Tratwą z Płocka do MalborkaDrukuj

Zaczęło się od latających wrót od stodoły...

W 2014 roku wspólnie z młodzieżą z Zespołu Szkół w Maszewie Dużym z gminy Stara Biała k. Płocka i instruktorami z Kręgu Harcerstwa Starszego "Wachta" realizowaliśmy autorski projekt w ramach Funduszu Inicjatyw Obywatelskich. Podczas realizacji tego projektu uczyliśmy chłopaków podstawowych, prostych prac technicznych tzw. majsterkowania. Projekt zakończył się sukcesem, bo spora grupka chłopców chciała uczestniczyć w kolejnych zajęciach dalej. Zaczęliśmy więc szukać nowych wyzwań dla naszej grupy. Wówczas przypomniałem sobie powiedzenie o naszych pilotach z II wojny światowej z Anglii, że byli zdolni nawet na wrotach od stodoły polecieć. Dlaczego więc my nie moglibyśmy spróbować na tych "wrotach" popłynąć po Wiśle. I tak postanowiliśmy wspólnie z członkami naszego Kręgu i przy wsparciu Stowarzyszenia "ŻRÓDŁO" z Maszewa Dużego zaprojektować i wybudować samodzielnie tratwę, którą moglibyśmy spłynąć po Wiśle do Gdańska (ostatecznie zmieniliśmy nasze plany i popłynęliśmy do Malborka).

Tratwa - projekt i wykonanie

Parametry, którymi kierowaliśmy się przy projektowaniu naszej tratwy były następujące. Pierwszy i najważniejszy to bezpieczeństwo i wytrzymałość konstrukcji, następnie wyporność nie mniejsza jak 2500 kg, zanurzenie nie większe jak 45 cm, wymiary nie przekraczające 8 m na 4,5 m, łatwość wykonania (montażu i demontażu, z którymi poradziliby sobie młodzi harcerze). Ważnym także czynnikiem były jak najmniejsze koszty. Jako podstawowy nośnik tratwy wybraliśmy standardowe plastikowe beczki o pojemności 220 litrów każda. Konstrukcja złożona z pojedynczych beczek gwarantowała nam bezpieczeństwo tratwy w przypadku uszkodzenia nawet kilku beczek w czasie wpłynięcia na kamienie lub jakieś inne ostre przeszkody wodne. Beczki zamontowaliśmy obejmami z bednarki ocynkowanej do ramy stalowej wykonanej z profili zamkniętych tworząc modułowy pływak składający się z czterech beczek. Takich modułów wykonaliśmy na potrzeby naszej tratwy sześć. Po skręceniu stworzyły one nam trzy pływaki o długości 8 m, co pozwoliło na stworzenie trimaranu złożonego z 24 beczek. Pokład ułożyliśmy z desek 25 mm na konstrukcji wręgowej wykonanej z krokwi o wymiarach 100x70 mm przykręconych co metr do konstrukcji stalowej pływaków. Do zewnętrznych krawędzi krokwi przymocowaliśmy metalowe słupki relingów o wysokości 110 cm. Na pokładzie ustawiliśmy wykonany ze stalowych rurek namiot, przykryty plandeką. Jako napęd i ster posłużył nam wysłużony dwusuwowy silnik JONSONA 15 KM. I to już cała nasza tratwa... Budowa trwała z przerwami na zdobycie materiałów i funduszy od maja do 15 sierpnia tego roku. Ileż ta praca dała radości naszym chłopakom i całej kadrze tego nie da się opisać. Należy też powiedzieć, że każde nasze spotkanie kończyliśmy przy słoiku miodu i dzbanku mleka, przy których jeszcze długo zastanawialiśmy się nad lepszymi rozwiązaniami naszej konstrukcji tratwy. W chwili wypływania zabraliśmy ze sobą jeszcze trochę desek, śrub, farby aby dokończyć drobne niedociągnięcia.





Aprowizacja materiałów i prowiantu

W czasie trwania budowy, aż do końca naszego spływu, wspierało nas i nasze dzieło wielkie grono Przyjaciół, Rodzice i Dziadkowie naszych chłopaków. Wielkie wsparcie uzyskaliśmy u lokalnych Przedsiębiorców i Właścicieli firm. Często podczas pozyskiwania środków u potencjalnych sponsorów słyszeliśmy słowa o ciężkim roku i zastoju na rynku. Czasami było zupełnie inaczej, tak jak w trakcie jednego z wielu spotkań z szefem dużej firmy budowlanej. Kiedy po przedstawieniu prośby o wsparcie naszej inicjatywy zapadła dłuższa cisza, przekonany, że za chwilę usłyszę znanych mi już z innych miejsc wypowiedzi z usta pana Prezesa padły słowa "Jak ja bym z wami popłynął chłopaki. Co potrzebujecie ?". W ten sposób zdobywaliśmy wszystkie materiały potrzebne do budowy naszej tratwy. Począwszy od beczek, a skończywszy na śrubach, linach, wkrętach. Aprowizacja prowiantu również miała swoich "dobrych duchów". Lokalna hurtownia spożywcza podarowała nam wiele smakołyków na całą naszą podróż, a gminny GOKiS zadbał o nasze emblematy i koszulki naszej wyprawy. Wielką pomocą merytoryczną, techniczną i wsparciem duchowym był dla naszej wyprawy Bosman z Klubu Żeglarskiego PETROCHEMIA w Płocku, nasz stary druh i Przyjaciel z ZHR Marcin Kucelman "Kucyk".

Załoga i rejs

Nasza załoga składała się z ośmiu osób. Trzech członków kadry: Krzysztofa N., Krzysztofa H., Bartka N. oraz 5 członków załogi: najmłodszego Patryka, Krystiana, Witka, Grzesia i Borysa.
Nadszedł długo oczekiwany dzień rozpoczęcia rejsu 15 sierpnia 2015 roku. W niedzielny poranek o godz. 5.30 zarządziliśmy zaokrętowanie i załadunek całego sprzętu i prowiantu. Rodzice i Przyjaciele zjechali by nas pożegnać i jeszcze ostatni raz przed wyjściem w rejs spojrzeć w oczy pociechy. W końcu o godz. 8.00 odbiliśmy od przystani Klubu Żeglarskiego PETROCHEMII (635 km) i ruszyliśmy ku przygodzie...


Dzień pierwszy - do Dobrzynia nad Wisłą (658 km)

Wisła o poranku dnia 15 sierpnia 2015 roku na Zalewie Wiślanym koło Płocka przywitała nas spokojną wodą i lekkim wiatrem "w plecy", była lekko pochmurna, ale parna pogoda. Pierwszy etap zakładał dopłynięcie do Dobrzynia nad Wisłą. Od początku spływu cała nasza załoga z chciwością podziwiała widoki i krajobrazy znanej okolicy z całkiem nowej perspektywy wód Zalewu - ileż było pytań, zdziwienia i odkrywczych okrzyków z rozpoznanych na nowo miejsc. Wachta bosmańska i kuchenna od początku miały pełne ręce roboty. Należało zadbać o porządek i ład na pokładzie no i o nasze puste brzuchy - wiadomo głodny wilk to zły wilk, szczególnie morski... Mimo młodego wieku naszej ekipy wszyscy świetnie gotowali, a w szczególności Witek z Grześkiem wykazali się wspaniałymi umiejętnościami kucharskimi już na początku rejsu. Krystian i Patryk też świetnie wpisali się w rolę "majtków" i z wielkim przejęciem i oddaniem zajęli się klarowaniem cum i porządkiem na pokładzie. Bartek nasz bosman pierwszy przejął rolę sternika i zza rumpla naszego "Dżonsa" sprawnie sterował nie tylko tratwą ale i całą wachtą bosmańską. A ja i mój zastępca Krzysiek mogliśmy wreszcie chwilę odsapnąć. Ale nie dane nam było długo poleniuchować, gdyż od razu zaczęli do nas podpływać zaciekawieni naszą tratwą inni żeglarze. Były to bardzo miłe spotkania, gdzie dało się odczuć starego dobrego ducha wodniackiej solidarności i życzliwości. Była to też pierwsza ważna i pouczająca lekcja wodnej etyki i kultury dla naszych chłopaków. W takim błogim stanie pewnie dopłynęli byśmy do Dobrzynia, gdyby nie wiatr (na szczęście w plecy) jaki dopadł nas gdzieś w połowie drogi. Na szerokich wodach Zalewu szybko zaczęły robić się najpierw niewielkie, ale już po chwili całkiem wyraźne załamujące się fale, które zaczęły bujać naszą tratwą. Po krótkim czasie okazało się, że nie dla wszystkich było to miłe. Dwóch młodych załogantów Witka i Krystiana zmogła choroba morska. Powiem szczerze nie byliśmy na taką okoliczność przygotowani. Na szczęście, obyło się bez poważniejszych ekscesów "za burtowych". Po dopłynięciu do Dobrzynia szybko uzupełniliśmy naszą apteczkę pokładową o Aviomarin. Po drodze mieliśmy też pierwszy prawdziwy alarm: "MISKA ZA BURTĄ". Wszyscy stanęli na wysokości zadania, a nasz bosman Bartek pokazał, co potrafi nasz silnik "Dżonsik" wyczyniać z tratwą przy tak silnym wietrze. Zawróciwszy prawie w miejscu bardzo sprawnie podeszliśmy do nieszczęsnej zguby, którą nam wywiał wiatr z pokładu i już bez większych przygód dopłynęliśmy do nabrzeża w Dobrzyniu nad Wisłą. Nocleg w Dobrzyniu raczej nie należał do udanych. Niedzielny wieczór i noc dużo młodzieży spędza na bulwarze i swym zachowaniem raczej nie zachęcała do dłuższego tam pobytu. O poranku obiecaliśmy sobie, że w miarę możliwości będziemy nocować jak najdalej od miast i osad. To też z nieurywaną przyjemnością wyruszyliśmy następnego dnia do Włocławka.



Dzień drugi - do Włocławka (674 km)

Przy cały czas silnym, a może jeszcze silniejszym jak poprzedniego dnia wietrze, dotarliśmy do przystani MSIRU we Włocławku. Tam bardzo serdecznie zostaliśmy przyjęci przez Bosmana Przystani "Papę Smerfa". Oczywiście manewrowanie przy tak silnym wietrze naszą tratwą, z tak dużym żaglem naszego namiotu, było szalenie utrudnione i nie ominęła nas pierwsza przygoda z wygięciem słupka relingu. Na szczęście udało nam się szybko i sprawnie zacumować tratwę przy wskazanym nabrzeżu i już w spokoju mogliśmy przystąpić do przygotowania posiłku. Mimo wiatru i kołysania nasza kuchnia świetnie się sprawdziła, a chłopaki szybko przygotowali wspaniały gulasz. Noc spędziliśmy pod namiotami przy budynkach przystani, korzystając z gościnności naszych gospodarzy i dobrodziejstw cywilizacji (toaleta, prysznic i kuchnia). I tak minęła nam kolejna noc.



Dzień trzeci – postój

Dzień trzeci spędziliśmy na zwiedzaniu miasta i drobnych poprawkach i naprawach tratwy. Ale najciekawsze i najbardziej oczekiwane przeze mnie były rozmowy z Kolegami i Znajomymi z przystani. Nasza tratwa budziła duże zainteresowanie wszystkich tam obecnych. Nic dziwnego, że wielu z nas zarzucono pytaniami i dzielono się swoimi uwagami. Wszyscy, jak się dowiadywali o naszych planach, życzliwie ostrzegali nas przed niskim stanem wody za śluzą i związanymi z tym niebezpieczeństwami i przeszkodami na drodze. Chętnie dzielili się uwagami na temat żeglowności i nawigacji po Wiśle.

Dzień czwarty - do Nieszawy (700 km)

Dzień powitał nas znowu wiatrem, silnie wiało od Zalewu prosto w nasze plecy. Śluzowanie mieliśmy umówione na 12.00. Spokojnie zjedliśmy śniadanie i sklarowaliśmy sprzęt przygotowując się do przejścia przez śluzę. Czekała na nas przecież pierwsza i do tego nie byle jaka śluza, silny wiatr w plecy i do tego całkiem zielona załoga - miałem lekkiego pietra... Po dopłynięciu do wejścia i zameldowaniu obsłudze, okazało się, że musimy poczekać na otwarcie śluzy jeszcze jakieś dwie godziny, ostatecznie czekaliśmy do 15.00, w końcu dostaliśmy zielone światło. Razem z nami przechodziły śluzę jeszcze trzy jednostki, należało więc szczególnie uważać, tym bardziej, że utrudnieniem był wiatr. Nasza młoda załoga jednak dzielnie poradziła sobie z wiatrem i całkiem sprawnie nasza tratwa wpłynęła do komory śluzy. A później 16,5 m w dół - wierzcie mi to robi wrażenie... Kiedy zeszliśmy na dół i otworzyły się wrota śluzy ukazał się nam widok iście nie wyobrażalny - kanał wyjścia ze śluzy o szerokości paru metrów był prawie suchy. Już po 15 m za wrotami poczuliśmy jak szorujemy beczkami o dno... zaczęła się prawdziwa przygoda ! Przed nami już ugrzęzły na mieliźnie nasi towarzysze ze śluzy. Piotrek ze swoim "chałsbotem" i tratwa "Solidarności", która ma trochę większe zanurzenie niż my. Kadra wyskoczyła do wody, aby sprawdzić jej poziom i po raz pierwszy pada komenda "WSZYSCY DO WODY". Jest nas ośmiu wiec od razu nasza tratwa odzyskuje pływalność i całkiem sprawnie daje się przepchnąć ku głównemu korycie rzeki. Część naszych chłopaków podążyła z odsieczą Piotrkowi, ale w tym momencie usłyszeliśmy informację ze śluzy, że za chwilę puszczą wodę, aby nas fala wody ze śluzy przepchnęła ku Wiśle, więc wszyscy wskoczyliśmy na pokład czekając na wodę... Udało się ! Jesteśmy na prawdziwej Wiśle, szybkiej i bystrej jak górski potok, wijącej sie między wysokimi wydmami piachu, poprzecinanej strumykami, wewnętrznie meandrującej wody. Od razu zadaje sobie pytanie, jak tu znaleźć główny nurt, jak czytać ciebie Wisełko ? Tego czytania uczyliśmy się wszyscy przez najbliższe dwa dni. Po drodze czekało na nas wiele niespodzianek, pierwsza już na 690 km - natrafiliśmy na przeszkodę, o której wspominali chłopaki z przystani i piszą wszystkie informatory o Wiśle - rafy kamienne ... które przy tak niskim stanie wody wyglądały jak początek wodospadu na górskiej rzece. Z daleka mieniły się spienioną wodą i ostrzegały szumem rwącej rzeki o swej bytności. I tu mogłoby zakończyć się nasze podróżowanie, gdyby nie pomoc i asekuracja Piotrka. Specjalnie poczekał na nas i już z daleka ostrzegł i poinstruował, jak najść tratwą by nie trafić na rafę. Przeszliśmy zgodnie z zaleceniami, ale kiedy usłyszałem huk i łoskot uderzenia beczek o kamienie, to przyznam szczerze, że oczami wyobraźni widziałem rozerwaną naszą tratwę i niebieskie beczki płynące dalej po wodzie. Ale nasza konstrukcja świetnie zdała egzamin i poza kilkoma drobnymi wgnieceniami beczek odbyło się bez większych strat (jak drobne były to wgniecenia zobaczyliśmy wyjmując naszą tratwę z wody :). Dalej Wisła wydawała się być przewidywalna, ale nic bardziej mylnego. Już parę kilometrów dalej niespodziewanie w środku nurtu, na szlaku nadzialiśmy się na niewidoczny wielki konar drzewa. Utknęliśmy na dobre mimo kilku prób wycofania się na silniku i wypchnięcia się bosakami. Nie pozostało nam nic innego jak znów podwinąć nogawki i wleźć do wody. Tak powitała nas Królowa dając nam wszystkim pierwszą lekcję pokory. Na nocleg stanęliśmy na lewym brzegu wyspy, na zakolu przed Bobrownikami (695 km). Wykończeni długim oczekiwaniem na śluzowanie i pierwszymi przepychankami padliśmy jak szpadelki i spaliśmy tej nocy jak niemowlaki.




Dzień piąty - do Torunia (736 km)

Nareszcie spokojnie i cicho, słonko od rana rozpieszczało. Po smacznym śniadaniu przygotowanym przez naszych druhów z wachty kuchennej, ruszyliśmy pełni animuszu w dalszy rejs. Mając jednak w pamięci wczorajsze przygody wystawiamy wachtę dwóch chłopaków po lewej i prawej burcie aby mięli "oko" na wodny nurt i ewentualne przeszkody. Mijamy ruiny zamku w Bobrownikach i podziwiamy odkryty szkielet starej łodzi. Na miejscu są prowadzone prace archeologiczne więc płyniemy dalej. Kawałek za zamkiem mamy pierwszą "obcierkę" o dno, ale wszystko kończy się bez moczenia nóg. Dopływamy spokojnie do Nieszawy z nadzieją, że będziemy mogli uzupełnić zapas paliwa. Niestety tu nas spotyka niemiła niespodzianka - brak stacji paliw w Nieszawie - no i mamy problem... Ale od czego ma się na wodzie Przyjaciół. Znowu przyszedł nam z pomocą Piotr i pożyczył nam 10 l paliwa, byśmy mogli spokojnie dopłynąć do Torunia. Mijając Nieszawę przy przejściu na prawy brzeg, za szybko wyprostowaliśmy tratwę i ugrzęźliśmy, pierwszy raz tego dnia na mieliźnie. Kolejna "przepychanka" tratwy czekała na nas za mostem na A1. Wypychanie tratwy, choć męczące, okazało się fantastyczną zabawą dla nas wszystkich, a w szczególności dla młodych druhów. Nasz bosman Bartek zaczął się już specjalizować w wyszukiwaniu przejść na mieliznach i tak powoli zaczęliśmy nabierać doświadczenia w poznawaniu tajemnic naszej Królowej Rzek. W końcu dotarliśmy na nocleg do Torunia. Zacumowaliśmy z przytupem na Bulwarze Filadelfijskim obok restauracji na wodzie, gdzie akurat odbywało się wesele. Można więc powiedzieć, że wprosiliśmy się na wesele. Tu nasza tratwa przeszła prawdziwy test wyporności, obiegli nas bowiem młodzi ludzie z Bulwaru i odwiedzili nas niespodziewanie, przebywający na Kursie Zastępowych w Toruniu, harcerze z Gorzowskiej Chorągwi. Było szalenie miło i wesoło.



Dzień szósty - do Fordonu (775 km)

Raniutko uciekamy z miasta i szukamy spokojnego miejsca na poranną toaletę i by zjeść śniadanie. Znajdujemy takie 5 km od Bulwaru. Jest piękny, spokojny poranek i nic tylko płynąć dalej. Wisła jakby bardziej przyjazna. Ale i w tym dniu na wysokości Solca Kujawskiego przy przejściu na lewy brzeg do przystani WOPR (763 km) znowu nasza tratwa prześliznęła się ledwo nad dnem. Do Fordonu dotarliśmy już późnym popołudniem mijając wyschnięte ujścia starej Brdy i prawie suche wejście nowego ujścia. Pod fordońskim mostem pożegnaliśmy dwóch członków naszej załogi i już niestety bez bosmana Bartka oraz Borysa ruszyliśmy dalej, aby znaleźć miejsce na nocleg. Zacumowaliśmy trzy kilometry dalej za mostem na lewym brzegu i przy ognisku spędziliśmy wspaniały wieczór, przy gitarze, szantach i harcerskich piosenkach, wspólnie z Rodziną Piotra.




Dzień siódmy - do Świecia (813 km)

Do Świecia dotarliśmy już bez większych przygód z rzeką. Pod Chełmnem spotkała nas krótka, ale bardzo intensywna ulewa. Musieliśmy szybko zabezpieczyć odkryte ściany naszego namiotu, aby ustrzec się od deszczu. W Chełmnie mięliśmy bardzo miłych Gości. Moi Przyjaciele, leśnicy z pobliskich Borów Tucholskich, specjalnie przyjechali, aby ugościć nas plackiem ze śliwkami. Po deszczu ruszyliśmy dalej podziwiając piękno nadwiślańskiej przyrody. Noc spędziliśmy na wydmie pod Świeciem.

Dzień ósmy - do Korzeniewa (866 km)

Najdłuższy odcinek naszego rejsu. Po drodze odwiedziliśmy Grudziądz, który z perspektywy naszej tratwy wyglądał olśniewająco w blasku wschodzącego słońca. Po zacumowaniu przy nowym Bulwarze, świetnie wkomponowanym architektonicznie w Stare Miasto, poszliśmy zwiedzać Starówkę i uzupełniliśmy zapasy. Jeszcze szybka sesja zdjęciowa na tle panoramy miasta i dalej w drogę. Z tratwy podziwialiśmy kolejne miasto Nowe z jego zamkiem, wsie na obu brzegach rzeki, niepowtarzalne widoki wysokich lasów oraz bogatą florę i faunę z orłami bielikami na czele. Przed Korzeniewem smutno, ale majestatycznie powitały nas filary zdemontowanego w 1928 roku mostu (863 km). Cumy rzuciliśmy w porcie w Korzeniewie, gdzie bez problemów pozwolono nam przenocować.


Dzień dziewiąty - do Białej Góry pod śluzę na Nogacie (886 km)

Ten dzień, mimo, iż trasa do przebycia była najkrótsza, przyniósł nam najwięcej wrażeń. Z samego rana zwiedziliśmy Kwidzyn z jego Katedrą i kryptą Wielkich Mistrzów Krzyżackich. Oprowadził nas po niej, za niewielką opłatą fenomenalny przewodnik, który jednocześnie sprzedawał bilety do krypty. Następnie udaliśmy się dalszą podróż Wisłą do kolejnego nadwiślańskiego miasta z zamkiem, czyli do Gniewu (877 km). Zacumowaliśmy, nie bez kłopotów (wiatr i niska woda) w miejscu dawnej przeprawy promowej między Gniewem, a Janowem (jedyna polska wieś, która wygrała plebiscyt w 1922 roku). Gniew ze swoją niepowtarzalną architekturą i majestatycznym zamkiem, widocznym z dala na wiślańskim wzgórzu, był kolejnym etapem naszej podróży. Na zamku chłopaki mięli niepowtarzalną okazję wziąć udział w lekcji fechtunku i szermierki pod okiem prawdziwego rycerza, a także założyć prawdziwą rycerską zbroję, aby poczuć się jak Zbyszko z Bogdańca. Przy odbijaniu od brzegu w Gniewie musieliśmy sobie znowu pomagać wypychaniem tratwy na głębszą wodę. Kilkaset metrów płynęliśmy pod prąd, aby przejść na prawy brzeg w kierunku Białej Góry. Do śluzy dotarliśmy już bez przeszkód (tylko mała mielizna u wejścia troszkę nas zatrzymała) i zacumowaliśmy już na Nogacie, tuż przy wejściu do śluzy. Wieczorem zwiedziliśmy piękną i odrestaurowaną śluzę oraz nowiutką przystań dla jachtów na Nogacie. Oby takich miejsc nam przybywało na naszych rzekach.



Dzień dziesiąty - do Malborka

Po raz kolejny przywitał nas piękny poranek i nic nie zapowiadało, że będzie deszcz. Po noclegu na tratwie szybkie śniadanie i przygotowanie do przejścia przez śluzę. Piotrek już do nas dotarł i pierwszy wpłynął do niej dając nam znak, że śluza już czeka na nas. Jeszcze przed wejściem do niej czekała nas miła niespodzianka. Przejazdem do Gdańska zawitali na śluzę nasi Przyjaciele z Kwidzyna specjalnie żeby nam jeszcze pomachać na dalszą drogę. Choć jeszcze część załogi spała to była naprawdę miła niespodzianka. Nogat to zupełnie inna rzeka niż Wisła (to tak jak z autostrady zjechać na wąską powiatową drogę). Wszystko inne i kolor wody i brzeg i zapach i co nas najbardziej zaskoczyło ilość wody. Nogat mimo suszy, tak widocznej na Wiśle, na całej swojej szerokości był jednakowo żeglowny i dobrze oznakowany. Kilka razy mijaliśmy jachty motorowe świadczące o życiu rzeki. Jak przez cały rejs, tak i tu, wiatr wspomagał naszą tratwę i szybko dotarliśmy do śluzy w Szonowie, gdzie wrota do Malborka zostały nam otworzone na oścież. Razem z wrotami śluzy otworzyło się także niebo i Malbork powitał nas rzęsistym deszczem. Widać i tam na górze żałowali, że nasz rejs zmierza ku mecie. Już z wielką wprawą i gracją, na jaką stać naszą tratwę, zacumowaliśmy pod murami zamku, tuż przy nowej przystani statków turystycznych. Po zrobieniu porządków i sklarowaniu cum wybraliśmy się na zamek. Z miłym zdziwieniem zauważyłem smutek na twarzach naszej załogi, że to już koniec naszej przygody. Choć czekał nas jeszcze powrót do Białej Góry i rozbiórka tratwy, to jednak cel naszych rocznych starań został osiągnięty. Teraz pozostał nam tylko powrót. Jeszcze tego samego dnia pod wieczór wróciliśmy pod śluzę w Szonowie, gdzie cumując w "przytulnym" miejscu spędziliśmy fantastyczną noc - nigdzie na trasie nie spało mi się tak dobrze jak tam. Przy ognisku i gitarze z chłopakami spędziliśmy czas przy pierwszych wspomnieniach ze spływu. Ale czekało nas jeszcze najtrudniejsze zadanie - demontaż i przetransportowanie tratwy na miejsce zimowania. Następna doba minęła na odpoczynku kadry i harcerskich zajęciach puszczańskich. Chłopaki z załogi musieli licząc tylko na siebie przetrwać dzień i noc w pobliskim lesie bez namiotów, kuchni i prawa wstępu na tratwę. I tak minął nam dzień jedenasty.



Dzień dwunasty – powrót

Od rana czekała nas ciężka, ale jakże ciekawa praca. Niestety przy śluzie w Białej Górze nie było płytkiego miejsca, aby sprawnie dokonać demontażu tratwy, dlatego też cała operacja musiała być przeprowadzona na wodzie. Od razu postawił ten fakt nas przed trudnym zadaniem, gdyż tylko ja i drugi Krzysiek zostaliśmy z dorosłej kadry. Konstrukcja tratwy doskonale się sprawdziła. Jej "modułowość" pozwoliła na całkiem sprawny demontaż siłą chłopięcych ramion. Oczywiście nie obyło się bez wpadnięcia do wody i zapoznania sie z mulistym dnem Nogatu. Na szczęście woda była ciepła i niegłęboka, choć trochę zmieniała zapach użytej rano wody po goleniu... Transport przyjechał o umówionej porze i już przy wielkiej pomocy naszych Przyjaciół z Kwidzyna załadowaliśmy całą tratwę na jeden samochód, a resztę dobytku na przyczepkę drugiego samochodu. Tak zakończyliśmy pierwszy, ale na pewno nie ostatni, spływ naszym "Obłoczkiem" po Królowej Wiśle. Za rok, także w sierpniu ruszamy do Oświęcimia, by dopłynąć do Płocka. Wierzymy, że stan wody nie będzie gorszy jak w tym roku, co na pewno nam pozwoli zamknąć szczęśliwie cały szlak Wisły. Już dzisiaj zaczynamy przygotowania do przyszłorocznego spływu. Zapraszamy wszystkich chętnych za rok do wspólnej przygody, a kto chciałby skorzystać z planów naszej tratwy i naszych doświadczeń zapraszamy do kontaktu przez naszą stronę internetową (stowarzyszenie-zrodlo.pl).

Autorem tekstu i zdjęć jest pomysłodawca i organizator wyprawy:
Instruktor ZHR Krzysztof Nowacki
#1 | Marek Stasiak dnia 15.09.2015 15:05
Gratuluję niezwykłego pomysłu i sprawnej jego realizacji. Jestem pod ogromnym wrażeniem! Taka metoda wdrożenia młodzieży do super ciekawego przedsięwzięcia jest najlepszą formą edukacji i wychowania. Zachęcam do kontynuacji i naśladowania przez innych. Z pewnością warto.
Pozdrawiam wszystkich uczestników tej pożytecznej zabawy!!!

Dodaj komentarz

Zaloguj się, aby móc dodać komentarz.

Oceny

Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą oceniać zawartość strony
Zaloguj się lub zarejestruj, żeby móc zagłosować.

Świetne! Świetne! 100% [1 głos]
Bardzo dobre Bardzo dobre 0% [0 głosów]
Dobre Dobre 0% [0 głosów]
Średnie Średnie 0% [0 głosów]
Słabe Słabe 0% [0 głosów]
  PRchecker.info Free counters!
Apis | Alhenag | Absolwenci TZS | Wierzbnik | Rada Kapitanów | PHP-Fusion PL