ptactwa i zwierzyny. Przyszła mi do głowy myśl, że teren pomiędzy starorzeczem a kanałem Dychowskim mógłby posłużyć do budowy wspaniałego rezerwatu nadbobrzańskiej przyrody.

Obfitość progów wymagała od nas ciągłego wychodzenia do wody lub na brzeg w celu forsowania tych przeszkód. Ponieważ progi nie były zbyt wysokie, a nurt zbyt rwący, podpływaliśmy burtą do przeszkody, po czym dwie osoby zeskakiwały z progu i odbierały podawane przez kolejno dopływające osady, kajaki. Tak, w krótkim czasie pokonywaliśmy te jazy

Pogoda była piękna, woda niezbyt zimna, lecz na skutek ciągłego wychodzenia do niej i obowiązkowej kąpieli, nabrałem jakiegoś dziwnego wstrętu do wody… Odległość dwudziestu pięciu kilometrów z Podgórzyc do Bobrowic, dzięki ustawicznym kąpielom, pokonaliśmy w czasie tylko jedenastu godzin. W Bobrowicach, na rzecznym łęgu rozbiliśmy namioty. Tym razem postanowiliśmy ugotować na ognisku wspaniałą grochówkę. Ta przygoda kulinarna z grochówką trwała przy akompaniamencie naszych śpiewów, niemal do rana.

Autor na starorzeczu Bobru'81


Przespaliśmy wszyscy może trzy, może cztery godziny i szczęśliwi, choć niewyspani ruszyliśmy w drogę do Raduszca. Tam, w elektrowni mogliśmy pozostawić nasze kajaki, do czasu aż przyjedzie po nie samochód. Historia z poprzedniego etapu powtórzyła się. Wykąpani do granic wodowstrętu dopływamy do dużego jazu w Dychowie, po przekroczeniu którego mamy już prostą drogę do Raduszca.

Jaz koło Dychowa

Przy elektrowni rozbieramy kajaki i rozkładamy je do suszenia. W powietrzu wisi cisza. Gęsta i ciężka jak smoła. Cisza przed burzą. Niebawem zagrzmiało, zerwał się silny wiatr i spadły pierwsze, grube krople deszczu. Szybko wnieśliśmy sprzęt na udostępnioną nam halę i tu, już bez przeszkód spakowaliśmy się.

Na dworzec kolejowy w Krośnie Odrzańskim pędziliśmy obładowani niczym wielbłądy. Każdy miał na sobie plecak i namiot, także ciężki dmuchany materac. Biegliśmy od strony rzeki. Pociąg dogoniliśmy tylko dzięki życzliwości kolejarzy, którzy widząc nas nadbiegających, celowo opóźnili odjazd pociągu, umożliwiając nam dotarcie doń. Oddechy wyrównały nam się dopiero po kilku minutach. Byliśmy mimo wszystko wypoczęci, opaleni i odprężeni.

Moja rzeka i tym razem nie zawiodła! Znów dała mi odrobinę szczęścia, którym tak hojnie obdarzała mnie w dzieciństwie. Wszyscy, którzy byli na tym spływie, do dziś wspominają z rozrzewnieniem te cudowne chwile, spędzone na starorzeczu Bobru.


Udostępnij:

przylodz 30.01.2008 18067 wyświetleń 10 komentarzy 2 ocena Drukuj



10 komentarzy


  • przylodz
    przylodz
    Nowy tekst dodano do "Wiosłem na wodzie pisane" zapraszam.
    - 21.02.2008 22:32
    • Apis
      Apis
      Nowa Sól, Cigacice, Bytom Odrzański, Krosno Odrzańskie pokazują całej Polsce jak wygląda turystyka wodniacka. Tylko pozazdrościć Wam, kajakarzom i wodniakom takiej dbałości o wasze sprawy. Szkoda, że o nas - żeglugę towarową - nie dba się w równym stopniu.
      - 22.02.2008 20:10
      • Apis
        Apis
        Kolejny ciekawy rozdział dodałeś - łezka w oku sie kręci.
        - 06.03.2008 10:51
        • przylodz
          przylodz
          Do cyklu "Wiosłem na wodzie pisane" dodałem nowy rozdział.Zapraszam do czytania.
          - 10.03.2008 15:34
          • przylodz
            przylodz
            Zapraszam na Barycz. Nowy rozdział z cyklu "Wiosłem na wodzie pisane"
            - 12.03.2008 08:20
            • przylodz
              przylodz
              A ja wciąż zapraszam na Barycz. "Wiosłem na wodzie pisane"
              - 14.03.2008 10:45
              • przylodz
                przylodz
                Do "Wiosłem na wodzie pisane" dodano dwa kolejne rozdziały. Zapraszam.
                - 15.03.2008 12:08
                • przylodz
                  przylodz
                  Ciąg dalszy istnieje. Wysłałem właśnie do Kapitana kolejne dwa rozdziały, ale zapewne z powodu "śmiecenia na pokładzie" przez jakiegoś niegodziwca, zamieszczenie tych rozdziałów się opóźnia. Zatem cierpliwości!Wink
                  - 28.03.2008 12:37
                  • Apis
                    Apis
                    Już są dodane
                    - 30.03.2008 13:00
                    • przylodz
                      przylodz
                      "Wiosłem na wodzie pisane" Dodano ciąg dalszy, zapraszam do czytania.
                      - 04.04.2008 19:24

                      Dodaj lub popraw komentarz

                      Zaloguj się, aby napisać komentarz.

                      Ocena zawartości jest dostępna tylko dla zarejestrowanych użytkowników.
                      Proszę Zaloguj lub Zarejestruj się by zagłosować.
                      Niesamowite! (2)100 %
                      Bardzo dobre (0)0 %
                      Dobre (0)0 %
                      Średnie (0)0 %
                      Słabe (0)0 %
                      Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na nasze ustawienia prywatności i rozumiesz, że używamy plików cookies. Niektóre pliki cookie mogły już zostać ustawione.
                      Kliknij przycisk `Akceptuję`, aby ukryć ten pasek. Jeśli będziesz nadal korzystać z witryny bez podjęcia żadnych działań, założymy, że i tak zgadzasz się z naszą polityką prywatności. Przeczytaj informacje o używanych przez nas Cookies