O nie! Gdzie jest JavaScript?
Twoja przeglądarka internetowa nie ma włączonej obsługi JavaScript lub nie obsługuje JavaScript. Proszę włączyć JavaScript w przeglądarce internetowej, aby poprawnie wyświetlić tę witrynę, lub zaktualizować do przeglądarki internetowej, która obsługuje JavaScript.
Artykuły

Epizod z Prądówką

16.02.2010

Od 2000 roku wszystko zmieniło się na Wiśle, nie ma już bagrów, prądówek, parowców, zniknęły specjalistyczne przedsiębiorstwa zajmujące się regulacją i drożnością szlaków żeglownych. Myślę ze nadejdzie taki czas iż na Wiśle znów pojawią się bagry, prądówki i kafary w postaci nowoczesnych maszyn i urządzeń które doprowadzą iż transport wodny tak jak za dawnych lat będzie przeżywał swój renesans.

Po ukończeniu zawodówki w 1960 roku, kiedy to żegluga na wiśle i rejony dróg wodnych jeszcze "kwitły", podjąłem starania o pracę na statkach w Żegludze warszawskiej. Wtedy nie myślałem że będę miał kłopoty z zatrudnieniem, ponieważ kadrowy w ŻW p. E. Znamięcki znał mnie od chłopca z lat szkolnych, kiedy spędzałem wakacje szkolne na białych parowcach. Okazało się iż moja tężyzna fizyczna, jeszcze nie predysponuje mnie do pracy na pokładach statków żeglugi. Poczułem się jakby upokorzony tym faktem. Tak więc postanowiłem szukać pracy w Rejonie Dróg Wodnych w Warszawie, razem z moim kolegą Kazimierzem Bogusiem z Czerwińska, którego ojciec był palaczem na dużej pogłębiarce "Kret", należącej do R.D.W. Warszawa.

Wybraliśmy się kursowym statkiem pasażerskim p/s "Jan Kiliński" z Czerwińska do Warszawy, podróż trwała osiem godzin nocą, cena biletu sześć złotych. Przez całą podróż nie skorzystaliśmy z pokrytych siwą dermą miękkich siedzeń w drugiej klasie, chełpiąc się ciekawością nocnej jazdy przy reflektorze, podglądając sternika i jego ruchom lewej ręki co chwila poruszającej parowe koło sterowe, raz w lewo raz w prawo, lekko cofając kołem, zamykając maszynkę parową aby nie upuszczać cennej pary. Prawa ręka lekko podciągała raz w lewo, raz w prawo za lejce łączące sterówkę z reflektorem dziobowym, szukając bakenów. Kapitan J. Żukowski jakby spacerował od prawego do lewego tamboru, na których stały mosiężne telegrafy maszynowe. Z tyłu sterówki za kominem z uchylonych świetlików wydostawał się zapach z zużytej oliwy i wilgotnej pary, ten mariaż wilgotnej pary z oliwą, to efekt pracy maszyny parowej i ciągle dosypywanego węgla do pieca przez palacza. Z lewej strony komina przymocowana była mosiężna syrena parowa z wyprowadzoną mosiężną rurką zakończona manometrem na który od czasu do czasu spoglądał kapitan Żukowski.

Godzina szósta rano opuściliśmy pokład p/s "Jan Kiliński" udając się ulicą Solec do Czerniakowskiego portu, gdzie mieściło się biuro kadrowca do spraw załóg pływających. Minęliśmy warsztaty W.Z.E.K. zlokalizowane u wylotu portu do Wisły, dalej mieściły się warsztaty R.D.W. i stocznia. Zanim weszliśmy do biura kadr zeszliśmy nad wodę, w basenie portowym było gęsto od wszelkiego rodzaju jednostek pływających – "Smok – III", "Belzebub", "Prypeć" i "Kret", były to duże pogłębiarki i wiele co pomniejszych jednostek pływających. Tu spotkaliśmy kilku starych marynarzy z Czerwińska, a w ogóle tych Piekutów, Kruczów, Walewskich, Biernatów, czy Lewandowskich, wszędzie można było spotkać. W końcu weszliśmy do kadr.

Po rozmowie z kadrowcem, zapomniałem jego nazwisko, dał mnie i Kazikowi karteczkę do kpt. Antoniego Kieszkowskiego z Czerwińska, wówczas dowodzącego prądówką pracującą w rejonie byłej stoczni w Modlinie, poniżej mostu w Nowym Dworze Maz, wyrywającą z dna rzeki Narew stare pale w obrębie filarów tegoż mostu. Prądówka stała na wodzie na czterech kotwicach, które oznaczone były czerwonymi bobrami, przy jej lewej burcie stała kotwiarka i krypa, zaś przy prawej burcie wisiał lekko podfangowany pal wyciągnięty z dna rzeki. Po dziesięciu minutach naszego wołania, ktoś z załogi wsiadł do łódki i dowiózł nas na Prądówkę. Zameldowaliśmy się kpt. Antoniemu, wręczając mu karteczki od kadrowca sugerujące odnośnie naszych predyspozycji co do przydatności podjęcia pracy na pokładzie Prądówki. Pan Antoni dał nam chwile na zapoznanie się z pokładem.

Prądówka z pochyloną stalową wysięgnicą w kształcie odwróconej litery V, z rozpornicą po środku a na jej stożkowatym końcu, kilka jakby talia obudowanych kół linowych poprzez, które pracowały stalowe liny, odwijane bądź nawijane ręcznymi windami. Od rufy prądówki skąd z zamontowanej windy biegła stalowa lina nad pomieszczeniem dla załogi, do stożka wysięgnicy, lina ta spełniała jakby funkcję "renera" tj. liny podciągającej lub opuszczającej wysięgnice, czyli ramę stanowiącą główne urządzenie na pokładzie Prądówki, poza tym na pokładzie zamontowanych było kilka wind ręcznych i dość masywny dewid , który służył do przemieszczania wydobytych z dna rzeki wszelkiego rodzaju prądowin. Na zewnętrznych ścianach pomieszczenia mieszkalnego wisiały ; stropy stalowe i różnego rodzaju zawiesia i cyple, piły, klamry, haki, drewniane i stalowe blochy, bosaki, bobry, topory, i buchty. Na dachu leżały drągi, bumsztaki i wiosła. Na śródokręciu usytuowane było pomieszczenie dla załogi – kuchnia, pomieszczenie gospodarcze i dwie kajuty, wewnątrz czuć było stęchlizną i zużytym olejem, poza tym pachniało waciakami, gumowcami, i drelichami, z kuchni wydobywał się swąd niedawno smażonych ryb. Pan Antoni o skrzywionej i podobnej do niej twarzy z lekko skrzywionym prawym okiem polecił koledze Kazikowi wejść do drewnianej łódki i objechać filar mostu poniżej którego stała Prądówka.

Ten jak mi się zdawało egzamin trwał około pól godziny, Kazik wrócił nieco zmęczony a był bardziej fizycznie zbudowany ode mnie. Teraz na mnie kolej,gacie mi się trzęsły ze strachu, czy aby podołam temu zadaniu. Tak więc wskoczyłem do łódki wziąłem pychówkę w ręce i płynę w kierunku filara wskazanego przez p. Antoniego. Zadanie to wykonałem resztkami moich sił i w dłuższym czasie niż mój kolega, tak więc Pan Antoni zrezygnował ze mnie i powiedział : "Musisz dużo jeść to będziesz silny, a jak nabędziesz krzepy to zgłoś się do mnie".

I znów rozczarowanie. Kolega Kazik został na Prądówce, ja z kwitkiem wróciłem do Warszawy. A może to i dobrze pomyślałem, cóż to za marynarz na Prądówce wśród lin, wind i smrodów wyciągniętych z wody, stępali, czarnych dębów i wszelkiego rodzaju prądowin zalegających w korytach Narwi i Wisły. A jednak jak się później okazało nie miałem racji ; to dzięki Prądówkom ręcznym parowym aż poznane wiślakom " Dericki", które udrażniały szlak żeglowny usuwając z dna Wisły i Narwi pozostałości po wojnie – wszelkich wraków, stępali, dębów czarnych jak smoła, pali po starych drewnianych mostach i ogromnych kamieni, które zalegały okolice Warszawy, Modlina, Miączynka, Czerwińska, Rakowa, a poniżej Włocławka kilometr rzeki Wisły 683 i 690. Gdzie w latach 60tych pracowała Prądówka parowa "Wyrwidąb" z R.D.W. Toruń. Nazywana przez nas "Grajfrem". I pomyśleć tylko, że takie prądówki udrażniały i usuwały przeszkody podwodne przyczyniając się do bezpiecznej Żeglugi i do swobodnego spływu lodów.

Z biegiem lat role Prądówek przejęły pontony i barki na których instalowano najpierw dźwigi parowe, później samojezdne dźwigi "Waryńskie", "Diery" i "Mobasy", które dziś wykorzystuje się do wydobywania żwiru i piasku w celach komercyjnych z dna naszych rzek. Ostatnim samobieżnym dźwigiem pływającym jakim był tczewski "Piast", spełniający od roku 1936 rolę Prądówki, armator z Kazimierza nad Wisła przebudował na statek pasażerski – o zgrozo "Potwór na Wiśle"

Oby "Sarna" pracowała jak najdłużej bo to ona przypomina o minionych latach udrażniania szlaków żeglownych przez rejony dróg wodnych na Wiśle i Narwi. A tak nawiasem mówiąc któż by teraz potrafił podczepić linami ogromnego "Dęba", czy nawet zwykłą starą dalbę, dziś musiałby to być "inżynier", a kiedyś robili to zwykli bez większego wykształcenia ludzie i chwała im za to.

Od 2000 roku wszystko zmieniło się na Wiśle, nie ma już bagrów, prądówek, parowców, zniknęły specjalistyczne przedsiębiorstwa zajmujące się regulacją i drożnością szlaków żeglownych. Myślę ze nadejdzie taki czas iż na Wiśle znów pojawią się bagry, prądówki i kafary w postaci nowoczesnych maszyn i urządzeń które doprowadzą iż transport wodny tak jak za dawnych lat będzie przeżywał swój renesans.

A na koniec moich dni wnuki będą wspominać mój wierszyk którego nauczyła mnie matka.

"A gdy się z domu wyszło i gdy jest wiosna lub lato
Miło jest przejść się nad Wisłę w niedziele z mamą i tatą
Nad statkiem jest dymów wstążka, od słońca mrużą się oczy
A Wisła jak piszą w książkach fale ku morzu toczy".

Stanisław Fidelis

Apis 16.02.2010 4296 czytanie 5 komentarz 2 ocena Drukuj

5 komentarz

Pozostaw komentarz

Zaloguj się, aby napisać komentarz.
  • koj
    koj
    Panie Stanisławie piękne wspomnienia.
    Pozdrawiam
    Zbyszek
    - 19.02.2010 15:49
  • K
    K Domagala
    Mnie też podobają się wspomnienia mojego byłego szefa,ale panie Stanisławie nie wiem czy spełnią się Pana marzenia-ponieważ Wisła robi się pustą, smutną dziką rzeką.
    - 19.02.2010 21:54
  • F
    Fidelis
    Do Koja; p. Zbyszku miałem okazję płynąc z Krakowskiej stoczni w 1962r nowym hol m/s ,,Sandacz'' i póżniej 1967r nowym p/h ,,Łoś o4'. W Nniepołomicach , poniżej drewnianego mostu zatrzymaliśmy się na chwilę ,do sklepu uzupełniając prowiant. Tego typu stateczkom ,żegluga w tamtych czasach nie sprawiała większych kłopotów, po zlocie do W-wy na m/s ,,Sandaczu'' wymieniono kapitana L.Borowskiego z Włocławka ,na Stanisława Klimę z Niepołomic. Był to stary i wytrawny fachowiec z górnej Wisły i bardzo przydatny w żegl. Wa -wskiej ,P kpt Klima był bardzo rozbudowany fizycznie ważył około140 kg i miał kłopoty na tym holowniku z wypoczynkiem nocnym ,po prostu,zeby mógł się przekręcić na drugi bok, musiał wyjść z łóżka i ponownie położyć,poprostu przestrzeń dzieląca łózko od pokładu, oczywiście oszalowanego wewnątrz kajuty była zbyt mała dla postury kapitana Klimy. Pływał póżniej na m/s ,,Jaworzno'', apo jego odstawieniu na pierwszym prototypie pchacza typu ,,ŻUBR-WO2'',który do dziś stoi w porcie praskim, ale już nal lądzie ,spełniając funkcje warsztatu byłemu mechanikowi w żegludze w-wskiej kol Bogdanowi Zielińskiemu. Muszę przyznać ,iz wodniacy z górnej Wisły to wspaniali fachowcy a było ich wielu.Do dziś utrzymuje kontakt z kpt Zdzisławem Jędralem z Sandomierza, przed wielu laty pływał na hol p/s ,,Wanda'' i ,,Melsztyn'', a i dziś można go spotkać na jeziorze Żywieckim przy sterze.
    - 20.02.2010 15:56
  • Adam Reszka
    Adam Reszka
    Cieszy mnie bardzo, że p. kpt Fidelis wreszcie się "rozpisał". Dodam do Pańskiej wypowiedzi Panie Stanisławie, że mam podobne, wysokie mniemanie o marynarzach "krakowskich". I jeszcze taka ciekawostka: w czasach, kiedy samospław nie był zabroniony, barki "poznanianki" z PBW Sandomierz z daleka rozpoznawałem po drygawkach, którymi załogi tych barek kultywując umiejętności wyniesione z techniki prowadzenia galarów, posługiwały się skutecznie z godną podziwu wprawą.
    - 20.02.2010 18:19
  • Wojciech Rytter
    Wojciech Rytter
    Drogi Stasiu jestem pelen podziwu dla Twoich wspomnien.Jestem dumny,ze mam tak wspanialego Przyjaciela.Dobrze,ze pracujemy razem.Majac teraz wiecej czasu mozesz opisywac wiele ciekawych wspomnien i przekazywac nam.Za co srdecznie Tobie dziekujemy.
    - 22.04.2010 15:28

Ocena zawartości jest dostępna tylko dla zarejestrowanych użytkowników.
Proszę Zaloguj lub Zarejestruj się by zagłosować.
Niesamowite! (2)100 %
Bardzo dobre (0)0 %
Dobre (0)0 %
Średnie (0)0 %
Słabe (0)0 %
Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na nasze ustawienia prywatności i rozumiesz, że używamy plików cookies. Niektóre pliki cookie mogły już zostać ustawione.
Kliknij przycisk `Akceptuję`, aby ukryć ten pasek. Jeśli będziesz nadal korzystać z witryny bez podjęcia żadnych działań, założymy, że i tak zgadzasz się z naszą polityką prywatności. Przeczytaj informacje o używanych przez nas Cookies