"Barka" Augusta: smaki i niesmakiDrukuj

Było mniej więcej tak, jak zawsze bywa. Był dzień i był głód. Głód, że tak powiem, prywatny, wcale niezwiązany z koniecznością napisania recenzji. Zdarzył się jakiś czas temu na Kazimierzu, w czasie spaceru.

Kiedy taki głód dopada, od razu nachodzą mnie myśli dość ponure: bo rzadko potrafię powiedzieć bez zastanowienia, gdzie na jedzenie pójdę. Zawsze jest jakieś ale: cena, zapachy zbyt wyraziste z kuchni, specyficzne jedzenie, którego zbyt często powtarzać się nie da. Właściwie wszędzie tak jest, z jednym chwalebnym wyjątkiem, ale ten wyjątek mam tuż pod domem, więc możecie uważać, że to z lenistwa. (Ów wyjątek mieści się przy Krupniczej i nawiedzam go bardzo często. To jest po prostu mojego domu przybudówka, a nie restauracja, miejsce obce).

Na Kazimierzu mógłbym pójść do Zazie, mógłbym na hamburgery, mógłbym się przejść do Al Dente, i jeszcze w parę innych miejsc, do Chilijczyków pod hiszpańską banderą, albo do wymuskanej Szarej, albo - na drugim biegunie - na sycylijskie przekąski czy na solidne jedzenie u Syryjczyków. Mógłbym do Chińczyka, naszego rodzynka, jedynego prawdziwego w okolicy. Jest ładnych parę miejsc, gdzie bym mógł, ale z różnych powodów czasem nie chcę. Bo wystrój okropny, bo cena za wysoka jak za codzienne jedzenie, bo zawsze kolejka, albo jeszcze co innego; bo w godzinie, kiedy mnie głód męczy, mogę mieć pewność, że będą już tylko niektóre dania - niekoniecznie te, za którymi przepadam. Dlatego wciąż szukam nowości, miejscówek swojskich i takich w pół drogi, pomiędzy luksusem a tanim barem.

Takie prowadząc ze sobą rozmowy, rozmowy istotne, dotyczące sedna naszych upodobań gastronomicznych - nawet w ulubionej knajpie jedzenie może się przejeść, nawet ulubiona dzielnica może się okazać zbyt uboga - doszedłem do rzeki, która do niedawna była kresem spacerów, a od kiedy jest na niej kładka, to już nie jest. Nie wszedłem jednak na kładkę, tylko w dół zszedłem, podtrzymywany na duchu przez Osobę Towarzyszącą: udaliśmy się na barkę, już trzecią w tym miejscu. Ta nazywa się Augusta. Barka ma przeszklony pokład górny, z którego można rozglądać się po okolicy, i pokład dolny, niewiele ponad poziomem wody. Jest na nim przestronnie i widno, okna są olbrzymie; widać całą podgórską stronę jak na dłoni, wieżycę kościoła w tle; widać kamienice na pierwszym planie, Drukarnię naprzeciw, dom Pod Lwem; widać łuk kładki i głowy ludzi, przemieszczające się jakby samoistnie. Dla tego widoku, i może jeszcze dla wody, która co prawda jest błotnista i mało zachęcająca, ale jednak żywa, połyskliwa, jak rtęć mrugająca aż do wieczora (kiedy się uspokaja i jakby zamiera) - otóż dla tego wszystkiego warto wejść na Augustę w jesienne (oraz zimowe, oraz wszystkie inne) wieczory i południa, i zjeść coś albo tylko pić wino, i być w sumie bardzo zadowolonym z życia.

Na wstępie więc ogłaszam zwycięstwo: okna na wodę, na drugi brzeg, na miasto z daleka każdej restauracji dają potężną przewagę. Zabraliśmy się rączo do zamawiania, bo głód był i nie minął. Na przystawkę - potrawka z grasicy z borowikami. Pomyślałem, że taka przystawka z widokiem na wodę zaspokoi moje najdziksze oczekiwania, bo raz, że grasica, a ja grasicę uwielbiam pasjami, a dwa, że borowiki, które nie tylko są grzybem szlachetnym, ale po prostu są przepyszne i mają w sobie mnóstwo aromatu. Z łatwością ciągną danie nawet średnie na wyżyny, nadają mu oddechu i potęgi. Borowików dodać, to jak posypać złotem. Borowiki w talerz to jak błogosławieństwo.

Gorzej, kiedy samo złoto zostaje do zjedzenia, bo gdzieś wyparowała reszta. Bo, niestety, grasica, to bardzo delikatna istota, eteryczna. Niezrównana, kiedy przygotowana właściwie, niewymęczona temperaturą; wtedy jest jak żywa, krucha i sprężysta, jak szybko podsmażona wątróbka, tylko dużo delikatniejsza. Tu dostałem krupowate coś, rozmoczoną watę z grudkami, zanurzoną pośród (skądinąd pysznych) borowików; a po minucie jedzenia okazało się na dodatek, że nie grzyby w tym daniu dominują, a rozmaryn, jego żywiczna moc. Z rozmarynem bardzo łatwo przesadzić. Jadłem, przyznaję, z głuchą niechęcią: danie wymyślono dość dobrze, ale dennie przygotowano. Czy ten ktoś, kto stał przy kuchni, spróbował kiedyś dania, które upichcił? Czy ma to w zwyczaju? Narzucają się dwie odpowiedzi - nie, nigdy nie próbuje własnych wyrobów, ślepo zawierzając pamięci; albo, co gorsza, niewiele go (ją) smak obchodzi. Jadłem, owszem, jadłem; ale byłem wkurzony. Sknocili moją grasicę.

Zamówiliśmy także makaron, tagliatelle szpinakowe z anchois i kaparami. Oj, nie mam ochoty rozpisywać się tu o makaronie, bo jeśli można popełnić jakiś błąd, to został tu popełniony. Pływał ten makaron w tłustym, ale bardzo wodnistym sosie - sos do makaronu musi mieć zupełnie inną, konkretniejszą konsystencję, musi przylegać do ciasta, oblepiać go miłośnie. Sos pryskał, pomidory nie miały w gruncie rzeczy smaku, kalmary się zgubiły - a w ustach pozostał jedynie smak pieprzu. Pieprz lubię pasjami, tu jednak był nie na miejscu. Smętne to było danie.

Danie ostatniej szansy uratowało Augustę: łopatka jagnięca z purée ziemniaczano-chrzanowym. Mięsa podano obficie, z jagnięcia całkiem już rosłego, rzekłbym, z ciemnym sosem, który przygotowano profesjonalnie, na klarownie i czysto. Do tego kolorowe warzywa - i od nich zacząłem. Mdłe i okropnie rozmiękłe, jakby zapomniano o nich w kuchni na dłuższą chwilę. Cała radość takiego warzywnego dodatku w kolorze i konsystencji, smak na końcu przychodzi. Mięso za to było pyszne, jak trzeba, soczyste, jedwabiste, mięso, które chce się pożerać. Zapieczone purée z dodatkiem chrzanu świetnie kontrowało pieczeniowy charakter mięsa, nadawało barw żywszych, wnosiło niespodziewane aromaty.

Chwalmy więc chrzan, chwalmy jagnięta, sprawdzają się świetnie. Nad resztą zaś, i to całą resztą, przyjdzie się jeszcze zastanowić. W dzisiejszych czasach to wstyd nie radzić sobie z grasicą czy makaronem. Szczególnie kiedy taki widok za oknem.

Restauracja Augusta, Bulwar Kurlandzki u wylotu ul. Gazowej, Dwuosobowy obiad z widokiem - 111 zł.

źródło: krakow.gazeta.pl
fot. Mateusz Skwarczek / Agencja Gazeta
#1 | Trawers dnia 25.11.2012 11:34
Mam podobne przemyślenia dotyczące wrocławskiej "Barki Tumskiej". Pseudomarynistyczny wystrój i nadęte nazwy pomieszczeń (Mesa Kapitańska) a na dodatek brak "pieknych widoków" nie wynagrodzą także i tu panujących (jak na "Auguście" ), kulinarnych niedostatków. Jedynie z górnego "pokładu" (raczej tarasu) widać troszkę Ostrowa Tumskiego - z okien "mesy" widok jest nieciekawy tak jak jedzenie. Skusiłem się na "coś z ryb", ale było to całkiem... zrypane.

O wiele lepiej wrócić do miejsca, które... minęliśmy kierując się do "Barki Tumskiej", czyli do "Karczmy Młyńskiej", której przytulne wnętrze i wystrój nawiązujący do historycznego sąsiedztwa (Młyn "Maria" ) są autentyczne i nienapuszone. Podobnie jak jedzenie.
http://www.hotel-...l,mill.xml
Nienachalna muzyka, w której królują swingujące rytmy a nie disco-polo sprawia, że przyjemnie jest tu posiedzieć dłużej - odwrotnie niż na barce zacumowanej tuż obok. A w lecie można zjeść (i posiedzieć przy lodach) na tarasie, który oferuje widok nie gorszy niż z "górnego pokładu" Barki Tumskiej.

Dziwne to zważywszy, że obie knajpy należą do tego samego kompleksu - czyli "Hotelu Tumskiego".
#2 | Piotr_Uraz dnia 25.11.2012 16:54
O gustach kulinarnych się podobno nie dyskutuje ale ... nigdy nie miałem nic do zarzucenia potrawom na Barce Tumskiej. A szczególnie daniom z ryb. Specjalnie na nie tam chodziłem. Może ktoś miał gorszy dzień?
#3 | Apis dnia 25.11.2012 17:36
Może i na "Auguście " tak było Smile

Dodaj komentarz

Zaloguj się, aby móc dodać komentarz.

Oceny

Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą oceniać zawartość strony
Zaloguj się lub zarejestruj, żeby móc zagłosować.

Brak ocen. Może czas dodać swoją?

  PRchecker.info Free counters!
Apis | Alhenag | Absolwenci TZS | Wierzbnik | Rada Kapitanów | PHP-Fusion PL