Dwa brzegiDrukuj

Urodziłem się i wychowałem w mieście, które jak żadne inne nie kojarzy się tak z żeglugą śródlądową: nosi nazwę Brzeg i w herbie ma trzy kotwice. Jest tu stopień wodny (dwie śluzy i jaz stały), młyn i elektrownia wodna (dziś nieczynne), a przed wojną była też stocznia i mały port przy byłej Garbarni Moll'a, którego smętne resztki dotrwały do dziś. Oczywiście nie muszę dodawać, że leży nad Odrą, która ma brzegi dwa... Ten drugi to Brzeg Dolny, ale nie o nim mówię. Mój Brzeg miał kiedyś krótko używaną nazwę Brzeg nad Odrą, co było całkiem bez sensu, gdyż ten Dolny też nad Odrą leży ...

Stopień wodny Brzeg oraz Stare Miasto z lotu ptaka


Most, Odra, błonia nad rzeką i kanałem żeglugowym były wtedy atrakcyjnym miejscem spacerów i wypoczynku, więc jako brzdącprowadzany byłem przez ojca w te miejsca. Pamiętam moment, gdy po raz pierwszy usłyszałem basowy ryk syreny parowego holownika "Zbyszko" (byłem "zdolnym grzdylem" - pomimo swoich 4-5 lat umiałem już czytać duże, drukowane litery).

Ceremonialne składanie komina pod mostem kanałowym przez członka jego załogi było dla mnie czymś zupełnie magicznym, podobnie jak niemal bezszelestnie sunące za holownikiem barki.

Spacery nad Odrę, a właściwie równoległy do niej, długi dolny kanał śluzowy stały się w lecie już niemal obowiązkowe. Pociąg holowniczy poruszał się dość wolno, więc gdy zobaczyłem na horyzoncie od strony Lipek dym parowca - siadałem na brzegu kanału i cierpliwie czekałem na możliwość ponownego zobaczenia "Juranda", "Bożymira", "Mściwoja" czy jeszcze kilku innych - tzw. "małych holendrów", królujących wówczas na rzece od Wrocławia do Koźla. Pojawiały się już wówczas pierwsze BM-ki, czyli barki motorowe, choć takie określenie brzmi trochę jak "furmanka silnikowa" dla określenia auta ciężarowego, bo "barka" to zawsze obiekt pływający bez napędu...

W szkole nauczyłem się już lepiej czytać i jak każdy chłopak pochłaniałem powieści podróżnicze i przygodowe... Zaczęło sie krystalizować zainteresowanie literaturą marynistyczną, choć niekoniecznie rzeczną. Niemniej, wszystko co pływało po wodzie (a także jeździło po szynach - gdybym nie został marynarzem, pewnie byłbym kolejarzem) budziło w moim żołądku przyjemne mrowienie. Odziedziczyłem po ojcu talent do rysunków i każdym tematem moich prac był albo parowóz, albo statek.

Decyzja o wybraniu Technikum Żeglugi Śródlądowej we Wrocławiu jako etapu w życiu nie była - jak widać - przypadkowa. Jeśli dodać do tego podszepty mojej starszej Siostry, której dwaj koledzy, Tadek i Rysiek Wionczkowie - też z Brzegu, już do tej Szkoły chodzili i mundurami olśnili damską część naszego miasta - klamka zapadła.

Z Ryśkiem "minąłem się w drzwiach" - skończył Szkołę w 1966, czyli w roku, w którym ja zacząłem. Tadek (na zdjęciu poniżej stoi drugi od prawej) był wtedy w klasie V - podobnie jak jeszcze inni brzeżanie: Rysiek Przybyła (przykucnął pierwszy z prawej) i Władek Jurkiewicz (stoi pierwszy z prawej).

Jeszcze jeden szczegół nas połączył - bracia Wionczkowie grywali na perkusji w "Czarnych Gitarach" - muzycznym zespole beatowym TŻŚ. Kilka lat później powstał w Szkole kolejny zespół "Jantary", w którym ja grzmiałem na gitarze basowej jak parowy holownik zobaczony po raz pierwszy niegdyś w Brzegu.

Czas Szkoły jest tak wielkim i barwnym okresem, że nie sposób zamknąć go w słowach tego felietonu... Kto do tej szkoły chodził - wie, co mam na myśli. Tego się po prostu nie da opisać... Cokolwiek nie napisałbym - nie odda to klimatu tamtych lat. Sądzę, że na tej stronie internetowej pojawią się wkrótce pojedyncze opisy tego, co tam się odbywało, bo nasza edukacja była najmniejszym wycinkiem "dziania się tam dziejów". Stanowiliśmy czysto męską mieszaninę charakterów i osobowości, jakie z całej Polski spędziła do Wrocławia magia tego miasta, marynarskiego munduru i magia tej a nie innej Szkoły.

Moja klasa w czasie praktyki na szkolnym statku "Młoda Gwardia". W cywilnych ciuchach załoga statku: kpt. Józef Bąk, sternik Marian Rynkiewicz, poniżej wśród uczniów bosman Stanisław Partyka. Siódmy od lewej w górnym rzędzie autor wspomnień...

Nasza popularność była solą w oku okolicznej "żulii", co świetnie opisałby - jeśli go namówię - Waldek Mielczarek, mój równolatek, a w Szkole szef patroli szkolnych, które przeczesywały Wrocław w poszukiwaniu "niekompletnie umundurowanych" uczniów (czytaj: nawalonych jak niebieskie tramwaje po spożyciu wina marki "Wino"). Zwykle taki patrol zaczepiany był przez wielbicieli lokalnych piękności, które miast gustować w miejscowych osiłkach - przychylnie spoglądały na orłów z Bruecknera. Waldek wychodził z potyczek zawsze zwycięsko. Jak to robił - nie mam pojęcia. Kiedyś, gdy po próbie zespołu muzycznego wracałem nocnym tramwajem na Dworzec Główny (dojeżdżałem z Brzegu, więc kiedyś trzeba było wracać do domu) zostałem wyciągnięty z tramwaju przez jakichś żuli, którzy myśleli, że jestem Waldkiem .... Dobrze, że sie pomylili. Sam nie dałbym im rady.

Gdy zdałem maturę - miałem wielką ochotę "pójść za głosem talentu" i zdawałem na Wyższą Szkołę Sztuk Plastycznych (dziś ASP) we Wrocławiu. Tamte, PRL-owskie czasy były takie, że rzeczywiste umiejętności nie miały najmniejszego znaczenia. Tak więc jak WSZYSCY zdający tam po raz pierwszy - nie dostałem się. Rekordzistką była pewna fajna laska, która zdawała po raz szósty. Też się nie dostała....

Poszedłem więc pływać na Odrze, do czego talent miałem równie wielki, ale i wykształcenie w tym kierunku lepsze.

Pierwszym moim okrętem był pchacz TUR-O-24 z fantastyczną załogą złożoną z samych Ślązaków - obraźliwie nazywanych "hanysami" i traktowanych niezbyt serdecznie przez pozostałych "łodziarzy", choć słowo "łodziorz" wzięte zostało z języka sląskiego. A przecież byli to najlepsi z najlepszych - pływający na Odrze jeszcze w czasach przedwojennych i znający każdy kamyk na dnie tej rzeki. Nasza załoga z kapitanem Heinzem Malikiem, sternikiem Josefem Cwienkiem i mechanikiem Reinholdem Fuchsem była jedną z wzorowych - robiliśmy przewozy w tonach i tonokilometrach na najwyższym poziomie, a i zarobki tudzież inne korzyści były przedniej marki. Heinz (przechrzczony przez komunę na Henryka) Malik miał sztywne trzy zasady: - robota musi być zrobiona, musi być "zarobione" (kasa) i "każdy musi być doma" czyli tzw. życie rodzinne było traktowane z typowo śląską atencją. Jako jedynemu kawalerowi w załodze najbardziej - wbrew pozorom - odpowiadał mi punkt trzeci "Malikowych reguł", bo umożliwiał kontakty z dziewczyną (obojętnie którą).

Jak już wspominałem - byłem "zdolnym grzdylem" i szybko nauczyłem się "łonaczyć" gwarą śląską, czym zyskałem trudną raczej do zyskania sympatię prawdziwych Ślązaków. Ta zdolność została mi do dziś. W "wybitnie uroczystych momentach" (czytaj: na lekkiej bani) potrafię powiedzieć "Paweł i Gaweł" po śląsku, co skwapliwie potem podchwycił do swoich niecnych celów Rysiek Faron - aktor warszawski - prywatnie kolega z tej samej klasy w TŻŚ i oryginał jakich mało.

W następujących po sobie szczeblach zawodowej kariery przewinąłem się przez wiele statków i załóg. Awansowałem i poznawałem wszystkie tajniki łodziarki, by w końcu osiągnąć dwa, wymarzone przez większość cele: zacząłem pływać "za granicę" i zostałem kapitanem. Mój debiut dowódczy nastapił w rejsie ze Szczecina do Rotterdamu na BM-5052, na której przez poprzedni rok byłem bosmanem. Nastapiło to niemal w dniu moich 23 urodzin. To był ciężki rejs głównie z tego powodu, że musiałem dowodzić załogą pamiętającą mnie jako bosmana, czyli najniżej położonego w hierarchii. Trudno było o autorytet, a jeszcze gorzej wyglądała jakakolwiek pomoc niedoświadczonemu jeszcze na takich trasach kapitanowi. Jak zresztą mawiał wówczas bosman z mojej załogi - byłem na tej barce jedynie po to, aby barka miała nominalnie kapitana... Miłe, nieprawdaż?

Z kolei w dzień moich imienin tegoż 1975 roku przeżyłem coś, dzięki czemu w wieku 23 lat pojawiły się w mojej bujnej wówczas czuprynie siwe włosy. Płynąłem z Gent w Belgii, a ściślej już z Terneuzen do Dordrecht w Holandii przez ujściowe rozlewiska rzeki Schelde (Skalda). Przy tym stanie zalewu i nieprzychylnych prognozach na dalsze godziny nie powinienem był wyściubiać nosa z Terneuzen. Niestety - nasze okręty wyposażone były wtedy w ... radio "Koliber", jeśli ktoś pamięta taki wynalazek. Nie było radiotelefonów, radarów ani innych urządzeń współczaśnie stosowanych powszechnie na statkach rzecznych. Prognoz więc nie znałem a komunikatów nie miałem jak odebrać.

Przede mną wyszedł na trasę pchacz bandery belgijskiej z potężnymi konstrukcjami żelbetowymi na pełnopokładowych barkach. "Starsi w załodze" zaczęli naciskać, aby jednak popłynąć. Koniec końców wypłynąłem pod ... 8 stopni Beauforta z tendencją wzrastającą do 10. To jest akwen porównywalny z Zalewem Szczecińskim - nie ma tam żartów....

Właściwie miałem już zawrócić, gdy na kursie pojawił się wymieniony wyżej pchacz strzelający rakiety wzywające pomocy. Okazało się, że fala spowodowała przesunięcie się tych żelbetowych kopuł na jego barkach. Miał widoczny przechył. Mój ładunek stanowiła blacha w zwojach po ok. 10 ton każdy, ułożonych wzdłuż osi statku. Boczne przechyły mogły spowodować przetoczenie się takiego kręgu pod burtę i... Nie wiem, czy zdążylibyśmy się przeżegnać. Ale z kolei nie reagować na wezwanie pomocy? Nie mieściło się to w mojej hierarchii wartości i kodeksie marynarskim.

Podpłynąłem do zagrożonego zestawu, złapaliśmy go na cumy do burty, a jego skipper - zadowolony, że ma osłonę od fal - zaczął spokojnie ustawiać się bokiem do nich, aby kontynuować rejs. Zaprotestowałem pokazując, co mam w bebechach. Belg złapał się za głowę i za radiotelefon. Wezwał na pomoc holowniki ratownicze z Terneuzen. Pamiętając rozpatrywane wcześniej przez wielu kapitanów sytuacje nie zgodziłem się na jakiekolwiek umocowanie lin na swoim statku. Osłaniałem nadal przechylony zestaw od fali, a jeden z holowników wziął całą naszą gromadkę na hol. Drugi osłaniał z kolei mnie, ale był "stand by", bo nie pozwoliłem na cumy.... Okazało się - słusznie.

Po bezpiecznym dojściu do Hansveert - ujścia kanału z Westerschelde do Osterschelde - belgijski skipper chciał mi zapłacić za pomoc (odrzuciłem ofertę z oburzeniem ku niezadowoleniu załogi), a ratownicy usiłowali mnie "podejść" i zyskać dane statku i ładunku. Zgodnie bowiem z prawem - ratownicy za uratowanie statku otrzymują zapłatę w wysokości stanowiącej równowartość statku i ładunku. Znając język niemiecki i kalecząc troszkę po angielsku wyjaśniłem ratownikom, że nie ratowali mnie, a ja - tak jak oni - brałem udział w akcji ratowniczej. Jednak po powrocie do kraju czekał na mnie zakładowy komisarz awaryjny z teczką pełną zarzutów o "nieuzasadnione wezwanie pomocy, czym naraziłem na niebotyczne koszty macierzystą firmę Żegluga na Odrze". Musiałem się gęsto tłumaczyć i satysfakcja z uratowania bratnich dusz tam, w Holandii rozpełzła się w gorzkim, krajowym niesmaku. Ludziom się - cholera - wydaje, że na wodzie jeździ się po szynach.

Gdy w tzw. rejsach zagranicznych osiągnąłem też niezłe "efekty uboczne" (patent reński od Koblenz do ujścia w wieku 24 lat, patent łabski od Aken do Hamburga) - znudziło mi się to, że o składzie załóg pływających za granicę decydowały tzw. służby i nie można było dobrać sobie samemu ludzi, z jakimi "dałoby się" pływać. Zrezygnowałem więc i przeniosłem się na ulubioną Górną Odrę, gdzie do brzegu (Brzegu) bliżej niż na Scheldzie czy Renie. Czułem się jak u Pana Boga za piecem, a i ludzi mogłem sobie sam dobierać i sam kształcić. Tu nie od rzeczy jest wspomnieć Stasia Umińskiego - mojego sternika na Bizonie-111, z którym - pomimo drastycznych metod "pośrednich" - porozumiewaliśmy się potem bez słów.

Nadszedł wtedy nieoczekiwany zwrot. W przykrych okolicznościach odszedł z tego podołu Marian Rynkiewicz - wychowanek naszej Szkoły, nauczyciel Wiedzy o Osprzęcie Statku, a potem kolejno bosman, sternik i kapitan statku szkolnego "Młoda Gwardia". Wakujące miejsce dowódcy szkolnej jednostki "komendant" - czyli dyrektor Technikum Żeglugi Śródlądowej Tadeusz Cieśla - zaproponował mnie. Właśnie się świeżo ożeniłem i urodziła mi się córka. Propozycja była bardzo atrakcyjna i przyjąłem ją bez wahania.

Po raz pierwszy w historii Szkoły pojawił się na szkolnym statku ktoś, kto zjadł tyle chleba z łodziarskiego pieca. Nie wszystkim się to podobało, bo uświęcone tradycją metody szkolenia praktykantów legły natychmiast w gruzach, zastąpione przeze mnie bardziej aktualnym programem nauczania.

Zaskarbiłem sobie uznanie w oczach praktykantów - uczniów mojej byłej Szkoły, ale podpadłem na całej linii przełożonym. Doszło do nieprzyjemnych konfliktów i po prawie czterech latach dowodzenia "Młodą Gwardią" skorzystałem z niemal co rok ponawianej przez nieżyjącego już Leszka Stelmaszyka - szefa Inspektoratu Żeglugi Śródlądowej - propozycji objęcia stanowiska inspektora nadzoru nad żeglugą na placówce terenowej w.... Brzegu. Historia zatoczyła więc koło i dobiłem znów do brzegu w Brzegu.

Po latach - jak przystało na rzecznego wilka - zawinąłem do cichej przystani. Ta przystanią okazała się Marina Brzeg (poniżej w jesiennej szacie), gdzie pełniłem kilka lat funkcję kapitana portu i gospodarza obiektu.


Dorobiłem się emerytury a żeglugowego emeryta ciągnie do pływania na statkach jak wilka do lasu. W związku z tym "zewem wodniackiej natury" pożegnałem się z Mariną Brzeg i poszukałem jakiegoś statku do objęcia. Znalazłem! Od 1 września 2017 roku dowodzę największym rzecznym statkiem pasażerskim w Polsce - "Wratislavią". Nawet nie przypuszczałem, że zamieszczając na naszych łamach tekst o pojawieniu się nowej "gwiazdy" na wodach Wrocławia będzie mi dane na niej pływać.



Janusz Fąfara uwiecznił kiedyś jej dynamiczne "odejście" z przystani przy Hali Targowej oraz mnie na mostku. Zrobiłem z tych dwu ujęć powyższy kolaż. Tak oto dwa brzegi rzeki są w moim życiu czymś ważnym. Ahoj!

kpt. żegl. śródl. Andrzej 'Apis' Podgórski

#1 | 5 dnia 27.10.2006 23:51
Andrzej jeden z najprzystojniejszych chlopakow w TZS-iu byl "zawsze" reprezentantem Szkoly.
Na naszej przysiedze w 1970 r. byl w poczcie szandarowym a ja skladalem ja na szandar i otrzymalem patki (naramienne dystynkcje) pierwszoklasisty od Komendanta.
Mam to zdjecie, ktore "ukradlem "z gabloty fotografii szkolnej.
Po wielu latach spotkalem Andrzej ponownie.
Bylismy razem w charterze w NRD.
To byl kapitan z gitara i piosenkami "Beatlesow".Jedyny w swoim rodzaju nauczyl mnie zawodu lodziarza na "trzy miesiecznym kursie" na Labie.
Po 27 latach spotkalismy sie w Dusznikach i ..... Andrzej zalozyl ta strone, a ja przylaczylem sie do niego.
Jego pierwszy felieton i "bomba" .
PS. od poniedzialku Stas Szczepanski bedzie Ci robil konkurencje.Przyrzekl mi to dzisiaj w rozmowie telefonicznej.
Pisz dalej i maluj i badz artysta a bedziemy mieli najlepsza...... w Europie
#2 | Janusz Tyburcy dnia 28.10.2006 10:50
Andrzeju.
Przeczytałem Twój felieton.Jeszcze raz, muszę Cię pochwalić, masz naprawdę dar do pisania.Pisz więcej a odżyją nasze wspomnienia związane ze szkołą jak i póżniejszą pracą w żegludze.
Korzystając z okazji, przypomnę Ci /może pamiętasz?/, że z Brzegu był jeszcze jeden nasz kolega - Jurkiewicz Władysław. Wszyscy, których wymieniłeś, oprócz Ryśka Wionczka,chodziliśmy do jednej klasy V-m. Z Tadziem Wionczkiem mam kontakt.Byliśmy dla siebie najlepszymi kolegami / oj, wiele wspomnień pozostało - jego zespół , zabawy w żeńskich szkołach Wrocławia i.t.d./.
Tadziu jest od 1969 roku w Kopenhadze i pracuje w UNICEF.
Piszesz Andrzeju, że pierwszym Twoim okrętem, był TUR-24 z kapitanem Malikiem.Mamy podobne wspomnienia z tego okrętu / obecnie mam go na tapecie/. Był to mój pierwszy okręt, jaki objąłem, po otrzymaniu patentu mechanika w 1968 roku. Odbieraliśmy go razem z Heniem Malikiem w Nowej Soli po klasie.
Pływając z kapitanem Malikiem, mam wiele wspomnień, ale jedno najbardziej pozostało w pamięci, które to do dzisiaj opowiadam w swoim towarzystwie.
Płyneliśmy ze Szczecina w górę Odry.W godzinach rannych - piękna pogoda-, przy sterze był Heniu.Nagle , jak to się zdarzało - stoimy na piachu. Alarm - wszyscy na pokładzie pod sterówką oczekują na decyzje. Ja stoję obok Henia i przyglądam się jego nerwowym poczynaniom, jak usiłuje zejść z mielizny.Serce mi się kraje,jak moje silniki są mordowane - obroty maksymalne - naprzód-wstecz i.t.d. W pewnym momencie , Heniu mówi do mnie " Janek , jerunie, koniec świata "... W tym momeńcie, stojący pod sterówką mój pomocnik , flegmatycznym głosem, odzywa się " g d z i e " Konsternacja, ale nikt w tym momencie się nie roześmiał.
Po zakończeniu przygody, wszyscy śmieliśmy się, razem z Heniem.
Piękne było kiedyś życie łodziarza.
Pozdrowienia
Janusz Tyburcy
#3 | Apis dnia 28.10.2006 11:00
Rzeczywiście zapomniałem o Władku, który jeszcze bardzo długo pływał w Żegludze i spotykaliśmy się "na mieście" w Brzegu. Nie byłem po prostu pewien czy był to ten sam rocznik co Wasz.Dodam zaraz do treści. Z Tadkiem widziałem się kilka lat temu na weselu jego bratanka - syna Ryśka. Ożenił się z córką mojego kuzyna przez co jesteśmy troszkę zbliżeni jeszcze bardziej. Ale nie mam z nim kontaktu. Zaproś go na naszą stronę.
#4 | grundi68 dnia 28.10.2006 17:44
świetne są te wspominki ale jeden wątek w komentarzu Skippera bardzo mnie zastanowił mianowicie czartery?? nigdzie nie trafiłem na informacje o czarterach w żegludze śródlądowej ;myślałem że za komuny przedsiębiorstwa typu "Żegluga na Odrze" po prostu wykonywało przewozy po drogach wodnych państw trzecich (niektórzy nazywają to kabotażem ) szczególnie w okresie zimowo-wiosennym gdy nasza flota w kraju na ogół była bezrobotna; czy ktoś moze mi przybliżyć temat czarterów.
#5 | 5 dnia 28.10.2006 22:42
W pazdzirniku 1979 r. NRD-owskie VEB "Binnenreederei" wyczarterowalo od P.P."Zegluga na Odrze" szesc pchaczy typu "Bizon".Trzy pracowaly na Labie B-165,B-149 / bylem tam sternikiem / oraz B-?/Andrzeja/.
Pozostale trzy obslugiwaly trase Berlin Zach.-Detz.
Prowadzilismy zestawy skladajace sie z niemieckich barek i polskich pchaczy.
Przewozy srodladowe w NRD osiagaly w tamtych czasach swoj kulminacyjny szczyt.Ruch na Labie byl prawie tak duzy jak na Renie.
NRD-owcym mieli rowniez "problemy z ludzmi".Mlode zalogi nie mogly wyjezdzac na Zachod.Dzisiaj wydaj sie to smieszne, ale dla przejazdu przez Berlin Zach. kompletowali oni "zaufane sklady" i my wypelnialismy ta luke.
Otrzymywalismy dosc wysokie diety / zarobki byly w zlotowka / wynoszace 40 Marek DDR / dziennie.Okazalo sie, ze nasze diety przewyzszaly ich przecietne zarobki.
Ja bylem w tym czarterze do marca 1980 r.
Wiem, ze pozniej bralo w nim udzial jeszcze wiecej polskich jednostek plywajacych.Rowniez pchacze typu TUR.
#6 | grundi68 dnia 29.10.2006 18:13
dzięki Skipper za szczegółową informację
#7 | Roman Marut dnia 30.10.2006 21:53
Andrzej,
Pisz wiecej...
Mysle ze iwelu mlodszych kolegow mogloby uczyc sie od Ciebie sztuki "lodziarskiej". Nie moge tego powiedziec o sobie. Moje dosswiadczenie zeglugowe to w wiekszosci statek szkolny. Spedzilem troch czasu na BM-ce, troche na motorowce inspekcyjnej. Reszta to "Mloda Gwardia".

Dzieki za super tekst,
Pozdrowienia

Roman -1977
#8 | Piotrek1471 dnia 27.02.2008 04:46
ja tam Brzeg G.dobrze wspominam bo spotkałem tam nawet uczciwych (wtedy-milicjantów).W okresie,uciążliwej dla łodziarzy prohibicji,kiedy udałem się po zaopatrzenie na znaną powszechnie"metę",tuż przed wejścieA m do budynku zostałem zatrzymany przez patrol 2-óch milicjantów i konfidencjonalnie poproszony-kup nam też dwie.W przekazanej mi kwocie brakowało 5zł,które dodałem ze swoich.Rano w czasie śluzowania przyszedł jeden z nich po cywilnemu i te 5zł mi oddał.Dlatego także z tego powodu ja tam dobrze wspominam Brzeg.Smile

Dodaj komentarz

Zaloguj się, aby móc dodać komentarz.

Oceny

Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą oceniać zawartość strony
Zaloguj się lub zarejestruj, żeby móc zagłosować.

Brak ocen. Może czas dodać swoją?
  PRchecker.info Free counters!
Apis | Alhenag | Absolwenci TZS | Wierzbnik | Rada Kapitanów | PHP-Fusion PL