Powrót nad wodę po latachDrukuj

Najpierw malutkie statki z kory sosnowej, potem kajaki w Parku Norweskim w Cieplicach, jeszcze później jeziora Komorze i Charzykowskie, już na nieco większych jednostkach i bardziej samodzielnie. W kolejnych latach praca instruktorska z młodzieżą akademicką na akwenie Jeziora Górskiego (żeglarstwo i windsurfing), kolejne rejsy, tyle że już mazurskie i... wreszcie bardzo długa przerwa związana z gruntownie przekonfigurowanym życiem zawodowymi. Teraz, zbliżając się do wieku emerytalnego, postanowiłem wrócić do pływania, ale już zupełnie innego.

Podczas zupełnie przypadkowego, ubiegłorocznego pobytu na Mazurach, po 37-letniej przerwie w pływaniu, dojrzałem z naszego jachtu wreszcie to, co zawsze było dla mnie obce i nieosiągalne. Zwróciłem uwagę na obecność na wodzie i w przystaniach licznych i często nowoczesnych jednostek poruszanych motorem, bez masztów i żagli, dla odmiany wyposażonych w odrobinę wygody, zapewniając tym samym dość komfortowe życie na wodzie, w towarzystwie ludzi o podobnych zainteresowaniach.

Wiadome jest to, że życie przynosi nam wiele niespodzianek, przekonujemy się o tym na każdym kroku. I tym razem, jesienią 2014 roku, moje nowo wyhodowane na Mazurach marzenie o powrocie do pływania zostało nieoczekiwanie „przekute” w fakt – bo już w październiku staliśmy się szczęśliwymi dysponentami jachtu motorowego „Weekend 820”. Jak do tego doszło? W tym miejscu to najmniej ważna rzecz, nie mniej jednak z pewnością jest to temat na dłuższą opowieść.

Fakt posiadania łódki zobowiązał nas, mnie i syna do poważnego zajęcia się zdobyciem kwalifikacji niezbędnych do bezpiecznego,amatorskiego pływania. Przede wszystkim potrzebna była porządna i szybka ścieżka edukacyjna, uzupełniająca wcześniej nabyte doświadczenie żeglarskie, rozszerzająca nasze umiejętności i ukierunkowana na poruszanie się po rzekach, kanałach, jak również uwzględniająca wszelakie manewry w portach rzecznych, odmiennych od tych na jeziorach, z którymi już zdążyliśmy się oswoić wcześniej, również wymagającymi odświeżenia. Oczywistą dla nas stała się również potrzeba uzyskania uprawnień, przede wszystkim motorowodnych, ale nie tylko. Założyliśmy, że konieczne będzie uzyskanie certyfikatu operatora radia VHF, planując w przyszłości rejsy po zachodniej stronie naszej granicy.

Intensywne poszukiwanie instytucji szkoleniowych i kompetentnych osób nie było dużym problemem, dość szybko uporaliśmy się z procedurami uzyskiwania stosownych patentów. Równocześnie uruchomiliśmy procedurę przerejestrowania naszego statku. Na koniec pozostała kwestia organizacji transportu lądowego naszej jednostki – w tym obszarze również zaistniała potrzeba zmiany,na początek mojego prawa jazdy, wymagającego uzupełnienia o dodatkową literkę „E” (uprawnienie do holowanie przyczep powyżej 750 kg). Podobnie jak poprzednie, i ten temat został zrealizowany w ekspresowym tempie, bo po niecałych 3 tygodniach zdałem egzamin, uzyskując uprawnienia „B+E”.

Wszystko to zbiegło się w jednym czasie, bo w już na początek grudnia, po niespełna 3 miesiącach od zaistnienia „faktu”, zebraliśmy komplet dokumentów i – co ważne – solidny zakres nowych doświadczeń podbudowanych teorią.

Pozostał nam okres 4kolejnych miesięcy na przygotowanie jachtu do pływania, mały jego lifting, doposażenie w niezbędny sprzęt, na koniec przygotowanie stałego zimowiska. No i niecierpliwe czekanie na wiosnę, aby wyprowadzić statek z nowo postawionego hangaru, dojechać do portu przeprowadzić pierwsze wodowanie.

Odbyło się to dnia 26 kwietnia 2015 r., w słoneczną niedzielę, w Marinie Pod Czarnym Bocianem, niedaleko Nowego Miasta nad Wartą. Wybór Warty nie był przypadkowy. I to z kilku powodów.

Gościliśmy tam jeszcze we wrześniu ubiegłego roku, zaproszeni przez właściciela stoczni Eurotech –Jacht w Cielczy, który prezentował nam swój jacht motorowy „Albatros”. Już podczas tego krótkiego pobytu, w trakcie którego odbył się rejs na prezentowanym stateczku, zachwyciliśmy się nowo powstałą Mariną, jej pomostami, sanitariatami, wszędzie panującą czystością i wzorcowym porządkiem. Budynek „Tawerny Czarny Bocian”, jej lśniące czystością pomieszczenia,zadbane ścieżki wokół niej, podjazdy, parking, trawniki i pozostałe urządzenia Mariny – pomosty, slip, dok, dopełniły nasze oczarowanie tym miejscem, powodując przeświadczenie, że warto zacząć naszą nową przygodę właśnie tam, gdzie profesjonalizm jest przeplatany niezwykłą przychylnością i uprzejmością w pełni wykwalifikowanego personelu, potrafiącego zadbać o wygodę i bezpieczeństwo swoich gości.

Właściciel Mariny, Zbigniew Sudnik, dołożył wielkich starań, aby ta piękna przystań wraz z jej pełną i kompletną infrastrukturą mogła się stać perłą zdobiącą szlak Wielkiej Pętli Wielkopolskiej. Ta z kolei była następnym, mocnym argumentem przemawiającym za wyborem miejsca naszego motorowodnego debiutu. Gromadzone podczas zimy mapy, przewodniki i locje WPW miały nam posłużyć do realizacji pierwszej dalekiej podróży, naszego pierwszego rejsu, planowanego na przełom lipca i sierpnia. W planie był też dłuższy pobyt nad Jeziorem Gopło i opływanie wszystkich jego ciekawych zakamarków. Tymczasem czekały nas pierwsze krótsze rejsy szkoleniowe, przedtem zaś jednak długo oczekiwane wodowanie.

Jak już wspomniałem, dotarłem na miejsce wraz z łódką na przyczepie w niedzielny poranek, 26 kwietnia, zdziwiony brakiem jakichkolwiek trudności podczas podróży, pomimo prowadzenia bardzo długiego, bo 16-metrowego zestawu. Co prawda nie była to moja pierwsza jazda z takim ładunkiem, bo przecież wcześniej już przetransportowałem nasz statek ze stoczni w Nowym Tomyślu do domu, w tydzień po otrzymaniu nowego prawa jazdy, co miało miejsce tuż przed Bożym Narodzeniem. Odbyło się to jednak w asyście mojego syna Maćka, którego obecność dodawała mi pewności siebie. Teraz jechałem zupełnie sam. Maciek miał dojechać na miejsce wraz ze swoim przyjacielem Michałem, doświadczonym żeglarzem, mającym nas wesprzeć podczas slipowania i pierwszych chwil już na wodzie.

Spotkaliśmy się na stacji benzynowej, przy wjeździe do Nowego Miasta, gdzie zaplanowałem tankowanie paliwa. Jedna z dziewczyn pracujących na stacji zechciała mi asystować podczas wlewania paliwa do zbiornika łódki i tu miała miejsce dość śmieszna sytuacja. Do pierwszych stu litrów ropy zachowywała się normalnie, ale kiedy licznik przekroczył liczbę 160, zaczęła się denerwować, pytając głośno, czy to już nie wystarczy i czy na pewno „się nie przeleje”. Po 200 litrach jej niepokój udzielił się mnie, więc na wszelki wypadek zrezygnowałem z dalszego wlewania. Okazało się później, że śmiało mogłem kontynuować, gdyż po włączeniu prądu w łódce i przekroczeniu kluczyka w stacyjce, ujrzałem wskazówkę na liczniku paliwa w pozycji lekko przekraczającej poziom połowy jego pojemności.

Prawdziwe nerwy zaczęły się nieco później, kiedy podjechałem pod slip. Okazało się, że wąski dojazd do niego, ograniczony betonowym fundamentem elektrycznej wyciągarki, stanowił poważne utrudnienie dla manewrów mojego auta, niemałego pick-upa marki Isusu D-Max. Za cholerę nie mogłem utrzymać prostoliniowego toru przyczepy na bardzo wąskiej i stromej pochylni slipu, obawiając się przytarcia o jego ścianę po lewej stronie, jednocześnie narażając się na zjechanie kół przyczepy z prawej strony pochylni, co mogło się skończyć niekontrolowanym zsunięciem się zestawu, nawet przewróceniem na bok.Fundament wyciągarki z prawej strony auta uniemożliwiał jakiekolwiek manewry

Sądzę, że dokonany przez nas wybór akurat slipu do wodowania łódki był naszym błędem, gdyż okazał się jest on zbyt wąski i stromy dla tak dużych jednostek jak nasza. Tym bardziej, że obok slipu jest bardzo obszerny dok, jednak korzystanie z niego wymaga zastosowanie dźwigu, o czym wcześniej nie pomyśleliśmy. Aby nie oddalać terminu wodowania jachtu, skorzystaliśmy z pomocy bardzo doświadczonego właściciela mariny, obecnego na miejscu Zbyszka Sudnika, który całkowicie przejął dowodzenie operacją slipowania, polecając nam odpięcie przyczepy od auta, wczepienie jej do wyciągarki, aby przy jej wspomaganiu opuszczać łódkę w kierunku wody. Dodatkowo wspomagani kolejną liną asekuracyjną zaczepioną do zabetonowanych słupów ogrodzeniowych, w asyście prawie wszystkich obecnych w tym dniu pracowników Mariny, bardzo powoli, zwalniając co chwilę hamulec ręczny i ponownie go zaciągając, metr po metrze, bardzo ostrożnie dojechaliśmy do basenu portowego, zwalniając wreszcie przyczepę, kiedy nasz okręt swobodnie już unosił się na wodzie i kierowany wprawną ręką Michała znalazł się przy zarezerwowanej dla nas kei. Cel został osiągnięty, acz z dużymi emocjami, co pozwoli nam zapamiętać tę inicjację na długo.

Zaraz potem, po przeniesieniu całego wyposażenia z auta na pokład, co dzięki nieskomplikowanemu dojazdowi niemal pod samą keję (kolejny plus dla Mariny!) odbyło się w dość krótkim czasie, mogliśmy rozpocząć nasz dziewiczy rejs

Po wyjściu z portu, kierując się w górę rzeki, pokonując wartki jej nurt, przesuwaliśmy się w majestatycznym tempie, obserwując całkiem nowe dla nas krajobrazy. Po dopłynięciu do granic Parku Czeszewsko-Żerkowskiego, zauważyliśmy powalone, całkiem spore drzewa, z ostro zakończonymi pniami, przypominającymi zastrugane ołówki. To efekt pracy bobrów, jak się okazało bardzo rozpanoszonych w tej części rzeki, o czym świadczą dziesiątki leżących wzdłuż jej brzegów martwych drzew. Ciekawe, co na to ekolodzy, hamujący z dziką rozkoszą pożyteczne działania wielu osób, z pewnością mniej rujnujące środowisko, niż to, czego doświadczyliśmy tutaj, przy udziale sympatycznych i wiecznie mokrych futrzaków
(fotografia 4 i 5).

Po kilkudziesięciu minutach dotarliśmy do Orzechowa, mijając po drodze jedną z kilku w tym rejonie przepraw promowych, łączących Dęno z Orzechowem. Zaraz potem most kolejowy i cudowny wjazd do kolejnego malowniczo zalesionego odcinka Warty wraz z licznymi w tym rejonie meandrami. Odpuszczę sobie opisy, to trzeba po prostu zobaczyć!

Przez cały czas towarzyszyła nam jedna z wielu obecnych tam czapli siwych, która co kilkadziesiąt metrów siadała na brzegu, żeby po chwili ponownie wzbić się w powietrze i latając zakolami nad naszym jachtem prowadzić nas dalej i dalej, niczym zawodowy przewodnik. Trwało to niemal przez cały rejs, najpierw w górę rzeki, po czym zawróciliśmy wraz naszym skrzydlatym pilotem, aby wrócić do Mariny. Może był to jakiś magiczny gest ze strony mieszkańców rzeki, a może zwyczajny przypadek?

Wyjaśnienie tej zagadki było proste. Każdy kolejny nasz rejs odbywał się w towarzystwie wszechobecnego ptactwa, nie tylko czapli. Towarzyszyły nam łabędzie, kaczki, widzieliśmy nawet krążące wysoko nad nami orły bieliki. Widok ten budził zachwyt nasz i naszych gości, którzy podobnie jak my chętnie wracali nad rzekę, aby popływać na naszym uroczym i wygodnym stateczku, chłonąc wszystkie przyjemności związane z pobytem w Marinie Pod Czarnym Bocianem i jej okolicy.

Niestety, wszystko co dobre szybko się kończy – jak powiedział jeden z moich kolegów… dla urozmaicenia. Dająca się we znaki wszechobecna susza powodowała systematycznie zmniejszający się poziom wody w Warcie, która wobec braku zasilania wodą ze zbiornika Jeziorsko, stawała się z dnia na dzień coraz płytsza. Ryzyko wejścia na coraz to nowe mielizny i inne przeszkody wodne rosło wprost proporcjonalnie do malejącej przyjemności pływania. No bo trudno byłoby pogodzić się z uszkodzeniem statku, na samym początku naszej przygody, zanim wyruszymy na głębsze i dalsze wody. Próbowaliśmy przeczekać ten stan, ograniczając się do kilku kilometrowych odcinków sprawdzonej już przecież wcześniej rzeki. Niemal każde dalsze pływanie kończyło się otarciem o dno, bądź jakieś zatopione konary, nawet wówczas, kiedy z wielką uwagą śledziliśmy wodę, wystrzegając się przeszkód. Nie pomagały też ostrzeżenia bardziej doświadczonych wodniaków, którzy dopływając do Mariny dzielili się z nami wszelkimi informacjami o warunkach na rzece. Dominowała jedna, zasadnicza: płytko, za płytko, tak się nie da, z każdym dniem coraz płycej!

Zacząłem się rozglądać w poszukiwaniu innych możliwości, aby nie marnować czasu na czekanie na wyższą wodę tu, na Warcie. Czas płynął dużo szybciej niż woda w okolicach naszej Mariny, nadchodził lipiec, wyznaczając już prawie połowę sezonu, w czasie którego udało nam się zrealizować zaledwie 8 rejsów, ograniczonych pomiędzy miejscowościami Pyzdry a Śremem. Postanowiłem zdecydować się na radykalną zmianę i rozpocząłem intensywny rekonesans, tym razem rzeki Odry, oglądając znane mi przystanie na jej obu brzegach, pytając tam o warunki, ceny, bezpieczeństwo, itd. Było tu dużo lepiej, choć niskie poziomy wody również się zdarzały, stanowiąc jednak dużo mniejsze ryzyko, niż w naszym dotychczasowym miejscu.

Wreszcie w kolejną i przedostatnią niedzielę czerwca, znaleźliśmy się z żoną w Oławie, ściślej w Ścinawie Polskiej, chcąc zobaczyć tamtejszą „Marinę Oława”, o której usłyszeliśmy będąc wcześniej w Urazie, jednak bez żadnych poważniejszych rekomendacji. To, co tam zobaczyłem przeszło moje oczekiwania, zaś spotkanie z Tomkiem Strażyńskim, szefem Mariny, skłoniło mnie do powzięcia natychmiastowej decyzji o przeniesieniu się tu, gdzie klimat i aura tego miejsca przypomina... Mazury. Po krótkiej rozmowie i otrzymaniu zaproszenia do dłuższego pobytu, omówiliśmy wszystkie szczegóły i warunki rezydentury, określając nawet przewidywaną datę naszego przyjazdu.

Pozostało już tylko umówienie się ze Zbyszkiem Sudnikiem na wyjęcie łódki z Warty, do czego już kierowani naszym wcześniejszym doświadczeniem postanowiliśmy zaangażować dźwig. Szczęście mi sprzyjało, gdyż w kolejnym dniu po mojej telefonicznej z nim rozmowie otrzymałem informację, że w czwartek 2 lipca ktoś ma wodować swój dużo większy od naszego jacht, w związku z tym zamówiony do tej operacji dźwig będzie również do mojej dyspozycji.

W Marinie pojawiłem się z wraz z przyczepą już w środowy wieczór. Spakowałem ruchome przedmioty do auta, sklarowałem resztę sprzętu, przygotowując łódź do lądowej przeprawy i na koniec, późnym już wieczorem przywitałem przy kei kilku wodniaków, którzy przypłynęli do Mariny, odbywając swój rejs po WPW. Ich opowieści o codziennej i kilkukrotnej walce z mieliznami, brodzeniu po pas, czasem po kolana w wodzie, upewniły mnie w słuszności podjętej decyzji co do jutrzejszej ewakuacji.

Kolejny dzień przywitał nas blaskiem wstającego słońca, kiedy to usłyszałem cichy warkot oddalającego się house-boat’a z poznanymi wczoraj podróżnikami, którzy pomimo niskiej wody kontynuowali swój rejs, nie zważając na bardzo prawdopodobne haczenie o kolejne płycizny. Myślę, że byliby bardziej zdystansowani do tego ryzyka, gdyby dysponowali własnym statkiem, nie zaś czarterowym. Może się mylę, ale to jest sytuacja żywo przypominająca liczne anegdoty o korzystaniu ze służbowych samochodów, zwłaszcza do pokonania wysokich krawężników.

Dźwig przyjechał około 10 rano i zanim ustalono szczegóły wodowania przybyłego do Mariny statku, ustaliłem z jego operatorem wyciągnięcie naszego, jeszcze przed tą główną operacją. Trwało to niespełna pół godziny i dzięki 4-osobowej ekipie szefa Mariny, przemieściliśmy łódkę z wody na przyczepę, korzystając z 2 solidnych pasów. I tym razem nie obyło się bez emocji. Widok wiszącej kilka metrów nad wodą, potem nad lądem,długiej bo 8 i pół metrowej i ważącej 2 tony łodzi robi wrażenie, tym bardziej po świeżej lekturze z YouTube’a, gdzie zajrzałem poprzedniego wieczoru, chcąc przygotować się mentalnie do tej skomplikowanej i niezbyt bezpiecznej operacji. Widząc filmiki z upadającymi, całkiem solidnymi jachtami, z dużej wysokości, raz na keję, w innym przypadku do wody, trudno było utrzymać nerwy na wodzy, nawet upewniwszy się, że parametry dźwigu i jego stan techniczny nie powinny budzić jakichkolwiek obaw. Ale udało się to bez najmniejszych komplikacji, po czym łódź została przymocowana do przyczepy i spięty już zestaw gotowy był do jazdy


Po otarciu przysłowiowych łez, pożegnaniu się z ludźmi i bardzo przyjemnym miejscem naszej pierwszej rezydentury, udałem się w drogę do domu, co było epilogiem pierwszego etapu naszej wodniackiej przygody, niefortunnie przerwanej niekorzystnymi warunkami do realizacji zaplanowanej przez nas żeglugi.

Dwa dni później, w sobotę 4 lipca, zjawiliśmy się w sercu Ścinawy, Marinie Oława, przywitani serdecznie przez Anię i Tomka Strażyńskich. Tym razem wszystko odbyło się bardzo pomyślnie. Podjazd do slipu, nieco pewniej wykonany, niż w poprzednim miejscu i dużo łatwiejsze wodowanie. Tu też pomogli nam mili ludzie, zawodnicy trenera Marka Plocha, kajakarze, dla których Marina jest miejscem codziennego treningu. Dzięki ich pomocy, z łatwością zepchnęliśmy nasz statek do wody, po czym powtórzyliśmy operację ponownego umieszczenia wszystkich elementów jego wyposażenia w jego przestronnym wnętrzu. Tym razem działanie nasze wspomagane było niemałą już rutyną i po krótkiej chwili zapanował tam porządek i ład.


Przyszedł czas na rekonesans, tym razem Maciek za sterem, ja w roli pasażera, udaliśmy się w górę Odry, do okolic pierwszej śluzy Lipki, aby ponownie spłynąć do naszego nowego portu, ciesząc się z możliwości i warunków, które tutaj nam zaoferowano.

Magiczne miejsce, Tawerna Kapitańska oddzielona wąską drogą asfaltową od Mariny. Czasami przejeżdża tu auto, częściej ludzie na rowerach, są też liczni spacerowicze i „lokalsi”. Ktoś wiezie łódkę, aby ją slipować tu, na miejscu, bądź kilkaset metrów dalej, na dzikim slipie. Wszyscy mili, uśmiechnięci, pozdrawiają się wzajemnie, żadnej agresji, wręcz przeciwnie, czujemy się jak długo oczekiwani przybysze. Ale to chyba tylko nasze wrażenie, mimo wszystko bardzo dla nas miłe.

Minął już lipiec, pierwszy miesiąc spędzony na Odrze, rzece specyficznej, bo uregulowanej na tym środkowym jej biegu licznymi stopniami wodnymi, które co kilka bądź kilkanaście kilometrów wymagają pokonywania śluz.

Do pierwszej z nich i najbliższej wpłynąłem w towarzystwie Tomka Strażyńskiego, którego poprosiłem o pomoc w nieznanej mi wcześniej sztuce śluzowania. Poszło nieźle, zważając, że 4,5 metra to znaczna różnica poziomów wody, robiąca na takim nowicjuszu jak ja niezłe wrażenie. Bez jego udziału z pewnością czułbym się nieswojo, ale przy takiej fachowej asyście było miło i bez większych emocji. Pomocna okazała się również obecność dwóch operatorów Śluzy Oława II, bardzo pogodnych ludzi, których wesołe komentarze znacząco poprawiły moje samopoczucie.


Powrót w górę rzeki był znacznie łatwiejszy, dając mi nadzieję, że samodzielna już przeprawa przez kolejną śluzę przejdzie gładko. I tak się stało nazajutrz, w asyście dwóch moich kolegów Michała i Marka, podeszliśmy do śluzowania,tym razem w Lipkach, otrzymując po fakcie pozytywne oceny od tamtejszych operatorów, którzy nie bardzo chcieli uwierzyć w nasze „śluzowe debiuty”.

Powiedzenie „ćwiczenie czyni mistrza”okazało się w tym przypadku głęboko zasadne, w końcu będąc wieloletnim nauczycielem akademickim i trenerem narciarstwa, doświadczałem tego setki razy, teraz na powrót ze sobą, jako uczącym się w roli głównej.

Cóż, podjęta decyzja o przeniesieniu się na Odrę sprawiła, że nasze pływanie stało się niemal codziennością, bo w ciągu tego jednego miesiąca wypływaliśmy dużo więcej godzin i kilometrów,niż tam, na Warcie, będąc z jednej strony, jako Dolnoślązacy -ograniczeni dużo większą odległością od domu, z drugiej zaś opisanymi wcześniej przeciwnościami natury. Tym samym, zwiększając znacząco częstotliwość naszego pływania, udało nam się przyciągnąć na nasz statek dużo liczebniejsze grono gości. Mieliśmy na naszym pokładzie już ponad 30 osób, z rozpiętością od … 3 miesięcy do 80 lat. Tych, którzy pierwszy raz w życiu zakosztowali pływania oraz dosłownych wilków morskich, którzy mają za sobą wiele tysięcy mil morskich. Wszyscy bez wyjątku oczarowani klimatem Mariny,
(fotografia 15),
Tawerny, jej właścicielami Anią i Tomkiem


okolicą Oławy, Mariną w Brzegu,

czystością wody w Odrze, widocznym tu również ptactwem i niezwykła przychylnością tubylców, wędkarzy i mieszkańców Ścinawy, motorowodniaków i kajakarzy. Wszystkich bez wyjątku.

W tej właśnie aurze pragniemy rozwijać nasze doświadczenia, poznając rzekę w jej górnym biegu,mając zamiar dopłynąć do Opola, i dalej do Gliwic. To tylko kwestia nieodległego czasu. Kusi nas też wyprawa na północ od Oławy, do Wrocławskiego Węzła Wodnego, pomimo trwających tam remontów i ograniczeń. I dalej, do Urazu i Brzegu Dolnego. Pokonanie dłuższego dystansu jeszcze w bieżącym sezonie jest chyba mało realne, braknie nam czasu, zaś kolejnym ograniczeniem może być przejście dalej na północ, poza śluzę w Brzegu Dolnym, gdyż w ostatnim okresie naczytaliśmy się sporo o technicznych trudnościach z jej utrzymaniem. Mamy już wszelkie zebrane informacje, przewodniki i mapy, locje i komunikaty. Wszystko, co pomoże nam w rozumieniu rzeki, urządzeń, kanałów, mostów i śluz.

Myślimy o takich jak my, którzy zachęceni - tym razem - naszymi własnymi doświadczeniami, rozpoczną swoją wodniacką przygodę, trafiając na relacje z pierwszych dłuższych rejsów, czytając komentarze odnoszące się do portów, marin, tawern, śluz, również ludzi, którzy te miejsca tworzą bądź obsługują.

Zdobywając doświadczenie, umiejętności i poznając tę piękną subkulturę wodniacką, chcemy przyczynić się do jej popularyzacji, zachęcając siebie i innych, podobnych nam jej entuzjastów, do innego sposobu na życie, przynoszącego wypoczynek i relaks, ale również dostarczającego licznych emocji, co wymaga jednocześnie sporego wysiłku i wytrwałości. Jak w codziennym życiu, a jednak inaczej…


tekst i zdjęcia: Marek Stasiak
#1 | Marek Stasiak dnia 26.08.2015 12:14
Zapraszam do naszej kolejnej relacji, tym razem z rejsu po Odrze, pomiędzy Mariną Oława a Jazem i Śluzą Rędzińską. Rejs odbyliśmy kilka dni temu wraz z synem Maćkiem, na łodzi motorowej Odeon. Trwał 10 godzin, przepłynęliśmy 90 km, pokonując łącznie 12 śluz. Link do naszej strony: http://www.skiand...ge_id=2051

Dodaj komentarz

Zaloguj się, aby móc dodać komentarz.

Oceny

Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą oceniać zawartość strony
Zaloguj się lub zarejestruj, żeby móc zagłosować.

Brak ocen. Może czas dodać swoją?
  PRchecker.info Free counters!
Apis | Alhenag | Absolwenci TZS | Wierzbnik | Rada Kapitanów | PHP-Fusion PL