O nie! Gdzie jest JavaScript?
Twoja przeglądarka internetowa nie ma włączonej obsługi JavaScript lub nie obsługuje JavaScript. Proszę włączyć JavaScript w przeglądarce internetowej, aby poprawnie wyświetlić tę witrynę, lub zaktualizować do przeglądarki internetowej, która obsługuje JavaScript.
Artykuły

Wiosłem na wodzie pisane

Większość z ludzi odwiedzających tę stronę związana jest z wodą. Jedni zawodowa inni, jak ja turystycznie. Myślę, że i jednych i drugich łączy to samo: Miłość do wody i przyrody.


VIII Odra’81

W naszym narodowym tyglu wciąż wrzało. W ciągu dwóch tygodni dzielących nasze spływy Baryczą i Odrą, wprowadzono kolejne kartki na kolejne artykuły, powstał nowy związek zawodowy NSZZ Rolników Indywidualnych Solidarność. A w samej jednowładczej partii PZPR następowały podziały na frakcje. Któż by się przejmował jednak tymi sprawami, skoro była odskocznia w postaci kajaków, a te od kilkunastu dni czekały na nas w Głogowie.

Są tacy, którzy twierdzą, że pływanie wielkimi rzekami, to nonsens, że to tylko "tłuczenie punktów", nie mające nic wspólnego z prawdziwą turystyką. Teraz już wiem. Pewnie ludzie, którzy tak twierdzą, nigdy nie płynęli Odrą. Wprawdzie jest ona rzeką żeglowną, uregulowaną bądź skanalizowaną prawie na całej swej długości, ale toczy wody przez tak urozmaicony teren, że nie sposób obojętnie płynąć. Otaczająca płynących turystów przyroda jest równie bogata i ciekawa, co na mniejszych rzekach. Poruszające się Odrą w dół i w górę barki stanowią swoista atrakcję. Mijające kajakowiczów statki pozdrawiają ich dźwiękami syren, czasem nawet przyjaznymi gestami rąk. Przecież ci ludzie także kochają wodę, dodatkowo spełniają na niej swój, jakże piękny, zawód.

Do Głogowa dostaliśmy się pociągiem. Sprzęt grzecznie czekał w miejscu, gdzie go pozostawiliśmy po zakończeniu spływu Baryczą. Wystarczyło tylko rozłożyć kajaki i ruszyć w rejs.


Wyruszyliśmy tuż przed wieczorem, by po kilku kilometrach zatrzymać się na biwak. Jak zawsze, mile usposobieni zasiedliśmy do ogniska.

Nasze spływowe ogniska są niezwykłe. Stały się pewnym rytuałem, solą życia spływowego. Praktycznie trudno sobie wyobrazić choćby najkrótszy spływ bez tego rytualnego ognia. Wodniacy to taki dziwny gatunek ludzi… Ni to harcerze, choć wielu z nas tam odbierało pierwsze, turystyczne i obozowe szlify, ni to mieszczuchy, bo każdy garnie się do natury, ni to romantycy, bo pragmatyzmu też nam nie brak. Jakim słowem nas określić? Nic nie przychodzi mi do głowy, poza jednym, jedynym słowem: WODNIACY. Jest taka piosenka harcerska p.t. "Pieśń instruktorska", w której tekst jednej ze zwrotek mówi:
"Tam w lesie nad jeziorem
Wśród wysokich, smukłych drzew
Wesoły ogień płonie i echo niesie śpiew
Najmilej nam się gwarzy
W tę letnią, jasną noc
Młodzi, starzy
Z ognia czerpią swoją moc
Płyną pieśni w letnią noc
Tam młodzi, starzy
Z ognia czerpią moc."




Jest w tym jakaś głęboka prawda. Chyba na każdej szerokości geograficznej, każdy tramp posila się duchowo takim ogniem. Takim samym, jak nasz! Płomienie ogniska to spektakularne, niepowtarzalne widowisko. Ogień nigdy nie układa się tak samo, zawsze prowadzi własną grę: a to przygasa, a to bucha snopem iskier, a to "liże" drwa. Czasem syczy, trzeszczy, zawsze jednak grzeje… Przychodzi mi na myśl jeszcze jedna piosenka:

"Płomienie"
Już późno wieczór oddycha
Już noc niewiadoma i cicha
Już pora rozpalić ogniska
Nie wiedzieć gdzie gwiazda, gdzie iskra.

Płomienie, płomienie, czerwone okruszyny słońca
Płomienie, płomienie, czekamy aż wypalą się do końca
Płomienie, płomienie, na twarzach został ślad gorąca
Płomienie, płomienie, czekamy, aż wypalą się do końca.

Już późno makiem zasiało
Już księżyc pochyla twarz białą
Nad żarem popiołów motyle
Popatrzmy, popatrzmy przez chwilę...

Płomienie, płomienie, czerwone okruszyny słońca
Płomienie, płomienie czekamy, aż wypalą się do końca
Płomienie, płomienie, na twarzach został ślad gorąca
Wspomnienie, wspomnienie, co nigdy nie wypali się do końca.


Ognisko daje czas na podzielenie się spostrzeżeniami, swoimi przemyśleniami, obawami, lękami, wrażeniami z całodziennej wędrówki. Jest miejscem towarzyskich spotkań, rozmów, niekiedy nawet o interesach. Tu opowiada się dowcipy i śpiewa, śpiewa, śpiewa! Tu nawiązuje się przyjaźnie, stąd odeszła niejedna para w takt marsza Mendelsohna. Tu też dzieci uczyły się piosenek i słuchały bajek, jakich nigdy nie zobaczyłyby w telewizji, czy wysłuchały z radia. Przy tym ogniu zawsze wre gar pełen wrażeń, emocji, radości, smutku, niekiedy melancholii… Nic więc dziwnego, że opisując każdy ze spływów, z takim namaszczeniem wtrącam wzmiankę o ognisku. Nasze nadodrzańskie, nie różniło się wprawdzie formą od innych, ale, jak każde, było czymś samym w sobie oryginalnym. Zasiedliśmy więc kręgiem i zaśpiewaliśmy. Tym razem były to ballady kresowe, przepięknie intonowane przez Grzesia. Wtórował on sobie wcale zgrabnie na siedmiostrunowej gitarze, a śpiewał tak pięknie, że na myśl przychodził koncert mickiewiczowskiego Jankiela. Każdy, kto przeżył żal rozstawania się z ogniskiem wie, że będzie oczekiwał następnego, jakby było czymś atrakcyjniejszym od najbardziej precyzyjnie wyreżyserowanego spektaklu teatralnego.

Ranek następnego dnia. Zapowiada się piękna, słoneczna pogoda. Posileni i wypoczęci wsiadamy w swoje wodniackie wehikuły i porwani bystrym nurtem rzeki, spływamy do Nowej Soli. Po drodze mijamy wielu niedzielnych wczasowiczów, którzy masowo wylegli na nadodrzańskie łęgi. Niektórzy z nich opalają się, bo o kąpieli w rzece nie może być mowy. W owym czasie woda w Odrze była tak zanieczyszczona chemicznie, tak brudna i cuchnąca, że powinno przestać się mówić o niej jak o wodzie. Jestem przekonany, że film z aparatu fotograficznego, włożony na 30 minut do tej cieczy, sam wywołałby się i utrwalił. Niektórzy z wypoczywających próbowali złowić coś na wędkę, ale wszyscy wiedzieli, że mógł im się trafić jedynie osobliwy gatunek – "FENOLAK". Już wówczas zaczęto myśleć o ochronie środowiska. W tamtym roku zamknięto największe dwa trucicielskie zakłady, w Brzegu Dolnym, i w Jeleniej Górze. Opracowywano też kompleksowe plany budowy licznych oczyszczalni ścieków. Proszę sobie wyobrazić, że ponad stutysięczne miasto, jakim była Zielona Góra, odprowadzało swoje ścieki komunalne czternastokilometrowym kanałem wprost do Odry! Niestety, jak zawsze na przeszkodzie w szybkim rozwiązaniu problemów stanęły względy finansowe. Bytom Odrzański przyciągnął naszą uwagę swym malowniczym położeniem. Usytuowany na wzgórzu, z daleka zapraszał. Wstąpiliśmy więc. Zachwyciła nas secesyjna starówka. Tu też zjedliśmy obfity i smaczny obiad, serwowany w miejscowej knajpce. W Nowej Soli, nie zatrzymaliśmy się. Wszyscy znają to miasto doskonale. Jest jednym z większych w naszym województwie. Popłynęliśmy aż do Stanów, tam, w dąbrowie rozbiliśmy kilkanaście namiotów. Po czterdziestokilometrowym etapie, nikt już nie miał siły ani chęci by nazbierać chrustu na ognisko, zresztą, w lesie i tak byśmy go nie rozniecili. O zmroku słychać już było zewsząd chrapania strudzonych ludzi.

Następny ranek. Znów szykuje się piękny dzień. Wsiedliśmy do łódek i ruszyliśmy. Krótki, bo tylko czternastokilometrowy etap, przebyliśmy "krótkim szusem". W Cigacicach czekała już na nasze bagaże ciężarówka, a na nas autobus. Opaleni i rozgawędzeni wsiedliśmy więc, i żegnając Cigacice oddaliliśmy się w kierunku naszego miasta. Jaka szkoda, że jutro, w szarym znoju dnia codziennego, będziemy mogli żyć już jedynie wspomnieniami z odrzańskiego spływu.

Usiądzie ballada, przy ogniu wędrowca
I wrzuci do ognia gałązkę jałowca.
Kto raz się zachłyśnie podobnym zapachem,
Ten nigdy nie uśnie pod dachem!



IX Trzeci, Regionalny spływ nocny "Bóbr’81"

No i proszę! Ledwie człowiek zwinął manatki na Odrze a już organizuje się kolejny spływ. Kraj pogrążony w chaosie a turyści działają. Polską wstrząsnęła wieść o śmierci Prymasa Tysiąclecia, Stefana Wyszyńskiego. Był on symbolem niezłomnej walki o godność człowieka, toteż w jego pogrzebie, który odbył się 31 maja 1981r w Warszawie, wzięło udział tysiące osób. 5 czerwca, w dniu rozpoczęcia naszego spływu, powrócił do Polski po trzydziestu latach nieobecności, Czesław Miłosz, laureat literackiej nagrody Nobla.

Tak, tak, to już było! Tym razem jednak organizatorzy postanowili nieco zmienić scenariusz. Wystartowaliśmy o godzinie 19.00.

Nie wiem czemu organizatorzy , już w połowie etapu postanowili "wyłączyć światło". Bóbr, mimo że dobrze mi znany, po zapadnięciu zmroku stał się bardzo trudny do przebycia. Płynęliśmy więc zwarta grupą, oświetlając sobie drogę latarkami. Do Gorzupii dotarliśmy przed północą i tu dopiero się zaczęło… Jeśli ktoś widział biegające wokół mrowiska, w chwili zagrożenia, mrówki, i stwierdził, że żadnego porządku w tej bieganinie nie ma, miał rację, ale kto był świadkiem naszych przejść, gdy wylądowaliśmy na biwaku w Gorzupii, ten zrozumiał, że pojęcie "totalny chaos", będzie w sam raz pasowało do tego co widział. Zamieszanie, jakie zafundowali nam organizatorzy spowodowane było brakiem ich wyobraźni. Totalne ciemności i mała przyczepa towarowa, przystosowana do ciągnięcia za zaadaptowanym do przewozu bagaży GAZ-em ( takim zdemobilizowanym z armii gazikiem).Kiedy jest widno, rozładowanie takiej przyczepy i odnalezienie swojego tobołka nie nastręcza żadnych kłopotów, tymczasem w nocy sprawa miała się zgoła inaczej. Ludzie zmęczeni i lekko już podenerwowani zaczęli przewracać na stos złożone bagaże, by odnaleźć swój śpiwór, plecak, czy namiot. Po kilkukrotnym przerzuceniu wszystkich rzeczy zyskiwało się niewielką szansę, na "wymacanie" tych właściwych. Potem rozpoczęło się gorączkowe poszukiwanie miejsca do ustawienia namiotu, a kiedy już to miejsce było, niektórzy spośród uczestników , szczególnie ci, którzy mieli pożyczony sprzęt, mordowali się prawie do rana próbując ustawić nieznany im typ namiotu. O pomocy w takim przypadku nie mogło być mowy, gdyż wszyscy pomagający wprowadzali taki mętlik, że nieszczęśnicy, tymczasowi właściciele namiotów, do reszty głupieli i przeganiali w końcu pomocników, gdzie pieprz rośnie. Piękny ranek poprawił wszystkim humory, do tego stopnia, że chętnie wzięli udział w zorganizowanych przez kierownictwo spływu, zawodach. Potem była kąpiel, a koło południa wystartowaliśmy do drugiego etapu, który kończył się w Krzystkowicach ( obecnie Nowogród Bobrzański Dolny). Tam, w gospodzie, czekał na nas obiad. Posileni, przystąpiliśmy do tradycyjnego "chrztu wodniackiego"

Na zdjęciu widać dziewczynę, która musi przeskoczyć przez oczyszczający ogień, a z "wora" wyłania się Jędrek, nowicjusz, który niebawem stanie się nieodłącznym towarzyszem moich eskapad.

Potem było zwyczajowe dekorowanie kajaków. Bolo bardzo się tym przejął i "dopieszczał" swój kajak (foto, obok)Udekorowane kajaki, jak zwykle oceniało specjalne jury. Oceniano pomysłowość, zaangażowanie załogi w wykonaniu dekoracji, wreszcie efekt końcowy. Potem rozdano wszystkim pochodnie i pozwolono wypłynąć. Zakończenie etapu nocnego zaplanowano po sześciu kilometrach, przy zaporze w Krzywańcu. Etap przebiegał spokojnie, bez jakichkolwiek incydentów, no może za wyjątkiem interwencji jakiegoś gorliwego społecznego inspektora wędkarskiego, który sądząc, że jesteśmy kłusownikami, wsiadł w swoją łódź i zaczął nas ścigać. Dopiero po śpiewach i sporej ilości kajaków zorientował się, że to nie kłusownicy.

Tym razem, na mecie udało się uniknąć tumultu. Organizatorzy, nauczeni doświadczeniem dnia ubiegłego, załadowali bagaże w określonej kolejności i potem w odwrotnej je wydawali. Teren był suchy i równy, wiec namioty stanęły już szybko. Było ognisko, ale takie zaimprowizowane z resztek niedopalonych pochodni, które powtykaliśmy obok siebie. Ze względu na bliskość lasu, nie chcieliśmy ryzykować rozpalenia prawdziwego ogniska. Program spływu przewidywał płyniecie starorzeczem i po stronie prawej zapory, właśnie u wejścia na starorzecze stał nasz obóz, ale znalazł się ktoś, kto u organizatorów zasiał zwątpienie. Powołując się na rzekomą znajomość rzeki, stwierdził, że przy tak niskim stanie wody, przepłynięcie starorzeczem jest absolutnie niemożliwe. Komandor, Ryszard D. z Żagania, smutny, z powodu nękających go w tym spływie niespodzianek, polegając na znajomości wody owego "eksperta", zmienił plan i skierował nas do Dychowa i to kanałem. Nocą, kiedy i tak nic nie widać, płynięcie kanałem było bezpieczne i wcale nie nudne, inaczej miała się sprawa w dzień. Dwudziestokilometrowe, wybetonowane koryto kanału, gdzie prócz szarych ścian i wystających ponad koryto słupów energetycznych, nie widać nic, jest koszmarnie monotonne i nieludzko nudne. Postanowiłem sobie, że pokonam ten kanał po raz ostatni. Dotrzymałem, jak dotąd sobie danego słowa.


Spływ Bobrem nie był popisem organizacji. Ci, którzy organizowali go po raz trzeci, widocznie też doszli do takiego wniosku, bo był to ostatni spływ Bobrem, organizowany przez ten klub.

Trzeba przyznać, że piętrzące się kłopoty organizacyjne, uczestnicy spływu znosili dość dobrze. Dzięki temu, znów nawiązały się liczne znajomości i przyjaźnie. Tu właśnie, na tym spływie poznałem wspomnianego już wcześniej Jędrka. Był to jego pierwszy w życiu spływ, a odtąd staliśmy się nieodłącznymi towarzyszami na kolejnych eskapadach, zgrani i rozumiejący się bez słów, ot – po prostu bratnie dusze. Dotąd, choć już obaj nie pływamy kajakami, nadal, wraz z naszymi rodzinami utrzymujemy bardzo przyjazne kontakty. Żałuję tylko, że nasza córka jest tak dużo młodsza od któregoś z ich synów…


Udostępnij:

przylodz 30.01.2008 18067 wyświetleń 10 komentarzy 2 ocena Drukuj



10 komentarzy


  • przylodz
    przylodz
    Nowy tekst dodano do "Wiosłem na wodzie pisane" zapraszam.
    - 21.02.2008 22:32
    • Apis
      Apis
      Nowa Sól, Cigacice, Bytom Odrzański, Krosno Odrzańskie pokazują całej Polsce jak wygląda turystyka wodniacka. Tylko pozazdrościć Wam, kajakarzom i wodniakom takiej dbałości o wasze sprawy. Szkoda, że o nas - żeglugę towarową - nie dba się w równym stopniu.
      - 22.02.2008 20:10
      • Apis
        Apis
        Kolejny ciekawy rozdział dodałeś - łezka w oku sie kręci.
        - 06.03.2008 10:51
        • przylodz
          przylodz
          Do cyklu "Wiosłem na wodzie pisane" dodałem nowy rozdział.Zapraszam do czytania.
          - 10.03.2008 15:34
          • przylodz
            przylodz
            Zapraszam na Barycz. Nowy rozdział z cyklu "Wiosłem na wodzie pisane"
            - 12.03.2008 08:20
            • przylodz
              przylodz
              A ja wciąż zapraszam na Barycz. "Wiosłem na wodzie pisane"
              - 14.03.2008 10:45
              • przylodz
                przylodz
                Do "Wiosłem na wodzie pisane" dodano dwa kolejne rozdziały. Zapraszam.
                - 15.03.2008 12:08
                • przylodz
                  przylodz
                  Ciąg dalszy istnieje. Wysłałem właśnie do Kapitana kolejne dwa rozdziały, ale zapewne z powodu "śmiecenia na pokładzie" przez jakiegoś niegodziwca, zamieszczenie tych rozdziałów się opóźnia. Zatem cierpliwości!Wink
                  - 28.03.2008 12:37
                  • Apis
                    Apis
                    Już są dodane
                    - 30.03.2008 13:00
                    • przylodz
                      przylodz
                      "Wiosłem na wodzie pisane" Dodano ciąg dalszy, zapraszam do czytania.
                      - 04.04.2008 19:24

                      Dodaj lub popraw komentarz

                      Zaloguj się, aby napisać komentarz.

                      Ocena zawartości jest dostępna tylko dla zarejestrowanych użytkowników.
                      Proszę Zaloguj lub Zarejestruj się by zagłosować.
                      Niesamowite! (2)100 %
                      Bardzo dobre (0)0 %
                      Dobre (0)0 %
                      Średnie (0)0 %
                      Słabe (0)0 %
                      Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na nasze ustawienia prywatności i rozumiesz, że używamy plików cookies. Niektóre pliki cookie mogły już zostać ustawione.
                      Kliknij przycisk `Akceptuję`, aby ukryć ten pasek. Jeśli będziesz nadal korzystać z witryny bez podjęcia żadnych działań, założymy, że i tak zgadzasz się z naszą polityką prywatności. Przeczytaj informacje o używanych przez nas Cookies